
– Jeśli udajemy, że nie widzimy agresji naszego dziecka, tłumacząc sobie: "on jest po prostu ambitny, to młody wojownik, który zdobywa świat", robimy mu ogromną krzywdę. Takie dziecko nie będzie zapraszane na urodziny, nie będzie miało kolegów, bo inni będą się go bali. Broniąc własnej samooceny, uderzamy w przyszłość dziecka – ostrzega dr hab. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju.
Aleksandra Tchórzewska: Są rodzice, którzy za wszelką cenę bronią swoich dzieci, nawet gdy te ewidentnie nabroiły. Dziecko notorycznie przeszkadza na lekcjach, a rodzic twierdzi, że to wspaniale, bo jest "towarzyskie i wygadane", więc na pewno poradzi sobie w życiu. Dziecko kogoś pobiło? Rodzic argumentuje, że widocznie nie radzi sobie z emocjami lub zostało sprowokowane. Zawsze stoją murem za dzieckiem. To dobrze czy źle? Czy faktycznie trzeba być przy swoim dziecku zawsze, bez względu na wszystko?
dr hab. Konrad Piotrowski, psycholog rozwoju: Trzeba, ale nie zawsze w taki albo podobny sposób. Przykłady, które pani przytoczyła, są dość ekstremalne – rodzic przyjmuje tu postawę obronną w kontrze do otoczenia. Wymaga to odrzucenia opinii innych ludzi, którzy wskazują, że dane zachowanie jest nieakceptowalne lub niezgodne z regułami. Rodzic uznaje te zasady za mało ważne i za wszelką cenę forsuje przekonanie, że jego dziecko może zachowywać się tak, jak mu się podoba.
To jest oczywiście dysfunkcyjne. Nie pomaga dziecku budować realnego obrazu świata ani kompetencji społecznych niezbędnych do funkcjonowania w instytucjach, relacjach, grupach.
Trzeba mieć świadomość, że dziecko w końcu dorośnie. Jako dorosły nie będzie mogło zachowywać się na studiach, w pracy czy w relacjach tak, jak mu się żywnie podoba.
Raz zdarzyło mi się, że po oblanym egzaminie studentki przyszła do mnie jej mama. Pytała, co córka może zrobić, żeby poprawić ocenę, bo rodzina bardzo się tym niepokoi. Córka z kolei miała być bardzo zestresowana sytuacją.
I co pan powiedział tej mamie?
Jedyne, co mogłem odpowiedzieć – również ze względów prawnych – to że nie mogę rozmawiać z nią o sytuacji edukacyjnej dorosłej osoby. Jeśli córka ma sprawę, musi przyjść osobiście.
Nie mogłem nawet udzielić informacji, czy ta osoba zdała egzamin, dopóki sama nie wyraziłaby na to zgody.
Co to mówi o tych rodzicach? Czy problem tkwi w nich, bo traktują dziecko jak "superprojekt" albo własną wizytówkę?
Niestety, często właśnie tak jest. Nasze rodzicielstwo stało się rolą poddaną nieustannej obserwacji i ocenie. Nauczyciele oceniają nasze dzieci non stop: ich wyniki, zachowanie, kulturę. Ale także rodzice są przecież oceniani. Przez samych siebie, przez przyjaciół, rodzinę, a wreszcie, szeroko pojętą kulturę popularną.
Dla wielu rodziców jest to informacja zwrotna o nich samych. Jeśli dziecko sobie nie radzi, rodzic czuje, że to uderza w niego osobiście: "Czemu ono tak słabo się uczy? Czy ja go źle wychowuję?". Obrona dziecka staje się wtedy mechanizmem obronnym własnej samooceny. Taki rodzic po prostu nie dopuszcza do siebie myśli, że powinien coś w swoich metodach zmodyfikować.
Inną przyczyną jest rosnąca popularność stylu wychowania, który nazwałbym skrajnie liberalnym lub "podążającym". To model, w którym to dziecko przewodzi, a rodzic nie stawia niemal żadnych wymagań ani granic. Taka postawa opiera się na całkowitej akceptacji każdego zachowania jako czegoś "naturalnego".
