Turyści ewakuowani z Bliskiego Wschodu mają pretensje do MSZ i biur podróży
Turyści wracają z ZEA i Omanu i mają pretensje. Często niesłuszne (zdj. ilustracyjne) Fot. Davidi Vardi/Shutterstock

Polskie porzekadło mówi, że "mądry Polak po szkodzie". Tylko im dłużej słucham rodaków, którzy są samolotami ewakuowani z Dubaju czy Omanu, tym dłużej mam wrażenie, że my się niczego nie uczymy. Zamiast refleksji nad własną głupotą, niektórzy turyści wprost przyznają, że mieli fajną wycieczkę.

REKLAMA

Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest bardzo trudna. Lotów nie ma i prawdopodobnie długo nie będzie. Na miejscu utknęło kilkanaście tysięcy Polaków, a pierwsi wracają do Polski. Po ludziach, którzy znaleźli się w pobliżu centrum konfliktu, mimo iż rakiety nie spadały im na głowę, można by jednak spodziewać się stonowanych opisów sytuacji czy radości z powrotu do Polski. I w wielu przypadkach tak jest. Z drugiej jednak strony pojawiają się pretensje o brak kontaktu ze strony ambasady. Skargi, że biuro podróży powiedziało, że to linia lotnicza powinna zapewnić podróżnym nocleg. I moje ulubione: głosy, że w sumie to mieli fajną wycieczkę do Dubaju.

Polacy ewakuowani z Dubaju. Roszczeniowość sięga zenitu

To, że kilkanaście tysięcy Polaków utknęło na Bliskim Wschodzie, jest w dużej mierze winą samych turystów. Biura podróży organizowały tam wyjazdy na własną odpowiedzialność, a teraz ponoszą tego konsekwencje, bo załatwianie lotów powrotnych nie jest łatwe. Fakt, oni też powinni byli poważniej podejść do ostrzeżeń MSZ-u, a nie do ostatniej chwili wysyłać tam turystów.

Ostatecznie jednak wszyscy płacą za ignorancję, bezmyślność, ale i swego rodzaju pułapkę finansową. Nie jest łatwo zrezygnować z wyjazdu, kiedy wydało się na niego kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Ostrzeżenia MSZ były wydawane nie na kilka dni przed atakiem, ani nawet tydzień przed. Już w styczniu były apele o opuszczenie Iranu, a także niepodróżowanie na Bliski Wschód. W każdym komunikacie podkreślano, że chodzi także o loty tranzytowe, czyli np. te z przesiadką. Mimo wielu apeli do niektórych informacje i tak nie dotarły, bo nie było ich na Tik Toku.

Ostrzeżenia zignorowali turyści indywidualni i ci latający z biurami podróży. Nawet tłumaczenie, że "nie wiedzieli", jest irytujące, bo chyba wiedzieć nie chcieli. Wystarczy pobieżnie przeglądać media albo po prostu wpisać kraj, do którego planuje się podróż w wyszukiwarkę, żeby taką informację znaleźć. I cóż, znów się okazało, że niewiedza szkodzi.

I tylko teraz naprawdę denerwują mnie wypowiedzi niektórych ludzi. – Nie mieliśmy żadnego wsparcia z zewnątrz, jeśli chodzi o Polskę. Natomiast Dubaj stanął na wysokości zadania – mówiła jedna z osób wracających z ZEA. A o jakie wsparcie chodzi? Polska ambasada nie jest od tego, żeby załatwiać samolot ludziom, którzy do zagrożonego kraju polecieli mimo powszechnie znanych ostrzeżeń.

Inna osoba twierdziła, że "ogólnie wsparcia większego oprócz takich instrukcji nie było". Wcześniej dodała jednak, że stale otrzymywała SMS-y z apelami o pozostanie w domu i trzymanie się z dala od okien. Właśnie rozsyłanie takich wiadomości leży w gestii konsulatów, które mają dane osób zarejestrowanych w systemie Odyseusz. Hotelu czy powrotu do kraju wam nie załatwią. Na inne pytania też nie odpowiedzą, kiedy równocześnie dzwonią do nich tysiące osób. To fizycznie niemożliwe.

