
Donald Tusk wpadł w strefę politycznego komfortu. Początek 2026 roku przyniósł mu worek politycznego złota. Kłótnie w PiS, rozpad najbardziej krnąbrnego koalicjanta, kompromitujące uwielbienie prawicy dla Trumpa czy jej niezrozumiały protest wokół programu SAFE. Premier czuje się na tyle pewnie, że ostatnio zwrócił się do politycznych rywali per "zakute łby", zapominając, że do siebie weźmie te słowa także wielu wyborców. Tusk ma swoje polityczne momentum, które jednak łatwo przespać i przegadać.
Pierwsze dwa lata rządów Koalicji 15 Października zapiszą się w historii jako pasmo wizerunkowych porażek, z których najbardziej spektakularną były przegrane wybory prezydenckie. Paradoksalnie to jednak czerwiec 2025 roku stał się dla rządu Tuska odskocznią, dzięki której jego notowania zaczęły się poprawiać. Z jednej strony Koalicja poczuła, że teraz nie ma już żadnych wymówek i trzeba wziąć się do pracy, by powstrzymać marsz prawicy po odzyskanie władzy. Z drugiej pojawiło się kilka nieprzewidzianych okoliczności, które zaczęły ekipie Donalda Tuska długofalowo sprzyjać.
Oto sześć najważniejszych z nich. Co ważne, każda z tych kart może się łatwo odwrócić i stać się dla rządu problemem. Zwłaszcza jeśli ten pozwoli sobie na lenistwo i gadulstwo, wbrew komunikowanej wszem wobec regule "robimy, nie gadamy".
SAFE, czyli niespodziewana pułapka na prawicę
Są dwie teorie o politycznym pomyśle Tuska na program SAFE. Jedna: że rząd celowo chciał go zatwierdzić drogą ustawową, żeby pozwolić antyunijnej prawicy oraz prezydentowi utyskiwać na Unię Europejską, jednocześnie uderzając w polskie bezpieczeństwo. Druga: że rząd chciał po prostu chwalić się programem SAFE sprzedając go jako swój sukces, wiedząc, że nie wzbudzi on specjalnych kontrowersji u oponentów. Skłaniam się ku teorii numer 2 - Donald Tusk dostał do ręki bezcenny polityczny oręż, którym może rywali okładać, nawet specjalnie się nie pocąc.
PiS o SAFE gardłuje się najmocniej, zaślepiony z jednej strony miłością do ekipy MAGA, która ich zdaniem powinna być jedynym dużym dostarczycielem sprzętu wojskowego dla Polski, z drugiej nienawiścią do Brukseli, obawiając się, że od razu po przejęciu władzy i - w domyśle - pierwszym majstrowaniu przy praworządności, Unia pieniądze na wojskowe zakupy zablokuje. To nic innego jak wystawiona do pustej bramki piłka dla Tuska i jego ludzi, którą ci regularnie trafiają do celu.
Pomaga w tym jedna z celniejszych decyzji kadrowych premiera w ostatnich latach, czyli Magdalena Sobkowiak, pełnomocniczka ds. programu SAFE, która komunikuje jego niuanse w mediach w spokojny i merytoryczny sposób. Rząd ma też za sobą wojsko, dla którego oczywistą sprawą jest, że sprzętu powinno być jak najwięcej, a jego produkcja w Polsce wzmocni zdolności naszego przemysłu na lata.
Czy karta SAFE może się ekipie Tuska odwrócić? Oczywiście, że może. Pycha kroczy przed upadkiem i zbyt pewnie czujący się premier, stojący w Hucie Stalowa Wola i mówiący o "zakutych łbach", sam poczuł, że przegiął i musiał się następnego dnia tłumaczyć, że wcale nie kierował tych słów do wątpiących w ten program Polaków, tylko do opozycji.
Zobacz także
Program SAFE - niezależnie od tego, czy zostanie przyjęty na podstawie podpisu prezydenta pod ustawą czy rozporządzenia, jeśli będzie weto - będzie też drobiazgowo obserwowany przez opozycję pod kątem tego, z jakich firm Polska kupuje sprzęt wojskowy. Co prawda lwią część mają stanowić polskie zakłady, ale z założeń programu jasno wynika, że mogą to być też firmy zagraniczne działające na terenie naszego kraju. Wystarczy kilka ich nazw, by opozycja ukuła narrację o tym, że Tusk kłamał w temacie propolskości programu.
Trump i jego polski fan-klub
Niektórym wydawało się, że po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich polska prawica dostanie gigantycznego boosta. I faktycznie przez pierwsze miesiące od zaprzysiężenia nowego rezydenta Białego Domu ruch MAGA jej pomógł, bo wizyta Karola Nawrockiego w Waszyngtonie dołożyła cegiełkę do jego wygranej w czerwcowych wyborach. Potem jednak zaczęło być tylko gorzej.
