Ks. Sowa zakpił z influencerów w Dubaju. "Przyznaję, ta ironia była zamierzona"
Ks. Sowa zakpił z influencerów w Dubaju. "Przyznaję, ta ironia była zamierzona" Fot. Shutterstock/arch. pryw. Kazimierza Sowy/montaż naTemat.pl

Wpis księdza Kazimierza Sowy nie przeszedł bez echa. W rozmowie z naTemat przyznaje, że otrzymał po nim bardzo wiele wiadomości, również od znanych osób. Odezwali się też Polacy ze świata biznesu, którzy np. pracują w międzynarodowych korporacjach w Dubaju. – Pisali, że wreszcie ktoś miał odwagę zwrócić na to uwagę – mówi. Chodzi o influencerów w Dubaju.

REKLAMA

Atak Izraela i USA na Iran i wszystkie jego konsekwencje na sąsiednie kraje w Polsce wywołały społeczną burzę. Pod pręgierzem znaleźli się turyści, którzy z beztroską podeszli do zagrożenia. "Zamiast refleksji nad własną głupotą, niektórzy turyści wprost przyznają, że mieli fajną wycieczkę" – pisała Klaudia Zawistowska o ewakuowanych Polakach.

Ale przede wszystkim opinia publiczna suchej nitki nie zostawiła na influencerach, którzy – jak wiadomo – upodobali sobie Dubaj i szybko stali się obiektem kpin, twierdząc, że nie wiedzieli o komunikatach MSZ.

"Nie do zniesienia są cierpienia i męki polskich influencerów uziemionych w Dubaju. Czy polskie MSZ nie mogłoby zorganizować im jakiegoś czarteru? Oczywiście z szampanem i ostrygami na pokładzie privet jeta, żeby to jakoś wyglądało na fotkach" – zakpił w mediach społecznościowych politolog Marek Migalski.

W komentarzu do jego słów ks. Kaziemierz Sowa zareagował tak:

"Mam podobne uczucie. Przy okazji dodałbym jeszcze jakąś skromną gratyfikację, ale tylko dla tych, którzy zapisali się do systemu Odyseusz w sobotę rano. To ponoć ok. 10 tys osób. Żadne tam zgłoszenia wcześniejsze, nie daj Bóg jeszcze przed wylotem z kraju".

Przyznaję, ta ironia była zamierzona – mówi w rozmowie z naTemat ks. Kazimierz Sowa.

I faktycznie, nie ma litości dla niektórych zachowań, które obnażyła sytuacja w Dubaju.

Ks. Sowa: Dziś influencerzy zastąpili dziennikarzy, polityków i ekspertów

– Łatwo jest pokazywać piękne scenki z Dubaju – wyspy, najwyższe biurowce, obsypywane złotem steki, czy inne historie – i czuć się królem i królową świata. Gorzej, jeśli masz dziesiątki, czy setki tysięcy odbiorców i kształtujesz ich myślenie – mówi.

Dziś influencerzy zastąpili dziennikarzy, polityków i ekspertów. Oni nadają ton myślenia o wielu poważnych wydarzeniach, także geopolitycznych. Jeśli ci ludzie nie przejmują się tym, co mówi Tusk czy Sikorski, to jest ich sprawa. Ale jeśli z pobytu w Dubaju robią biznes i z tego żyją, to muszą brać odpowiedzialność za swoje głupie czyny.

Ks. Kazimierz Sowa

ksiądz, publicysta

– Bo w tym biznesie chodzi o to, żeby ściągnąć ludzi do Dubaju, żeby obejrzeli sobie, jaki jest cudowny. W mniejszym stopniu chodzi o to, żeby ich przed czymś przestrzegać. No i mamy tego konsekwencje – dodaje.

Duchowny mówi, że po tym wpisie otrzymał bardzo wiele wiadomości, również od znanych osób. Odezwali się też Polacy ze świata biznesu, którzy np. pracują w międzynarodowych korporacjach w Dubaju: – Pisali, że wreszcie ktoś miał odwagę zwrócić na to uwagę.

"Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby instruować się TikTokiem"

Ks. Sowa sam dużo podróżuje. Odwiedził 107 krajów. Niedawno był również na Bliskim Wschodzie. Przede wszystkim nie wyobraża sobie, żeby dobrze nie przygotować się do wyjazdu i nie zbadać, jak naprawdę wygląda rzeczywistość w danym kraju.

Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby instruować się TikTokiem. Tymczasem ta sytuacja pokazuje, że wyłączyliśmy myślenie w kategoriach odpowiedzialności ze swoje czyny. Przenieśliśmy autorytety, które dawniej były niepodważalne. Kiedyś ważne było, że coś mówili w telewizji, czy że jakiś minister przed czymś przestrzegał. Zamieniliśmy to na influencerów, na kanały tiktokowe i filmiki. Zapominając, że to jest rodzaj biznesu – mówi.

Wśród doniesień celebryckich jego uwagę zwróciła para, która twierdziła, że ich TikTok "to są głównie ogłoszenia ciąż i dzieci". – Totalnie nie wiedzieliśmy, co się dzieje – przyznali. 

Ale widział też pozytywny przekaz. To para, która camperem ucieka z Bliskiego Wschodu – spokojnie, bez paniki, rzeczowo, relacjonując podróż. 

– Naprawdę nie sugerujmy się filmikami na TikToku, jeśli wybieramy się w podróż, zwłaszcza jeśli jedziemy z rodziną na wakacje, gdy bierzemy odpowiedzialność również za innych ludzi. To jest nauczka, żebyśmy bardziej sprawdzali informacje i wiadomości w wiarygodnych źródłach, a mniej w emocjonalno-biznesowych – mówi.

"Mam pretensje do magicznego myślenia"

Ks. Sowa zastrzega, że rozróżnia sytuację influencerów czy beztroskich turystów, którzy przed wyjazdem nie sprawdzili sytuacji w regionie, od osób, które utknęły na Bliskim Wschodzie, podróżując z innych krajów, które są w tranzycie i mają prawo żądać pomocy w pierwszej kolejności od firmy, z którą podpisali umowę.

– Nie mam pretensji do tego, że ktoś znalazł się w tej sytuacji i odczuwa dyskomfort. Ja mam pretensje do magicznego myślenia, że państwo jest po to, że musi mnie wyręczyć za brak mojego myślenia, mojego przewidywania i konsekwencji moich działań – mówi.

Nawiązując do swojego komentarza, wytyka, że przed atakiem na Iran w sobotę w systemie Odyseusz było zapisanych kilkuset Polaków w tym regionie. A w niedzielę już 10 tys.

– Rozumiem, że każdy rejestruje się w momencie, kiedy czuje zagrożenie. Jeśli ci ludzie znaleźli się w opresji, to ja im współczuję. Ale jeszcze raz powtarzam. Odpowiedzialność spoczywa na mnie. W drugiej kolejności na państwie. Świetnie, jeśli państwo organizuje pomoc w sytuacjach trudnych do przewidzenia. Ale nie można żądać, że wyręczy nas ze wszystkiego – mówi.

Nie zmienią tego relacje turystów i celebrytów o tym, jak bardzo zachwalają pomoc, jakiej doświadczyli w Dubaju. – Na Bliskim Wschodzie ludzie są bardzo życzliwi. To wynika z ich otwartości. Ale żaden kraj nie wyręczy mnie z tego, za co sam jestem odpowiedzialny – podsumowuje ks. Sowa.