Istnieje grupa ludzi wierzących, że skoro dziecko ma siedem lat, to wszystko, co robi, jest po prostu przejawem jego natury. To nie jest prawda. Jeśli rodzic uważa, że dziecko ma prawo żyć wyłącznie po swojemu, to każda negatywna opinia z zewnątrz jest traktowana jako atak na jego system wartości. A to rodzi konflikty.
Bo wtedy pojawia się nauczyciel, który mówi: "Nie, w szkole nie wolno rzucać jabłkami, nie wolno wyrywać drzwi w toalecie, nie wolno krzyczeć na innych". Dla takiego rodzica to automatycznie oznacza konfrontację.
Dlaczego rodzice tak postępują?
Wszystko to opiera się na błędnym przekonaniu o tym, co jest dla dziecka dobre. Wiem, że większość rodziców chce jak najlepiej. Mają pozytywną motywację. Problem polega na tym, że ci rodzice często po prostu nie wiedzą, co realnie dziecku pomaga, a co mu szkodzi.
Postawa skrajnie liberalna bywa w przyszłości źródłem cierpienia. Dzieci, którym nie stawia się granic, nie umieją regulować swoich emocji. Stają się chwiejne – raz wszystko jest super, a za chwilę popadają w rozpacz z powodu błahostek.
Dzieje się tak, ponieważ dom nie był dla nich poligonem doświadczalnym w zakresie kontroli emocjonalnej. Gdzie mamy uczyć się panowania nad trudnymi emocjami, jeśli nie w domu? To tam mama powinna powiedzieć: "Nie, nie dostaniesz ciastka przed obiadem. Deser zjemy po południu. Taka jest zasada w naszej rodzinie".
Wyjaśniamy to spokojnie: "Rozumiem, że chcesz słodycze teraz, ale poczekaj pół godziny, zjemy obiad, a potem będzie nagroda".
W ten sposób dziecko uczy się regulacji emocji. Na początku czuje frustrację i złość, ale dzięki naszej konsekwencji uczy się z tymi uczuciami radzić. To jest właśnie to, czego najbardziej brakuje dzieciom zaniedbanym wychowawczo przez zbyt dużą swobodę.
Dziś wiemy, że nie wystarczy kupić klocków – trzeba usiąść i bawić się nimi razem z dzieckiem.
Podobnie jest z ignorowaniem problemów. Jeśli udajemy, że nie widzimy agresji naszego dziecka, tłumacząc sobie: "on jest po prostu ambitny, to młody wojownik, który zdobywa świat", robimy mu ogromną krzywdę.
Takie dziecko nie będzie zapraszane na urodziny, nie będzie miało kolegów, bo inni będą się go bali. Broniąc własnej samooceny, uderzamy w przyszłość dziecka.
Czyli miłość rodzicielska powinna mieć w sobie pierwiastek krytycyzmu, żeby nie stać się toksyczną bańką?
Tak, ale z zachowaniem czujności. Nauczyciele nie są grupą, której musimy ufać bezkrytycznie. W tym środowisku jest wiele problemów – wypalenie, frustracja.
Przez całą moją karierę rodzicielską nigdy nie przyjmowałem opinii nauczycieli o moim dziecku "na słowo". Zawsze weryfikowałem te informacje, rozmawiając z własnym dzieckiem.
To jest właściwa droga: nie bądźmy w stu procentach ani po stronie dziecka, ani nauczyciela. Musimy zrozumieć obie strony, ale przede wszystkim dać naszemu dziecku prawo do robienia głupich rzeczy. Musimy je kochać zwłaszcza wtedy, gdy popełni błąd.
Jest jednak i druga strona medalu. Istnieje postawa odwrotna, która moim zdaniem jest nawet częstsza: rodzic staje się sprzymierzeńcem nauczyciela przeciwko dziecku. Gdy dziecko otrzymuje od nauczyciela informację, że źle się zachowało, rodzic patrzy na nie karcąco i żąda natychmiastowych wyjaśnień.
Kiedy dziecko próbuje się bronić, mówiąc np. że Maciek go sprowokował, nauczyciel ucina: "Ale to ty zrobiłeś to i to". W ten sposób dziecko staje w obliczu dwójki dorosłych, którzy patrzą na nie z góry i oceniają wyłącznie jego negatywne zachowanie.
