
Myślałam, że w internecie widziałam już wszystko. Myliłam się. Twarz uśmiechniętej Marty Nawrockiej z fioletowym siniakiem pod okiem, wybitymi zębami i włosami w nieładzie to obraz, na który nie byłam gotowa. Wystylizowanie Pierwszej Damy na ofiarę przemocy to nie jest mem, ale zwykłe okrucieństwo. Tysiące kobiet w tym kraju codziennie doświadczają domowego piekła.
Wywiad Marty Nawrockiej u Joanny Kryńskiej w TVN24 zebrał wiele krytycznych opinii. Komentatorom nie podobało się unikanie konkretów i bazowanie na osobistych historiach zamiast nadania wypowiedziom szerszego, społecznego kontekstu.
OK.
Sieć zalało mnóstwo wpisów dziennikarzy, felietonistów i obserwatorów życia publicznego, którzy poczuli się tym wywiadem zawiedzeni.
OK.
Pierwsza Dama zawsze jest na świeczniku. Cokolwiek zrobi, cokolwiek powie, albo nawet jeśli będzie milczeć, zaraz przyciągnie uwagę opinii publicznej. I to zupełnie zrozumiałe.
Ale to, co wrzucił Marek Zagrobelny, były radny Prawa i Sprawiedliwości, na swój profil na Facebooku, sprawiło, że w pierwszej chwili pomyślałam: to niemożliwe. Ktoś musiał mu się włamać na konto. Nie da się przecież świadomie umieścić czegoś tak podłego.
A jednak wpis nie znika. Pod obrzydliwą przeróbką zdjęcia, przedstawiającą uśmiechniętą Nawrocką wystylizowaną na ofiarę brutalnego pobicia, widnieje podpis.: "Proszę o łatwiejszy zestaw pytań". Przekaz sugeruje, że Nawrocka nie mogła być w wywiadzie bardziej wylewna, bo doświadcza przemocy.
Zresztą wiele internetowych "wróżek" już wcześniej łączyło kropki w ten sam sposób: skoro Karol Nawrocki ćwiczy na siłowni, to wiadomo, że żonę "ustawia po kątach". Przecież my z pozycji wygodnych kanap i monitorów wiemy o cudzym życiu najlepiej.
Podejrzewam, że Zagrobelny intencje miał inne: chciał po prostu uderzyć w PiS. I skrytykować wywiad. Ale cóż, nie wyszło. Do obrony Nawrockiej rzucili się nawet zdeklarowani wyborcy opozycji.
Bo wpis przestał być już "tylko" o średnio wylewnej Pierwszej Damie, która – jak nikt z nas – nie powinna być poddawana ośmieszającym, dehumanizującym przeróbkom. Bo to, co zobaczyliśmy, to nic innego jak cyberprzemoc.
Fot. screen z FB
Wpis jest o szydzeniu z ofiar przemocy.
Ofiara przemocy to nie mem
Ofiara przemocy nie prezentuje radosnych zdjęć z wybitymi zębami. Jej oczy nie błyszczą z ekscytacji. Ona się ukrywa, izoluje, pudruje siniaki. Wstydzi się, choć wstydzić powinien się wyłącznie sprawca. Czasem udaje jej się uciec. A czasem nie.
Czasem nie zdąży.
Czasem sama odbierze sobie życie.
Skąd to wiem? Bo napisałam w swoim życiu wiele tekstów o przemocy i właśnie powstaje kolejny. Robię w tym zawodzie kilkanaście lat, ale nigdy się na to nie uodporniłam.
– To był pierwszy i – mam nadzieję – ostatni raz, kiedy widziałem żywego człowieka w takim stanie. Ta kobieta była po prostu zniszczona – mówił mi Tomasz, technik kryminalistyki, bohater mojego reportażu.
Pamięta jej twarz: opuchniętą, zdeformowaną od ciosów. Włosy miała ogolone, płatki uszu ściskane kombinerkami. Sprawcy próbowali wyrwać jej zęby.
To jest prawdziwa twarz przemocy, a nie nieśmieszny obrazek do walki z partią, której się (już) nie lubi.