Pojechali na własną rękę i mają pretensje. To najbardziej irytująca grupa

Brak refleksji nad tym, w jakiej sytuacji się znaleźli, u niektórych jest wręcz przerażający. – Wylądowaliśmy w fajnych hotelach. Pozwiedzaliśmy Dubaj, więc nie mamy na co narzekać. Nie możemy nic złego powiedzieć na tę sytuację oprócz tego, że znaleźliśmy się w środku wojny – stwierdził jeden z podróżnych. Czyli nie dość, że najpierw zignorował ostrzeżenia polskiego MSZ, to później zlekceważył także apele o to, aby pozostać w bezpiecznym miejscu i nie zbliżać się do okien. Jak widać, dla niektórych była to dodatkowa wycieczka na koszt przewoźnika.

Bo to kolejna rzecz warta podkreślenia. Niektórzy mają pretensje, że w momencie rozpoczęcia konfliktu biuro podróży nie było w stanie odpowiedzieć na ich pytania i wskazać, co mają zrobić dalej. Po pierwsze, dla nich też była to sytuacja kryzysowa i nie wiedzieli, jak rozwinie się konflikt. Po drugie, w takich momentach o nocleg dla pasażerów zawsze dba przewoźnik, a nie biuro podróży. To samo tyczy się ZEA, Hiszpanii czy Egiptu.

Najgorsze w tym wszystkim są jednak komentarze zostawiane przez osoby, które poleciały na Bliski Wschód albo przez Bliski Wschód na własną rękę. Wiele z nich pisze teraz z pretensjami, dlaczego klienci biur podróży wracają do Polski, a oni są zostawieni samym sobie. Cóż… pomyślmy logicznie. Podróże z biurem podróży są ubezpieczone, a touroperator ma obowiązek zapewnienia dostarczanych usług, czyli m.in. lotu powrotnego.

Dodatkowo do Polski często wracają wyczarterowane samoloty, które dowiozły podróżnych na miejsce. Ponadto biura podróży mogą bezpośrednio rozmawiać z liniami lotniczymi na temat lotów. Klienci indywidualni muszą czekać. Nie bez powodu wyjazdy z biurem podróży są droższe od tych organizowanych na własną rękę.

"Nie znam angielskiego, nie denerwowałam się" – to moja ulubiona wypowiedź

Rozbroiła mnie też wypowiedź jednej z turystek wracających z Cypru. Zapytana o to, czy bała się powrotu do Polski po tym, jak wyspa została zaatakowana, a także ewakuowano lotnisko w Pafos, odpowiedziała, że nie do końca. – Na szczęście nie znam angielskiego, nie denerwowałam się. Bardziej dzieci – odpowiedziała.

I w tej niewiedzy jest chyba największy problem. Wiele osób jest tak zapatrzonych w czubek własnego nosa i we własne cele, że nie chce widzieć ostrzeżeń i zagrożeń. Celowo odcinają się od wiedzy, którą powinni posiadać. A później mają pretensje, że rząd nie wysyła samolotów, żeby ich ratować w momencie, kiedy siły ZEA zestrzeliwują kolejne rakiety.

"Mam pytanie do mediów i PiS. Czy tych, co wylecieli w tym tygodniu do Dubaju, to też rząd ma obowiązek ściągać, czy tylko tych, co zrobili to w zeszłym?" – napisał Roman Giertych. I o dziwo, chyba raz muszę się z nim zgodzić. Polecieli do zagrożonego regionu mimo ostrzeżeń? Niech teraz czekają na stabilizację. Dubaj i ZEA, gdzie zostało najwięcej osób, są dość bezpiecznymi miejscami, o ile stosuje się do obowiązujących zasad.