Tusk z Macronem i Magyarem, Nawrocki z Orbanem i Pudzianem
Tusk z Macronem i Magyarem. A Nawrocki? Z Orbanem i Pudzianem... Fot. Dział Kreatywny naTemat.pl

Doświadczenie Donalda Tuska zaczyna górować nad młodzieńczą energią Karola Nawrockiego. Widać to na międzynarodowych salonach, gdzie premier umiejętnie rozgrywa prezydenta – mówi w rozmowie z naTemat.pl Adam Traczyk, politolog i dyrektor zarządzający More in Common Polska. Rozmawiamy też o ostatnich ruchach pałacu. Z jednej strony prezydent kończy jałowe spory, które w większości sam wywołał – z drugiej otwiera nowe pola do walki.

REKLAMA

Maciej Bąk: Zestawmy obok siebie dwa obrazki. Pierwszy to Donald Tusk przechadzający się z Emmanuelem Macronem po Gdańsku w tłumie ludzi. Drugi to Karol Nawrocki trenujący sobie z Mariuszem Pudzianowskim. Czy zestawianie ich ze sobą to tylko złośliwa narracja koalicji rządzącej, czy jednak gorzka pigułka prawdy o obecnej sytuacji i pozycji Karola Nawrockiego?

Adam Traczyk – politolog, dyrektor More in Common Polska: Oczywiście, że zestawienie jest selektywne, ale w sprawach międzynarodowych Karol Nawrocki znalazł się w ostatnich dniach i tygodniach trochę na pozycji spalonej i co do tego nie ma wątpliwości. Jego największy międzynarodowy sojusznik, czyli Donald Trump, w ostatnich miesiącach zaprezentował się światu jako jeździec bez głowy. Po ataku na Iran nie tylko tąpnęło jego poparcie społeczne Stanach Zjednoczonych, ale stał się on toksyczny nawet dla swoich politycznych sojuszników.

Trump okazał się być agentem chaosu, który bez planu, bez strategii, bez jasno zarysowanych celów wywołuje wojnę. I to taką mającą konsekwencje być może potencjalnie większe nawet dla Europy niż dla USA. Więc eksponowanie zażyłości z Donaldem Trumpem, co było jednym z największych atutów Karola Nawrockiego w polityce międzynarodowej, dziś staje się ciężarem.

Czy w takim razie Karol Nawrocki ma teraz jakiegoś innego prawdziwego partnera na arenie międzynarodowej, który faktycznie jeśli już z kimś chce rozmawiać w Polsce, to właśnie z Karolem Nawrockim?

Takiego prominentnego partnera, z którym relacje wychodziłby poza dyplomatyczny standard, prezydentowi rzeczywiście w tej chwili brakuje. Pewną próbą uratowania ostatniej z takich osób była wizyta na Węgrzech u Viktora Orbana na finiszu kampanii parlamentarnej.

I mimo, że teraz oczywiście Karol Nawrocki i jego otoczenie się tego wypierają, to udzielono poparcia politykowi, który nie tylko ma silne inklinacje prorosyjskie, ale i ostatecznie poniósł wyborczą klęskę. Więc tak, Karol Nawrocki jest w tym momencie po prostu odrobinę osamotniony na arenie międzynarodowej.

I wykorzystuje to, jak na szczwanego lisa przystało, premier Donald Tusk, który akurat na arenie międzynarodowej czuje się znakomicie.

Donald Tusk nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystywał takich okazji. Więc pozycjonuje się teraz jako osoba, która ma kontakty, budowane zresztą od dekad. I jak widać są one niekiedy tak silne, że Donald Tusk czy to aurą czy perswazją odwiódł Emmanuela Macrona od pomysłu spotkania z Karolem Nawrockim.

Zresztą to byłoby takie odpłacenie pięknym za nadobne po tym, bo wcześniej otoczenie prezydenta triumfowało i chełpiło się wyśmienitymi kontaktami z Białym Domem i rzekomym odcięciem strony rządowej od kontaktów z Amerykanami.

Z Macronem faktycznie mogło być tak, że rząd w jakiś sposób uniemożliwił Nawrockiemu dołączenie do świętowania dnia polsko-francuskiej przyjaźni?

Nie chcę spekulować co do tego czy rząd faktycznie proaktywnie postawił veto w sprawie spotkania Nawrockiego z Macronem, ale być może po prostu nie wyraził entuzjazmu i to już wystarczyło, żeby Francuzi z tego spotkania zrezygnowali, mimo zabiegów Pałacu Prezydenckiego.

Wychodząc jednak poza wzajemne uszczypliwości między prezydentem, a premierem, trzeba stwierdzić, że taka rywalizacja o wyłączność kontaktów międzynarodowych nie jest dobra z punktu widzenia strategicznych interesów Polski. Dużo lepiej byłoby, gdyby te ośrodki władzy ze sobą współpracowały. Niestety nasza obecna rzeczywistość polityczna wygląda inaczej.