Zobacz także
"Dom dobry" nie pomógł?
Dopiero co przez Polskę przetoczyła się dyskusja po filmie Wojciecha Smarzowskiego "Dom dobry". Stał się impulsem do rozmowy, której w Polsce od dawna brakowało. O reakcji policji, funkcjonowania systemu pomocy, odpowiedzialności świadków.
O tym, że ofiara nie prowokuje i nigdy nie jest winna.
Dopiero co bezkompromisowe kino sprawiło, że temat przebił się do głównego nurtu debaty publicznej.
Dopiero co Feminoteka podkreślała, że wydarzyło się coś przełomowego: kobiety zaczęły mówić i wreszcie pękł mur milczenia.
I w tym samym momencie wchodzi Zagrobelny ze swoim okrutnym memem.
Pamiętacie kampanię "Bo zupa była za słona" z 1997 roku? To był przełom. Po raz pierwszy tak wyraźnie pokazano w Polsce, że bicie kobiet nie jest żadną "sprawą rodzinną", lecz przemocą, o której trzeba mówić głośno.
Ale wtedy nie byliśmy jeszcze gotowi na tę rozmowę. Wychodziliśmy z czasów, gdy powtarzano, że "bije się dzieci, żeby wyrosły na porządnych ludzi", a przemoc bywała usprawiedliwiana i oswajana.
Temat dopiero przebijał się do społecznej świadomości. Dlatego kampanię przyjęliśmy raczej kpiąco. "A co, zupa była za słona?"– żartowaliśmy, kiedy koleżanka nałożyła za dużo pudru.
Myślałam, że to już za nami.
Dorośliśmy. Doedukowaliśmy się. Mamy nowy wiek i lata podnoszenia świadomości za sobą. Najwyraźniej jednak nie wszyscy wyciągnęli wnioski, bo Zagrobelny postanowił strywializować brutalną przemoc tylko dlatego, że nienawidzi PIS.
To dorośli uczą hejtu
Na co dzień czytam, ale i sama piszę o hejcie rówieśniczym. O tym, jak dzieciaki w szkołach przerabiają zdjęcia kolegów, jak ich cyfrowo rozbierają, byle tylko upokorzyć, byle tylko ośmieszyć na klasowej grupie. To niszczy psychikę młodych ludzi, doprowadza do tragedii.
Pytam więc: jak mamy uczyć nasze dzieci empatii? Jak mamy im tłumaczyć, że cyfrowe upokarzanie drugiego człowieka to zło, skoro dorośli mężczyźni, aspirujący do miana opiniotwórczych, robią dokładnie to samo? Albo i więcej: upokarzają Nawrocką, a przy okazji ciągną po ziemi tysiące ofiar przemocy.
Nie chcę wiedzieć, co czuje kobieta, która zobaczy tego mema i otworzą się w niej dawne rany.
Ale chcę wiedzieć, co autor miał na myśli. Dlatego umieszczam oświadczenie Marka Zagrobelnego w tej sprawie:
"Jako były i długoletni PiS-owiec oraz autor książek o polskiej faszystowskiej skrajnej prawicy, opisuję to środowisko, ponieważ znam je od środka. Ten post jest nawiązaniem to poniższego mojego wpisu oraz ma oczywiście wymiar satyryczny – jak większość moich postów na FB.
Nie będę też ukrywał, że ma na celu sprawdzenie reakcji zwolenników skrajnej prawicy na tego typu treści. Ich oburzenia bowiem nie widziałem w latach 2017-2018 podczas protestów kobiet, gdy czołowi politycy PiS publikowali o wiele gorsze posty, które odczłowieczały kobiety i porównywały je do bydła. Nie widziałem też ich protestu na to jesienią 2020, kiedy zaostrzano prawo aborcyjne za pomocą nielegalnie przejętego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego na czele z aktywistką Kaczyńskiego neo-sędzina Przylebską. Niestety nie będę milczał w takich sprawach, ponieważ hipokryzja i chamstwo tego środowiska są porażające."
