Skarbiec Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej 10 w Warszawie (kwiecień 1935) i postać oficera SS
Historia polskiego złota – II RP, II wojna światowa i tajna ewakuacja

Wrzesień 1939 roku kojarzymy z wybuchami, rykiem silników Junkersów i walką osamotnionego polskiego wojska. Jednak w cieniu bitew toczyła się niemal filmowa operacja. Stawką było 80 ton czystego złota. Kruszec o wartości około 463 milionów ówczesnych złotych stanowił fundament naszej narodowej waluty i nie mógł trafić w ręce nazistów. Wojenna odyseja skarbu II RP to gotowy scenariusz na thriller.

REKLAMA

W 1918 roku, w momencie odzyskania niepodległości, Polska nie posiadała scentralizowanych rezerw złota. Po 123 latach zaborów nasz kraj nie miał też jednolitego systemu bankowego. Na ziemiach polskich panował za to chaos walutowy – w obiegu znajdowały się marki niemieckie, korony austriackie, rosyjskie ruble i marka polska, która nie miała jednak pokrycia w złocie. Droga od marek po "królewskie" złote dopiero się zaczynała.

Od zera do 80 ton złota w II RP

Wszystko zmieniło się kilka lat później. W obliczu hiperinflacji rodzącego się państwa – na nowo i w bólach – premier i jednocześnie minister skarbu Władysław Grabski przeprowadził reformę walutową. Wprowadzono ją wiosną 1924. Dodajmy, że już pięć lat wcześniej szeroko debatowano też nad powołaniem nowego banku emisyjnego, który miałby zastąpić Polską Krajową Kasę Pożyczkową. Decyzji o utworzeniu Banku Polskiego w tamtym czasie jednak nie podjęto

W efekcie rozpychającej się biedy w polskich domach i destabilizacji gospodarki prowadzącej do kryzysu skarbu państwa upadł gabinet Witosa. Przed Bożym Narodzeniem 1923 powołano tzw. pozaparlamentarny rząd Grabskiego. W styczniu pojawiło się rozporządzenie wprowadzające nową walutę: polskiego złotego. I nie dyskutowano już o stworzeniu Banku Polskiego, tylko po prostu powołano tę instytucję do życia – jako emitenta nowej waluty. 

Przyszedł też moment zwrotny – 1 kwietnia 1924 wprowadzono reformę walutową, a dwa tygodnie później – 15 kwietnia 1924, na mocy ustawy o naprawie Skarbu Państwa, został założony Bank Polski Spółka Akcyjna. Tak zamknęła się trwająca dziesięciolecia droga od idei "banku narodowego" po Bank Polski SA. W tamtym czasie emisja złotego w 30 proc. miała pokrycie w złocie, ale też w dewizach i stabilnych wówczas walutach zagranicznych. 1 zł międzywojennej Polski stanowił równowartość 0,2903 g czystego kruszcu (1 kg złota równał się 3444,47 zł).

Bank Polski przy Bielańskiej 10 w Warszawie
Bank Polski przy Bielańskiej 10 w Warszawie Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Od 1927 roku tzw. parytet złota uległ zmianie – wartość 1 zł odpowiadała 0,1687 g czystego złota (1 kg = 5924,44 zł), co oznaczało, że 1 zł równał się 1 frankowi szwajcarskiemu. Kluczem do sukcesu reformy był też oczywiście Bank Polski, który musiał mieć zdeponowaną odpowiednio wysoką rezerwę złota i obcych walut. Problem był jednak taki, że narodowy skarbiec II RP był "goły". Jak zatem udało się go zapełnić i ostatecznie przeprowadzić reformy Grabskiego bez turbulencji?

Trzeba cofnąć się do pierwszych miesięcy po odzyskaniu niepodległości. W styczniu 1919 roku Józef Piłsudski dekretem wezwał obywateli do… przekazywania złota, ale też srebra i kosztowności, które zasiliłyby Skarb Narodowy. Dziś ta historia nie mogłaby się chyba powtórzyć, ale wtedy Polacy stanęli na wysokości zadania. Momentalnie zaczęły powstawać komitety zbiórki i do czasu reformy walutowej w skarbcu było już 20 ton złota i 120 ton srebra pod przyszłą nową walutę. Zasoby rosły i w sierpniu 1939 roku Polska miała 79,5 tony kruszcu. Polski bank centralny dysponował zasobami złota o wartości 463,6 milionów ówczesnych złotych (około 87 milionów dolarów). 