Trump zaczął straszyć rozbiciem NATO poprzez atak na jeden z krajów sojuszniczych, czyli Danię. Obrażał między innymi polskich żołnierzy, którzy oddawali swoje zdrowie i życie na zagranicznych misjach u boku USA, mówiąc o tym, że głównie stali oni tyłach. Jego bojówka ICE zaczęła nie tylko deportować niewinnych ludzi, ale po prostu mordować ludzi na ulicach. A w PiS? Cisza, zrozumienie, a czasem nawet entuzjazm ("Good job, ICE!").
Co rozsądniejszym w Prawie i Sprawiedliwości zapewne wciąż odbija się echem donośny krzyk całej partii i standing ovation dla Donalda Trumpa w polskim Sejmie. Ale nikt nie ma odwagi zabrać krytycznego głosu nawet w najbardziej oczywistej aferze, jaka wybuchnie po kolejnym szaleńczym ruchu amerykańskiego prezydenta. Rząd Tuska na tym się buduje, bo oni w język się nie gryzą, a wobec amerykańskiej administracji są coraz bardziej asertywni.
Zobacz także
Trump się nie zmieni, zapewne będzie z nim jeszcze gorzej. Sympatia Polaków do Ameryki również będzie tylko słabnąć. Ale to nie oznacza, że Tusk jest tu na stałej wznoszącej, a PiS na opadającej. USA mogą w którymś momencie nie wytrzymać kolejnego ostrego przytyku ze strony Czarzastego bądź Sikorskiego i podjąć decyzję, która realnie obniży nasze bezpieczeństwo, na przykład dotyczącą części stacjonujących u nas amerykańskich żołnierzy. Prawica wykorzysta to bezlitośnie, a premier może być zmuszony w takiej sytuacji do przełknięcia gorzkiej pigułki i zrobienia kroku w tył. To wcale nie jest nierealny scenariusz, wystarczy, że ktoś za bardzo się rozgada.
PiS się dzieli
Wewnętrzne podziały w Prawie i Sprawiedliwości to miód na serce Tuska. Zwłaszcza jeśli na ich skutek stopniowo maleje władza prezesa Kaczyńskiego, jego odwiecznego rywala. PiS sondażowo stale traci, bo wyborcy już właściwie nie wiedzą, jaka jest ta partia - czy idzie krokiem Janusza Kowalskiego w kierunku radykalnym czy też otwiera się na centrowe wartości wraz z Mateuszem Morawieckim. Przy tym wszystkim najbardziej blednie prezes, coraz bardziej zmęczony i wypalony, w dodatku bez posłuchu i coraz częściej upokarzany przez podwładnych.
Tusk w pewnym sensie korzysta też na rosnącej popularności Konfederacji Korony Polskiej. Grzegorz Braun to figura idealna do przedstawienia jako polityczny straszak, tym bardziej atrakcyjna, jeśli - nie bez powodu - można pokazać go jako przyszłego koalicjanta PiS. A że w efekcie swoją wyrazistość traci też Konfederacja, to scenariusz dla koalicji rządzącej wydaje się być pisany kolorowymi barwami.
Tylko że badania społeczne pokazują, że wyborców prawicowych wciąż jest w Polsce więcej niż osób skłonnych zagłosować na partie centrowo-lewicowe. Wojna w PiS w końcu się skończy. I niezależnie od tego, czy jej skutkiem będzie ponowna konsolidacja wewnątrz obozu (co już widywaliśmy w przeszłości) czy też wykreowanie nowego podziału po prawej stronie, rywale do pokonania w 2027 roku wciąż będą silni, i - co pokazują sondaże - będą mieli realne szanse na wspólne przejęcie władzy.
Nawet ewentualny upadek prezesa Kaczyńskiego nie musi okazać się dla Tuska dobrą wiadomością. Bo jeśli ktoś go zastąpi, to będzie to osoba z nieporównywalnie większą energią i ambicją. I nie będzie to znany wróg, na którego Donald Tusk ma swoje stare, sprawdzone sposoby. A, jak pokazały doświadczenia z ostatnich lat, to właśnie nowe twarze PiS są największymi gwarantami wyborczej wygranej.
Grzeczna koalicja
Donaldowi Tuskowi sprzyja też to, że Koalicja 15 Października przestała żreć się między sobą na każdym kroku. A właśnie tak wyglądało pierwszych kilkanaście miesięcy jej rządów, co skutecznie obrzydziło Polakom nowe polityczne rozdanie. Jednak ostatnie pół roku przyniosło w koalicji wyciszenie politycznych sporów, w zamian pojawiła się współpraca, nawet pomiędzy ideologicznie najdalej od siebie położonymi członkami koalicji, czyli Lewicą i PSL, czego efektem było przyjęcie ustawy o statusie osoby najbliższej.
