
– Ta muzyka naprawdę robi robotę. Pozwala rozładować stres. Może właśnie dlatego metalowcy są tak pokojowo nastawieni? Ludzie wyszaleją się w pogo pod sceną, wyrzucą z siebie wszystkie złe emocje i spokojnie wracają do domu. Na Sun Dies Festival w Dobrym Mieście bawiły się całe rodziny z dziećmi – mówi mi Grzegorz Kołakowski, instruktor survivalu i fan ciężkich brzmień.
Ale w Dobrym Mieście już nie będą się bawić. Wszystko zaczęło się od apelu radnego Jakuba Wilka, który w muzyce metalowej dopatrzył się "satanizmu i okultyzmu". Poparło go 10 innych radnych.
Efekt? Impreza, która przez lata była wizytówką tego miasteczka, ucieka do Olsztyna.
Zero ekscesów jak na Stadionie Narodowym
Grzegorz Kołakowski metalu słucha od 13. roku życia. Teraz ma 53 lata i niedawno został dziadkiem. Kiedy jego wnuk trochę podrośnie, Grzegorz zabierze go na festiwal – tyle że już do Olsztyna.
Rok temu podczas Sun Dies Festival widział tam całe rodziny. Opowiada mi, że dzieciaki miały na uszach specjalne słuchawki, żeby decybele im nie zaszkodziły.
– To najlepszy dowód na bezpieczeństwo. Żaden normalny rodzic nie zabrałby dziecka w miejsce, gdzie grozi mu rozróba – tłumaczy.
Kiedy sam był dzieckiem, mama mówiła mu, że miłość do ciężkich brzmień mu przejdzie. Ale nic z tego. Ani on, ani jego towarzystwo z dawnych lat, nie zarzuciło swojej pasji.
I wszyscy mają się dobrze.
Grzegorz Kołakowski
instruktor survivalu
Mój rozmówca na imprezie spotyka prawników, lekarzy i urzędników. Podkreśla, że sceniczny wizerunek – odwrócony krzyż czy pomalowana twarz – to tylko inscenizacja.
– To teatr, sposób na określenie swojej tożsamości. Metalowcy to dziś jedna z najbardziej pacyfistycznych subkultur. Ci ludzie są niezwykle otwarci, a skóra czy emblematy to tylko wyraz przynależności do grupy. Kiedy jeździłem na koncerty, nie liczyło się, skąd jesteś. Liczyła się muzyka i zero agresji. Wiem, że nigdy nie było tam takich ekscesów, jak chociażby po meczach na Stadionie Narodowym.
Choć Dobre Miasto to zaledwie niewielki punkt na mapie Warmii, Sun Dies Festival sprawił, że raz w roku zjeżdżała tu cała Polska. To nie była "jakaś tam impreza" – to marka, która przez siedem lat mozolnie budowała swoją pozycję.
I to skutecznie.
Skupiając się na black metalu, death metalu i odmianach undergroundowych, festiwal stał się obowiązkowym punktem w kalendarzu fanów z najdalszych zakątków kraju. I w każdą ostatnią sobotę sierpnia zamieniał tę kameralną mieścinę w tętniący życiem ośrodek ekstremalnego brzmienia. Jeszcze w 2025 roku SDF był oficjalnie promowany jako turystyczna wizytówka regionu, przyciągająca setki gości. A ci, oprócz tego, że się świetnie bawili, to zostawiali pieniądze w lokalnych hotelach i restauracjach.
W sierpniową sobotę ubiegłego roku, gdzieś pod sceną, nieopodal Grzegorza, stał Patryk z Olsztyna.
– Bardzo przyjaźni ludzie, super atmosfera – opisuje wrażenia. – To była okazja do zawiązania nowych znajomości. Niektórzy przyjechali nawet spod Wrocławia. Nieprzebrane tłumy bawiły się bardzo pokojowo, mimo że aura w końcówce sierpnia nas nie rozpieszczała. Było chłodno i deszczowo, więc muzyka nas rozgrzewała.
Kiedy pytam go o "szatańskie zagrożenia", o których mówi radny Wilk, Patryk tylko kręci głową.