Odyseja skarbu II RP, czyli ewakuacja polskiego złota przed nazistami

Tuż przed wybuchem II wojny światowej w skarbcu Banku Polskiego w Warszawie przechowywano 38 ton złota o wartości 193 mln zł. Złoto zdeponowane było także w oddziałach – Brześciu nad Bugiem, Lublinie, Siedlcach i Zamościu (170,4 mln zł), a pozostałe 41,5 tony ulokowano w depozytach za granicą (100,2 mln zł). Po agresji nazistowskich Niemiec, a potem ZSRR, polskie władze robiły wszystko, by najcenniejszy kruszec nie trafił w ręce agresorów. Gdyby skarb wpadł w ręce nazistów, znacznie poprawiłoby to sytuację III Rzeszy. 

Wywiezienie tak ogromnego ładunku z kraju ogarniętego wojennym chaosem wydaje się niemożliwością, jednak ta sztuka Polakom się udała, a historia ewakuacji rezerw Banku Polskiego we wrześniu 1939 roku to gotowy scenariusz na thriller. Gdy 1 września spadły pierwsze bomby, rząd i dyrekcja Banku Polskiego stanęli przed dylematem: zostać w Warszawie i ryzykować przejęcie rezerw przez III Rzeszę czy wywieźć skarb w nieznane. Decyzja zapadła błyskawicznie. Już 4 września rozpoczęto ewakuację złota. Zasoby przewieziono najpierw na wschód kraju, a 10 września zapadła decyzja o wywiezieniu całego złota do Francji. Problem był jednak taki, że na ewakuację powietrzną było już za późno.

Transport musiał odbywać się w warunkach absolutnego chaosu, pod nieustannym ostrzałem Luftwaffe. Głównymi bohaterami tej fazy zostali płk Ignacy Matuszewski (szef wywiadu wojskowego w wojnie z bolszewikami, a później m.in. minister skarbu i prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego) oraz mjr Henryk Floyar-Rajchman (oficer w stanie spoczynku oraz były minister przemysłu i handlu, a także poseł). To oni, wykazując się niemal nadludzką energią, zorganizowali cywilne autobusy i ciężarówki, którymi złoto ruszyło na wschód – przez Brześć nad Bugiem, Łuck, aż do granicy z Rumunią w Śniatyniu.

"Urzędnikom odpowiedzialnym za ewakuację polskiego złota we wrześniu 1939 r. towarzyszyły niekiedy całe rodziny. Jednak udział lekkoatletki Haliny Konopackiej był wyjątkowy. Podczas gdy jej mąż, płk Ignacy Matuszewski, rozpoczął w Łucku nadzorowanie transportu złota, ona od 9 września prowadziła – z Łucka do Śniatynia na granicy z Rumunią – jeden z 40 autobusów transportujących kruszec".

Źródło: NBP

fragment opisu ewakuacji polskiego złota podczas II wojny światowej 

Dodajmy, że Halina Konopacka była najsłynniejszą polską sportsmenką dwudziestolecia międzywojennego i jedną z tych Polek, o których przed wojną mówił świat. W 1928 roku na Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie zdobyła złoty medal w rzucie dyskiem. Startowała też w skokach, biegach, tenisie, pchnięciu kulą i w rzucie oszczepem, a zaczynała od… narciarstwa. Jej znakiem rozpoznawczym było to, że zawsze występowała w czerwonym berecie.

Przez Rumunię do Stambułu, a potem afrykański upał

13 września 1939 polskie złoto przekroczyło granicę z Rumunią. Polska dyplomacja musiała dokonać cudów, by przekonać rumuński rząd do przepuszczenia transportu. Rumunia, choć formalnie neutralna, znajdowała się pod ogromną presją Berlina. 

W porcie Konstanca nad Morzem Czarnym na złoto czekał brytyjski tankowiec "Eocene". Kapitan statku, Robert Brett, początkowo nie wiedział, co ma przewieźć. Gdy zobaczył setki skrzyń, zrozumiał wagę misji. Mimo że naziści dowiedzieli się o akcji i kontrolowali port Konstanca, 1208 małych drewnianych skrzynek zabezpieczonych żelaznymi taśmami o wadze 60 kg każda udało się załadować na pokład. A potem statek bez problemów opuścił port, ponieważ niemieckie łodzie podwodne pomyliły go z kutrem rybackim.

I tu ważna kwestia: w Rumunii pozostawiono 4 tony złota, które jeszcze w Polsce odłączono od głównego transportu, stało się tak na polecenie naczelnych władz wojskowych. Sztabki dotarły do Bukaresztu i po sprzedaży około jednej tony pozostałą część złożono w depozycie w Narodowym Banku Rumunii.