Najwięcej problemów w Koalicji generowała jednak Polska 2050. Ale i tu problem właśnie sam się rozwiązał. Po zeszłotygodniowym podziale powstał nowy klub Centrum, który będzie grzecznie wykonywał wszelkie polecenia premiera. A skupiona przy Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz grupa jest na tyle mało liczna (wystarczy wyciągnięcie jednej osoby i PL2050 traci klub), że trudno jej będzie stawiać sprawy na ostrzu noża.
To jednak tylko jedna strona medalu, optymistyczna dla rządu. Druga wygląda zgoła odwrotnie. Powstał bowiem w koalicji podmiot, który jest najbardziej sfrustrowany brakiem swojej sprawczości i ciągłymi upokorzeniami. Prawica od tygodni ciepło wypowiada się o Szymonie Hołowni (który został przy Pełczyńskiej-Nałęcz), licząc, że w którymś momencie jego złość na Tuska stanie się tak duża, że będzie gotów oderwać się od Koalicji 15 Października. A to prosta droga do rządu mniejszościowego i przyspieszonych wyborów.
O ile więc Tusk ma wokół siebie skorą do współpracy Lewicę, o wiele rzadziej machający szabelką PSL i pozbawione podmiotowości Centrum, to ostatni element koalicji może sprawić, że zacznie w niej trzeszczeć.
Zobacz także
Koniunktura gospodarcza
To być może najważniejszy z opisywanych czynników. Polska ma swój historyczny moment. Trwa on co prawda już od około dekady i jest naturalną konsekwencją ciężkiej pracy wszystkich poprzednich rządów, ale właśnie teraz nasz kraj jest zapraszany do G20, zaczyna gonić w poziomie życia Wielką Brytanię i staje się realną opcją do powrotów Polaków z emigracji. Donald Tusk to wie i dlatego tak często komunikuje w swoich mediach społecznościowych kolejne gospodarcze sukcesy.
Podobnie robił do 2020 roku PiS, któremu jednak potem na drodze stanęły najpierw pandemia, a potem rosyjska inwazja na Ukrainę i związane z tym globalne kryzysy ekonomiczne. Pod tym kątem ekipa Donalda Tuska ma teraz łatwiej. Wojna oczywiście wciąż trwa, a zagrożenie ze wschodu jest być może nawet bliższe niż w 2022 roku, ale jest to wciąż bardziej obiekt dywagacji niż czynnik realnie odstraszający z Polski inwestorów.
Rząd musi jednak liczyć się z tym, że w ostatnich latach regularnie na globalne wody wpływa czarny łabędź. I wystarczy jeden dzień, by cała koniunktura wywróciła się do góry nogami. Dlatego, oprócz dyskontowania sukcesów, rząd powinien stale pracować nad usprawnianiem państwa. Nie pomagają w tym niespełnione obietnice o podwyższeniu kwoty wolnej od podatku, coraz bardziej odrealniony drugi próg podatkowy czy kłótnie wokół zmian w Państwowej Inspekcji Pracy. Nie wszystko da się wytłumaczyć możliwymi wetami Nawrockiego. I nie wszystko da się zagadać. Wszak mieli robić, a nie gadać.
Wetomatowa łatka Nawrockiego
Na koniec tej analizy zostawiłem sobie głowę państwa. Karol Nawrocki już pobił rekord wet na jedną kadencję, a urzęduje raptem pół roku. Jest z tego powodu bardzo z siebie zadowolony, a spora część jego decyzji jest pozytywnie przyjmowana przez jego elektorat. Jednak naturalną konsekwencją takich działań jest przylepienie do prezydenta łatki wetomatu, który niektóre pomysły utrąca nawet bez ich dogłębnej lektury (jak to było w przypadku reform oświatowych), a inne reformy blokuje z uwagi na swoje polityczne powiązania z zainteresowanymi podmiotami (przykład: ustawa o kryptowalutach).
Tusk ma więc usprawiedliwienie dla wielu problemów politycznych w postaci prezydenckich wet. "Chcieliśmy to zrobić, dogadaliśmy się w koalicji, ale prezydent wszystko wyrzucił do śmieci". I to działa.
Ale w Pałacu Prezydenckim działają nieźli polityczni gracze, którym zdarza się zaszachować rząd, tak jak to było w przypadku ustawy regulującej funkcjonowanie Ukraińców w Polsce, która po prezydenckim wecie została zmieniona tak, jak sobie tego Nawrocki życzył (zaznaczmy, że są też ludzie przepychający legislacyjne koszmarki, jak ostatni projekt ustawy o sądach, przewidujący wsadzanie sędziów do więzień za sprzeciw wobec neo-sędziów).
Premier dobrze czuje się w rywalizacji z prezydentem. Ale to będzie pojedynek, który da się wygrać na punkty, a na pewno nie przez nokaut, bo rywal jest bardzo silny. A pierwszą władzą w Polsce, która będzie rozliczana przez wyborców za niewprowadzone dobre reformy, będzie parlament. Nawrocki o tym wie, dlatego próbuje listę jego sukcesów ograniczyć do minimum.