– Mnie te apele już nie ruszają. Uważam to za zwykłe kołtuństwo. Nikt nikogo nie zmusza do udziału w takich imprezach. Jeśli coś nas nie interesuje, po prostu tam nie idziemy. Proste – kwituje.
Patryk ma już w kalendarzu wpisaną siódmą edycję festiwalu. Czeka z niecierpliwością.
Szatan w Dobrym Mieście
Jednak dla jedenastu radnych Sun Dies Festival to "nośnik ideologii", który promuje rasizm, faszyzm i egoizm. Słuchanie muzyki metalowej może grozić zwiększonym poziomem gniewu, alienacją, doprowadzić do problemów szkolnych i zachowań antyspołecznych.
"Reflektując nad tym, ostrzegamy, że taka ideologia prowadzi wyznawców do rozpadu rodzin, uzależnień, depresji, samobójstw i poplątanych ścieżek życiowych, z których trudno się wydostać" – czytam w piśmie.
Zdaniem Jakuba Wilka, najbardziej zagrożona jest młodzież.
Głównym dowodem w tym "procesie o czary" stał się zespół Patriarkh, który w ubiegłym roku wystąpił na festiwalu. Radni wypunktowali ich sceniczne grzechy: wykorzystywanie prawosławnych szat, "czarne paschy" i teksty, które rzekomo mają niszczyć rodziny.
Jako ratunek zaproponowali zamianę mrocznej imprezy na Sun Rise Festival – rockową imprezę promującą cnoty, która uczyniłaby z Dobrego Miasta "polską stolicę dobrego grania".
Bartłomiej Krysiuk, lider zespołu Patriarkh, tak się odniósł do zarzutów w liście otwartym do radnych, napisał:
"Można nie lubić muzyki, której słucha sąsiad. Można się z nią nie zgadzać, można ją krytykować. Nie wolno jednak przypisywać jej twórcom złych intencji, zagrożeń społecznych i moralnej deprawacji bez realnych podstaw."
I dalej:
"W swoim apelu przypisują Państwo zespołowi Patriarkh ideologię, której nigdy nie głosiliśmy, oraz skutki społeczne, których nigdzie na świecie nie odnotowano. To nie jest analiza wydarzenia kulturalnego, lecz interpretacja oparta na stereotypach i medialnych wyobrażeniach sprzed trzydziestu lat"
Burmistrz Dobrego Miasta: Apel radnych to nie wyrok
Jednak to, co wydarzyło się (a raczej nie wydarzyło) po apelu radnego Jakuba Wilka, przesądziło o losie imprezy. Przez kluczowe dni po "ataku" radnych, burmistrz Beata Harań nie zabrała głosu. Zabrakło jasnego stanowiska, wsparcia dla organizatorów czy choćby deklaracji, że miasto nie ulegnie ideologicznym naciskom.
Twórca festiwalu, widząc, że został z problemem sam, a nad SDF zawisło widmo cenzury, nie czekał.
"Festiwal miał być współfinansowany z budżetu miasta i organizowany w miejskich obiektach. W obecnej sytuacji nie widzimy możliwości przygotowania wydarzenia w spokojnej i stabilnej atmosferze (...) Chcemy zorganizować Sun Dies Festival w miejscu przyjaznym kulturze i otwartym na współpracę – bez napięć i bez ryzyka obniżenia jakości wydarzenia" – napisał w oświadczeniu, nie wiedząc jeszcze, że Olsztyn szybko przygarnie festiwal z otwartymi ramionami.
Gdy w końcu Beata Harań przerwała milczenie, było już za późno. Z jednej strony próbowała mediować i bronić radnych przed linczem w sieci, a z drugiej zapewniała, że miasto jest otwarte dla wszystkich.
Dziś burmistrz nie kryje żalu do organizatora festiwalu.
"Rozmawiałam z panem Jarosławem (...) Prosiłam, by nie wykonywał gwałtownych ruchów, by nie zabierał festiwalu. Tłumaczyłam, że apel radnych to nie wyrok" –wyjaśniała burmistrz w oficjalnym oświadczeniu.