Myśląc o potencjalnym partnerze dla Karola Nawrockiego na arenie międzynarodowej jeszcze niedawno można byłoby wskazać włoską premierkę Georgię Meloni. Ale i ona weszła teraz na ostry kurs kolizyjny z Trumpem. A mam wrażenie, że dla naszego Pałacu Prezydenckiego wciąż jest tak, że w imię dobrych stosunków z Trumpem lepiej się z jego "wrogami" nie bratać.

Widać wyraźnie, że europejska alternatywna prawica - czy właśnie w osobie Georgii Meloni czy też lidera francuskiego Zjednoczenia Narodowego Jordana Bardelli - jest dużo bardziej suwerenistyczna, dużo silniej też akcentująca kwestie własnej niezależności i samodzielności i ostatecznie traktująca Europę jako zasadniczy punkt odniesienia - niż polska prawica.

Meloni czy Bardella są samodzielni w definiowaniu interesów narodowych swoich krajów i nie zależy im na świeceniu światłem odbitym Stanów Zjednoczonych i Donalda Trumpa. A przecież to jest dla środowiska Karola Nawrockiego bardzo istotne. To światło MAGA miało też reflektować nad Polskę, a tymczasem widzimy wyraźnie, że europejska alternatywna prawica nie szuka sobie zewnętrznych patronów.

Za niecały miesiąc do Polski przyjedzie kolejny ważny europejski przywódca - nowy premier Węgier Peter Magyar. I znów będzie go gościć głównie Donald Tusk, a nie Karol Nawrocki. Nie masz wrażenia, że o ile przez jakiś czas młodość i energia Nawrockiego dawały mu przewagę nad Tuskiem, to teraz doświadczenie Tuska przeważa nad brakiem doświadczenia Nawrockiego?

Faktycznie w ostatnich miesiącach jednak doświadczenie wygrywa z młodzieńczą energią. Wcześniej to Karol Nawrocki był na fali napędzanej świeżością i entuzjazmem, ale teraz widać wyraźnie, że na polu międzynarodowym wiatr zawiał mocniej w żagle Donalda Tuska – co niekoniecznie jest jego zasługą, ale splotem korzystnych wydarzeń, które premier zręcznie wykorzystuje.

Oczywiście wewnętrznie wizyta Magyara będzie przez prawą stronę umniejszana, podobnie jak wcześniejsze zaangażowanie na rzecz Orbana, a akcentowane będą kwestie, w których Magyar i Orban mają dość zbieżne stanowiska. Ale nie ma co ukrywać: wygrana Petera Magyara zakończyła pewną epokę i zadała potężny cios globalnej prawicy, a zapowiedź, że jego pierwsza wizyta jako premiera będzie właśnie do Polski to dowartościowanie Warszawy i pokazanie, że stała się ona dla Budapesztu kluczowym punktem odniesienia.

I to Warszawa "tuskowa", a nie "nawrocka" czy „pisowska”.

Tak, oczywiście. To jest też odwrócenie pewnych mechanizmów i zależności, które przez lata forsowało narracyjnie Prawo i Sprawiedliwość, gdzie to Budapeszt był inspiracją dla polskiej prawicy. My mieliśmy mieć w Warszawie Budapeszt, a teraz się okazało, że w Budapeszcie mamy Warszawę, i to jeszcze Warszawę na sterydach, no bo z samodzielną większością konstytucyjną.

Mówimy o tym, że Tusk zapędził do narożnika Nawrockiego w temacie polityki zagranicznej, ale spójrzmy na politykę krajową. Ostatnie dwie decyzje Nawrockiego kończące spory, które sam wywołał: podpisanie nominacji oficerskich i odejście Sławomira Cenckiewicza, wokół którego od miesięcy była awantura o jego dostęp do informacji niejawnych. Prezydent zamknął spory, które sam wywołał?

Ja wciąż zachodzę w głowę co prezydent zyskał na blokowaniu nominacji oficerskich. Rozumiem chęć pokazania, że bez jego aprobaty nic nie może się wydarzyć, ale jego kancelaria do tej pory nie wyjaśniła, czemu blokował on tym ludziom awanse i co Polska na tym zyskała. A przecież mówimy o młodych oficerach, a nie nominacjach generalskich, gdzie faktycznie może dochodzić do politycznych sporów. Owszem, prezydent Nawrocki porozpychał się, ale w imię czego? Ostatecznie podpisał te nominacje bez większego wyjaśnienia, więc rozwiązał problem, który sam sobie wywołał i nic na nim nie zyskał.

