Mateusz Morawiecki drugim Péterem Magyarem nie będzie. Miał zrobić rewolucję, poszedł się ugadać
Mateusz Morawiecki dogadał się z Jarosławem Kaczyńskim Fot. Shutterstock; naTemat.pl

Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził. Prezes PiS ogłosił, że nocna, siedmiogodzinna rozmowa "przyniosła pewien kompromis". Mateusz Morawiecki w partii zostaje, działać też będzie jego stowarzyszenie, które wywołało chaos i krytykę wśród polityków z Nowogrodzkiej. A Morawiecki? Cóż, byłemu premierowi zabrakło odwagi.

REKLAMA

Miał być polski Péter Magyar – człowiek, który rzuci wyzwanie partii i prezesowi, i pociągnie za sobą tłumy spragnione "nowej jakości" na krajowej prawicy. Przez kilka ostatnich dni na Nowogrodzkiej i na sejmowych korytarzach przy Wiejskiej czuć było emocje i napięcie, które – wydawało się – może za chwilę rozsadzić PiS od środka. Nie brakowało też głosów po stronie samych posłów PiS, że cała akcja odbywała się pod ścisłym nadzorem prezesa. Choć osobiście mam co do tego wątpliwości.

Oto Mateusz Morawiecki, były premier w czasach PiS, który Jarosławowi Kaczyńskiemu zawdzięcza naprawdę wiele, wyciągnął szablę. Jego stowarzyszenie Rozwój Plus wywołało burzę nie tylko w PiS. Miała to być swego rodzaju szalupa ratunkowa dla tych, którym w twardym, pisowskim monolicie, zaczęło brakować tlenu.

Mateusz Morawiecki ugadał się z Jarosławem Kaczyńskim. Siedem godzin na kolanach?

Ale zamiast spektakularnego partyjnego rozwodu, dostaliśmy wtorkową konferencję prasową obu polityków. Poprzedziło ją siedmiogodzinne, nocne "posiedzenie pojednawcze". Zamiast buntu na pokładzie Morawieckiego i jego 50-osobowej armii, mamy wspólne zdjęcie i opowieści o "dwóch płucach PiS". A zamiast rewolucji, rozbieżności zamiecione pod dywan na Nowogrodzkiej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że te 7 godzin spędzonych twarzą twarz z prezesem nie było negocjacjami partnerów, a raczej lekcją pokory, którą otrzymał były premier. Jarosław Kaczyński, stary polityczny wyga, znowu wszystkim udowodnił, że potrafi zdusić bunt w zarodku, jednocześnie dając buntownikowi tyle "wolności", by ten czuł się usatysfakcjonowany i doceniony, ale wciąż pozostawał na krótkiej smyczy.

Stowarzyszenie Rozwój Plus również ma zostać, ale jako swego rodzaju "rada ekspercka". W tłumaczeniu z polskiego na nasze: Morawiecki może sobie organizować konferencje i zamieszczać zdjęcia w social mediach, dopóki nie przyjdzie mu do głowy rejestrowanie list wyborczych.

To nie jest budowanie nowej siły. To raczej przypomina złotą klatkę, w której Morawiecki może podlewać swoje sny o potędze jak kwiatki na parapecie, nie szkodząc przy tym partii. Morawiecki udowodnił nam dziś, że brakuje mu instynktu politycznego killera. Być może to jeszcze nawyki "bankowe", bo w korporacjach każdy konflikt rozwiązuje się przy pomocy mediacji i kompromisu. A być może po prostu tak się objawia u niego brak wiary w to, że nie istnieje dla niego jakiekolwiek inne polityczne życie. Choć to byłoby w sumie dziwne, patrząc na ostatnie sondaże, w których pytano Polaków, co sądzą o – wtedy jeszcze wydawało się – wolcie byłego premiera.

Mateuszowi Morawieckiemu zabrakło odwagi

"Kto się lubi, ten się czubi" – napisał europoseł Adam Bielan, który również uczestniczył w nocnych rozmowach Morawiecki-Kaczyński, próbując nadać tej – bądź co bądź – kapitulacji Morawieckiego niemal romantyczny ton. Problem w tym, że takie "czubienie się" w polityce jest po prostu oznaką słabości.

Dla wyborców PiS, którzy liczyli, że oto Morawiecki realnie powalczy o centrum, ten "nocny kompromis" może być jak zimny prysznic. Bo okazało się, że szumne zapowiedzi o przyciąganiu samorządowców i przedsiębiorców kończą się tam, gdzie zaczyna się strach przed utratą miejsca na liście wyborczej.

Morawiecki drugim Magyarem nie będzie, bo przyszły szef węgierskiego rządu miał odwagę zaryzykować wszystko. Były polski premier wybiera bezpieczną przystań i rolę "drugiego płuca" partii, które pompuje powietrze dokładnie tam, gdzie chce tego Jarosław Kaczyński. Rewolucji nie będzie. Zamiast tego będzie stowarzyszenie z nowym logotypem w tle.

I tyle zostało z "polskiego Magyara".