Jak więc znaleźć złoty środek, żeby nie być ani ślepym obrońcą, ani prokuratorem we własnym domu?
Odradzam obie skrajności. Musimy pamiętać o jednej rzeczy: nie jesteśmy nauczycielami własnego dziecka, lecz jego rodzicami. Mamy inną rolę. Nauczyciel ma oczywiście prawo wymagać i reagować na błędy, ale my musimy dać dziecku prawo do ich popełniania i akceptować je mimo to. Do kogo ma się ono odwołać, jeśli uzna, że zostało ocenione niesprawiedliwie?
Nauczyciele rzadko znają pełny kontekst – widzą tylko skutek. Jeśli uczeń dostaje karę, a rodzic bezkrytycznie dołącza do ataku, dziecko zostaje kompletnie samo. Może przecież być tak, że ono tylko "nie chciało wsypać kumpla" i wzięło winę na siebie.
Co powinniśmy wtedy zrobić?
Pamiętać, że nasza funkcja jest przede wszystkim opiekuńcza. Dziecko musi mieć pewność, że gdy świat się wali, rodzice je przyjmą, zrozumieją błąd i pozwolą się wypłakać. Nie jesteśmy od straszenia: "Źle się zachowujesz, zmarnujesz sobie życie!". Rodzic powinien raczej powiedzieć: "Postąpiłeś źle, widzisz, jakie są konsekwencje. Następnym razem spróbuj inaczej".
Można podpowiedzieć konkretne rozwiązanie: "Mnie w pracy pomaga to i to. Kiedy poczujesz w szkole nudę, zamiast chodzić po klasie, spróbuj porysować w zeszycie". Jeśli to nie zadziała i problem wróci, nadal bądźmy matką czy ojcem, a nie policjantem.
Pytajmy: "Co się stało?". Nigdy się tego nie dowiemy, jeśli nie przyjmiemy postawy wspierającej. Przymierze rodzica z nauczycielem przeciwko dziecku niszczy relację. Stajemy się dla własnego dziecka wrogiem.
Co robić, gdy idziemy do szkoły "na dywanik"?
Kluczowe jest to, czy towarzyszy nam dziecko. Ono nas wtedy uważnie obserwuje. Patrzy, jak reagujemy na zarzuty o ucieczkach z lekcji czy słabych ocenach. Jeśli ojciec jest wściekły i ledwo się kontroluje, mamy raczej gotowy przepis na katastrofę niż na happy end.
Zalecam spokój. Należy powiedzieć: "Rozumiemy sytuację. Wrócimy do domu i porozmawiamy o tym z synem. Chcemy poznać jego zdanie, a potem wrócimy do naszej rozmowy. Proszę nam zaufać, zajmiemy się sprawą". I tyle. Wychodzimy.
Właściwa rozmowa powinna odbyć się później, bez świadków. Nigdy nie róbmy tego przy nauczycielce. Nie wykrzykujmy: "Mówiłam ci tyle razy! Widzisz, co teraz pani mówi? Tylko kłopoty przez ciebie!".
To brzmi brutalnie.
Bo to jest doświadczenie niezwykle stresujące i przykre. Dziecko nabiera wtedy przekonania, że dorośli są w zmowie i mają o nim fatalne zdanie. Podczas gdy ono musi czuć, że to my mu pomożemy i że jesteśmy "w przymierzu" z nim, a nie z innymi.
Sami nie chcielibyśmy, aby naszą sytuację zawodową szef omawiał w obecności innych.
Oczywiście nie chodzi o zaprzeczanie faktom.
Konrad Piotrowski
psycholog rozwoju
To, co wydarzy się w domu, to nasza wewnętrzna sprawa. Tam jest miejsce na reprymendę: "Krzyśku, tak nie wolno, rozmawialiśmy o tym pięć razy". Ale robimy to w kręgu rodziny.
Dziecko nie może mieć poczucia, że wszystko mu wolno, ale nie powinno też czuć się osaczone. Pamiętajmy: każde dziecko robi głupoty. My też je robiliśmy.