Jednak twórca Sun Dies Festival podjął decyzję o przenosinach dzień po tej rozmowie.
"Szanuję tę decyzję, ale jej nie rozumiem. Jest mi po prostu przykro. To nie jest zachowanie fair w stosunku do miasta, zwłaszcza że mieszkańcy stanęli w obronie imprezy" – przekonuje burmistrz Harań.
Rzeczywiście, pod petycją "STOP cenzurze kultury!" podpisało się ponad 1400 osób. Mieszkańcy czują jednak, że to brak reakcji ratusza sprowokował organizatora do ucieczki.
Autorzy protestu przypominają, że festiwal to profesjonalna marka, która ściągała na Warmię setki turystów i przynosiła realne zyski.
Z kolei internauci punktują hipokryzję radnych: "Ciekawe, że nikt nie mówi o dożynkach, gdzie promowany jest alkohol i nawaleni Janusze śpiący pod ławkami... To jest ta piękna promocja miasta?" – pyta jedna z mieszkanek.
Dalsza część tekstu poniżej
Zobacz także
Historia z Dobrego Miasta to jednak nie pierwszy taki przypadek w Polsce. Fani muzyki ekstremalnej przypominają, że "polowanie na czarownice" to stały element polskiego krajobrazu. Kilka lat temu w Środzie Śląskiej grupa religijnych fanatyków z księdzem na czele próbowała zablokować festiwal "Uwolnić Muzykę" z powodu występu Rotting Christ. Tam jednak, mimo burzliwych dyskusji na sesjach powiatu, koncerty ostatecznie się odbyły.
Nie wszędzie jednak kończyło się na debatach.
"Nic nie przebije tego, co stało się w Kłodzku w 2008 roku – wspominają internauci. Podczas festiwalu Alternatywna Twierdza, na którym miał wystąpić zespół Diary of Dreams, przeciwnicy imprezy poprzecinali kable, doprowadzając do odwołania wydarzenia"
"To dobitnie pokazało, że ci ludzie nie mają pojęcia o tym, za co i za kogo walczą. Dla nich to ideologia, dla nas – kable, które ktoś przecina w imię własnych przeświadczeń" grzmią fani.
"Dla Dobrego Miasta to tragedia i wstyd"
Ostatecznie Olsztyn zyskuje, a Dobre Miasto traci. Prezydent Robert Szewczyk przywitał festiwal z otwartymi ramionami, widząc w nim szansę na "mocne, wyraziste wydarzenie".
22 sierpnia 2026 roku w olsztyńskim Amfiteatrze i Fosie Zamkowej znów zabrzmią ciężkie riffy.
Dla Dobrego Miasta to porażka, którą czuć na wielu poziomach. Mówią tak ci, którzy od lat słuchają ciężkich, metalowych brzmień, jak i ci, którym do tej muzyki wyjątkowo daleko. Bo w tym sporze rzadko chodziło o gust, a znacznie częściej o zwykły, lokalny patriotyzm i szansę na ożywienie małego miasteczka.
– W ogóle nie jestem fanką metalu. Ani ja, ani nikt z moich znajomych. Ale to było wydarzenie, które wyrywało nasze miasto z marazmu – mówi mi Anna, mieszkanka jednej z podolsztyńskich miejscowości, która w Dobrym Mieście bywa regularnie.
W podobnym tonie wypowiada się Wojciech: – Niech ludzie się bawią po swojemu, jak chcą. Kupują przecież na to bilety. Nic złego nie robią, a przy okazji u nas zakupy zrobią.
– Dla mnie, mieszkańca Olsztyna, to świetna wiadomość, mam bliżej. Olsztyn to stolica polskiego death metalu dzięki Vaderowi. Ale dla Dobrego Miasta to tragedia i wstyd. Jedna osoba, nieznająca się na kulturze, zablokowała imprezę, która promowała miasto. Sklepikarze, gastronomia – oni wszyscy na tym stracą. To śmieszne i straszne zarazem, że jeden niepoparty faktami apel niszczy lata pracy organizatorów. To takie polowanie na czarownice – podsumowuje gorzko.