Z kolei odejście Sławomira Cenckiewicza to rzecz poważnego kalibru. Słyszymy oczywiście tłumaczenia, że odchodzi w glorii i chwale, po korzystnych wyrokach sądów administracyjnych i po zapowiedzi wprowadzenia w ruch maszyny do publikacji aneksu z raportu o likwidacji WSI, ale jednak jest to znowu pewna forma kapitulacji. Z jednej strony to ukłon wobec rzeczywistości politycznej – szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego bez dostępu do niejawnych dokumentów nie może efektywnie pełnić swojej funkcji – ale i fiasko pewnego modelu współpracy wewnątrz Kancelarii Prezydenta i BBN.

Bo przecież oprócz trudnych relacji z rządem czy brakiem dostępu Cenckiewicza do tajemnic państwowych, od miesięcy słyszeliśmy, że relacje pomiędzy najważniejszymi prezydenckimi urzędnikami a szefem BBN nie układają się najlepiej i te wewnętrzne trybiki wewnątrz obozu prezydenckiego nie zazębiają się tak jak powinny.

Kto wie czy gwoździem do trumny nie było skrytykowanie przez Cenckiewicza Donalda Trumpa za rzecz, za którą skrytykował go cały świat, ale już Nawrocki tego nie zrobił, czyli opublikowanie swojego portretu w roli Jezusa.

Profesor Cenckiewicz jest znany z pewnej intelektualnej niezależności, a jednak polityka jest grą zespołową i ten brak wewnętrznej koordynacji, poczucie bycia wolnym elektronem w tej kancelarii, poleganie na osobistej przyjaźni z Karolem Nawrockim, okazały się być na dłuższą metę jednak rozwiązaniem nieefektywnym i być może nawet toksycznym.

Wspomniałeś o raporcie WSI, który wylądował na politycznej agendzie prezydenta. Zastanawiam się do kogo jest adresowany ten ruch? Mówiąc wprost: kogo to właściwie obchodzi? Ostatnie ruchy pałacu generalnie wydają się dość mizerne. Te ciągłe powoływanie rad, tylko po to żeby media szybko wyłuskały wśród nich jakieś dziwne persony, jak słynny dezinformator w radzie ds. nowych mediów. Karol Nawrocki właśnie zderzył się z rzeczywistością i zorientował się, że w sumie to niewiele może?

Prezydent zaczął z grubej rury i miał wielkie ambicje, ale teraz sprowadza go na ziemię rzeczywistość polityczna. I to, że polityka nie jest sprintem, tylko maratonem. Więc to wypstrykanie się z wielu pomysłów już na początku kadencji sprawiło, że teraz, po niecałym roku, mogło dojść do pewnej zadyszki. No bo po co właściwie powoływanie tych rad, co do których nie bardzo wiadomo po co one służą, poza tym że ludzie dostają dyplomy i czują się dowartościowani?

Z drugiej strony mamy rozpychanie się w kwestiach konstytucyjnych, które też na dobrą sprawę prezydentowi nie służy, bo trudno dostrzec sposób w jaki te kroki mają służyć obywatelom. Jaką korzyść mają zwykli obywatele w tym, że prezydent zablokował nominację tych czterech sędziów do Trybunału Konstytucyjnego?

Nikt z tego nic nie rozumie, poza tym, że Nawrocki zablokował trybunał.

Dokładnie tak, Nawrocki zablokował, w sumie to nie wiadomo dlaczego, no bo dwóch sędziów jednak powołał, więc mamy tutaj też narrację, która nie jest wewnętrznie spójna i nie jest też czytelna dla tych wyborców, którzy nie są twardym elektoratem Karola Nawrockiego czy Prawa i Sprawiedliwości.

Można więc sobie zadać pytanie: po co to się wszystko dzieje? Wyborca może pomyśleć: dobrze, jest ten Nawrocki, wygrał wybory, był energiczny, miał swoją opowieść o Polsce, z którą mogłem się identyfikować, no ale co z tego teraz wynika? Oczywiście, Karol Nawrocki jest ciągle liderem zaufania społecznego, ale jego miesiąc miodowy jako prezydenta chyba się kończy.

Wciąż są osoby, które entuzjastycznie reagują na kolejne klipy z fizycznych aktywności prezydenta i komentują, że właśnie takiego prezydenta sobie wymarzyli. Pytanie ile czasu będą w stanie jeszcze jechać na takim entuzjazmie?

Próby wizerunkowego ocieplenia się przy znanych osobach to w polityce powszechna praktyka. Nawrocki ćwiczy z Pudzianem, wita się z piłkarzami reprezentacji Polski, świetnie czuje się w stadionowej szatni. Tylko, że to nie może być jedyną treścią tej prezydentury. Więc w tym sensie trzeba faktycznie stwierdzić, że przychodzi coś takiego, co można by nazwać takim reality check dla prezydenta i jego otoczenia.