To, że ktoś kilka razy ucieknie z lekcji, nie rujnuje mu przyszłości – to po prostu typowe, ryzykowne zachowanie. Kilka lat temu w szkole mojego dziecka ktoś zdjął drzwi z kabiny w toalecie i je wyniósł. Nauczycielka biegała wściekła, co zrozumiałe, ale przy tej okazji ja pomyślałem: Bardzo pomysłowe! Bycie nastolatkiem właśnie takie jest.
Gdyby okazało się, że to moje dziecko wyniosło te drzwi, w rozmowie z nauczycielką zachowałbym kamienną (mam nadzieję) twarz. Dopiero w domu zapytałbym: "O co chodziło? Po co to było?". Tłumaczyłbym mu konkretne skutki: "Przez ciebie koleżanki nie mogły korzystać z toalety. Nie rób tego więcej". To jest moja rola jako ojca – wyjaśnić błąd w relacji opartej na zaufaniu, a nie na publicznym linczu.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zobacz także
A zgadza się pan z tezą, że mamy obecnie kryzys rodzicielski? Spotkałam się z opinią, że to nie psychiatria dziecięca jest w zapaści, ale właśnie rodzicielstwo – że z każdą trudnością biegniemy do psychologa lub psychiatry, zamiast przyjrzeć się temu, co dzieje się w naszych domach.
Gdy słyszę o "kryzysie rodzicielstwa", myślę o liczbach: w Polsce około 30 proc. młodych rodziców jest wypalonych lub poważnie zagrożonych wypaleniem. To realny kryzys – ogromna grupa ludzi wyczerpanych, czujących, że ta rola ich przerasta.
Z jednej strony rodzicielstwo jest dziś bardzo obciążające czasowo i emocjonalnie, a z drugiej – wymagania są kosmiczne. Dobrostan dziecka jest pod silną ochroną, co samo w sobie jest świetne, ale sprawia, że rodzice żyją pod ciągłym nadzorem. Prawo, specjaliści, media społecznościowe – wszyscy mówią: rozmawiać, nie krzyczeć, poświęcać czas, dbać o zdrowie psychiczne, uważać na przemoc rówieśniczą.
Współczesny rodzic żyje w ciągłym lęku, że coś sknoci. Dominującym uczuciem stało się poczucie winy i paraliżujący perfekcjonizm.
Kiedyś było inaczej?
Sam wspominam dzieciństwo w małym miasteczku pod Warszawą – wtedy nauczyciel, podobnie jak ksiądz czy policjant, był świętością. Gdy na zebraniu mówiono, że uciekłem z lekcji, rodzic automatycznie stawał po stronie szkoły. Nikt mnie nie słuchał, bo 30 lat temu dzieci miały być przede wszystkim posłuszne.
Dziś jest inaczej, i dobrze. Warto zapytać samego siebie: czy naprawdę chcemy wychować posłusznego człowieka? To ma być nasz cel jako rodziców? Czy chce pani, żeby pani córka była w dorosłym życiu bezkrytycznie posłuszna? Jeśli nie, to nie można oczekiwać, że będzie taką pięciolatką.
Chcemy przecież, żeby jako dorosła kobieta potrafiła się postawić, gdy ktoś będzie naruszał jej granice. Nie możemy więc wymagać, by dziecko słuchało nauczyciela zupełnie bezkrytycznie. Nauczyciele to też ludzie i czasem robią rzeczy, od których włos jeży się na głowie.
W relacjach społecznych trudno o czarno-białe oceny. Jeśli trzylatek uderzy kogoś łopatką w piaskownicy, to nie dlatego, że jest "zły", tylko dlatego, że w tym wieku nie kontroluje jeszcze impulsów. Tak jak nie kontrolujemy pęcherza bez dostępu do toalety, tak trzylatek nie panuje nad tego typu zachowaniami, gdy w grę wchodzą emocje. Trzeba mu powiedzieć, że tak nie wolno, ale za tydzień pewnie zrobi to samo. Dopiero jako sześciolatek zyska nad tym realną kontrolę.
Złota rada na koniec?
Trzeba po prostu być przy dziecku, rozumieć jego etap rozwoju i podążać za nim – nie w stu procentach bezkrytycznie, ale przynajmniej w takim stopniu, aby dać mu święte prawo do bycia dzieckiem.