Dwa dni później, 15 września, polskie złoto odpłynęło do Turcji. Po bezpiecznym dotarciu do Stambułu przeładowano je do wagonów, a następnie rozpoczęła się podróż do Syrii i Libanu. Wieczorem 23 września transport był już w Bejrucie (wówczas pod kontrolą francuską). Paryż zgodził się zdeponować złoto, a polskie władze wybrały bank w Nevers. Skrzynie z kruszcem pod bezpośrednim nadzorem pracowników Banku Polskiego przetransportowano drogą morską. Wydawało się, że złoto w końcu jest bezpieczne. Jednak rok 1940 i błyskawiczna klęska Francji znów postawiły nasz narodowy skarb pod znakiem zapytania.

Rząd gen. Władysława Sikorskiego domagał się wywiezienia kruszcu do USA. Francuzi mieli jednak inny plan, a zdaniem wielu komentatorów – grali po prostu na zwłokę. Pod pozorem bezpieczeństwa wysłali polskie złoto na pokładzie krążownika "Victor Schölcher" do Casablanki, potem do swojej kolonii – do Dakaru w Afryce Zachodniej (dzisiejszy Senegal), a następnie do fortu Kayes w głębi Sahary Francuskiej. Gdy powstał kolaboracyjny rząd Vichy, Polacy stracili kontrolę nad swoim skarbem.

Warunki na Saharze były zresztą potworne i nie chodzi wyłącznie o 50-stopniowe upały. Przez blisko cztery lata polscy bankierzy, którzy towarzyszyli transportowi, żyli w spartańskich warunkach, tocząc cichą wojnę z urzędnikami Vichy o każdą sztabkę. 

Pomoc Winstona Churchilla zakończyła się na obietnicach, więc Polacy wytoczyli proces Bankowi Francji w Stanach Zjednoczonych. Sąd "aresztował" francuskie złoto o wartości 64 milionów dolarów, które znajdowało się w banku federalnym w Nowym Jorku.

Dopiero po lądowaniu aliantów w Afryce Północnej (operacja Torch w 1942 roku) i długich negocjacjach złoto udało się odzyskać. W 1944 roku polskie złoto zostało podzielone i przetransportowane do skarbców Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, w kanadyjskiej Ottawie i w Banku Anglii. I to również było ogromne wyzwanie logistyczne – choć uznano, że najbezpieczniejszy jest szlak wiodący bezpośrednio z Dakaru do Nowego Jorku, do Wielkiej Brytanii i Kanady złoto trafiło partiami. 4 kwietnia kruszec dotarł do Nowego Jorku, do Londynu z kolei przetransportowano go na pokładzie niszczycieli eskortujących konwoje i dostarczających aliantom uzbrojenie (operacja trwała między 5 a 25 sierpnia). Tam dopiero złoto podzielono na trzy transporty, które ostatecznie trafiło do Banku Kanady na przełomie września i października 1944.

"Po zakończeniu wszystkich operacji na koniec 1944 r. Bank Polski SA posiadał złoto o wartości 398 mln 445 tys. zł. Zasoby te znajdowały się w: Banku Anglii (155,245 mln zł), Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku (154,8 mln zł), Banku Kanady (67,3 mln zł), Narodowym Banku Rumunii (370 tys. zł) i oddziale Banku Polskiego w Londynie (430 tys. zł). Oprócz tego było też złoto na rachunkach zablokowanych: 4,1 mln zł w Banku Francji i 16,2 mln zł w Narodowym Banku Rumunii". 

Źródło: NBP

fragment opisu ewakuacji polskiego złota podczas II wojny światowej 

Bilans odysei polskiego złota – dlaczego ta historia jest tak ważna

Dzięki ocaleniu złota rząd RP na uchodźstwie posiadał własne środki finansowe. Nie był jedynie "ubogim krewnym" aliantów, ale partnerem, który mógł finansować Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie.

Skarbiec Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej 10 w Warszawie (kwiecień 1935)
Skarbiec Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej 10 w Warszawie (kwiecień 1935) Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po drugie, mimo chaosu wojennego, z blisko 80 ton złota nie zginęła ani jedna sztabka. Urzędnicy i żołnierze pilnowali majątku narodowego z najwyższym honorem. Cała akcja była też logistycznym majstersztykiem: przewiezienie tak ogromnego ładunku przez trzy kontynenty, w poprzek ogarniętej wojną Europy i Afryki, do dziś budzi podziw historyków.

Po wojnie losy złota stały się kartą przetargową w rękach aliantów i – niestety – komunistów. Ostatecznie większość kruszcu wróciła do Polski rządzonej przez PZPR, co do dziś budzi kontrowersje i dyskusje. Dziś historia niejako zatacza koło: NBP powiększa rezerwy kruszcu, a polskie zasoby złota są wielokrotnie większe niż te, które w 1939 roku ruszyły autobusami na wschód.