
Zakochaliśmy się w latach 90-tych ubiegłego wieku i dajemy temu wyraz w internecie. Sieć opanowały filmiki przedstawiające tamte czasy w sposób idylliczny. – Za czasów Gierka nikt nie marzył o powrocie do powojennej biedy. Z kolei w pierwszej dekadzie tego wieku wszyscy byliśmy na dorobku, zachłanni na to, co nowe. Teraz być może wreszcie złapaliśmy oddech i pomyśleliśmy: "O rany, przecież wtedy też było fajnie" – tak modę na newstalgię komentuje w rozmowie naTemat dr hab. Maciej Mrozowski, medioznawca i prawnik.
Aleksandra Tchórzewska: Na Instagramie i TikToku furorę robią filmy generowane przez AI, które przywołują polskie lata 90. – dzieciaki na trzepakach, stare huśtawki, specyficzny spokój tamtych lat. W komentarzach ludzie piszą, że tęsknią. To zjawisko doczekało się nawet swojej nazwy: newstalgia. Uderza mnie jednak pewien paradoks: opłakujemy erę analogową, nie wypuszczając z rąk smartfona. Czy to nie jest sprzeczność, że tę nostalgię konsumujemy i przeżywamy niemal wyłącznie cyfrowo?
Dr hab. Maciej Mrozowski, medioznawca, prawnik: To nie jest zjawisko absolutnie nowe, ono po prostu powraca cyklicznie. Pamięta pani serial Mad Men? Dekadę temu wywołał on w Ameryce potężną falę nostalgii za latami 60. – okresem, w którym patriarchat trzymał się jeszcze mocno, panowie robili wielkie kariery, panie zajmowały się domem, a świat wydawał się prostszy. Mechanizm psychologiczny zawsze polega na selektywnym przypominaniu.
Taki powrót do przeszłości nigdy nie oznacza powrotu do jej całości. Działają tu dwa połączone procesy: selektywność i idealizacja. To naturalne, tak było zawsze. Moi rodzice żyli legendą lat 20. i 30. Ja sam mam pewną słabość do lat 50. i 60., bo wtedy dojrzewałem. Ale fascynujemy się też przeszłością naszych rodziców – tą dekadą tuż przed naszym urodzeniem, kiedy oni musieli być szczęśliwi, kochali się, planowali nas i mieli jeszcze nadzieję, że coś dobrego z nas wyrośnie...
Wspomniał pan o idealizacji. Dzisiejszy obraz lat 90. w mediach społecznościowych jest niezwykle estetyczny, niemal oniryczny.
To próba zaklinania rzeczywistości. Kultura nie nawarstwia się jak słoje w drzewie, jeden po drugim. Ona opiera się na recyklingu, na ciągłym powrocie do pewnych wzorców. W zasadzie wszystko już było, tylko dziś podajemy to inaczej. Moda jest tu najlepszym przykładem.
To, o czym pani mówi, to właśnie taka stylistyka, bo przecież nikt z nas nie chce realnego powrotu do czasów Gomułki, a młodzi wcale nie tęsknią za planem Balcerowicza.
Przecież lata 90., za którymi tak dziś biegamy na TikToku, to były padające PGR-y, masa bezrobotnych, dresiarstwo i narodziny polskiej przestępczości zorganizowanej. Doskonale to pamiętam, bo sam wtedy z żoną prowadziłem interesy.
Wiem, jak to wyglądało – wszystko rodziło się w bólach, a my chcieliśmy się po prostu otrząsnąć z przeszłości.
Dlaczego zatem dzisiaj tak desperacko niektórzy szukają tam punktu zaczepienia?
Szukają "ukorzenienia", co jest zjawiskiem powszechnym w momentach gwałtownych zmian. W stabilnym społeczeństwie, jak brytyjskie, wraca się do serialu Downton Abbey i arystokracji.
U nas lata 90. to był największy w dziejach polski wiraż – nie tylko polityczny, ale cywilizacyjny. Zmienił się ustrój, system wartości, a nawet przedmioty, którymi się otaczamy. Zwłaszcza one, jak np. magnetowidy i wielkie telewizory, były symbolem zmian i oznaką wkraczania w nowy lepszy świat.
Człowiek nie chce czuć, że "wyleciał sroce spod ogona", dlatego też szuka tej ciągłości. Nawet jeśli musi ją sobie wygenerować przez sztuczną inteligencję.
Ludzie podświadomie czują, że wtedy żyło się po prostu prościej. Bez tych telefonów, które niby nas łączą, a tak naprawdę zniszczyły bliskość. Kiedyś były prywatki, "wbijało się" do kogoś bez zapowiedzi, żeby pogadać, potańczyć, pościskać się... Było w tym autentyczne życie społeczne, którego dzisiaj, w dobie wszechobecnych ekranów, dramatycznie nam brakuje.
Sugeruje pan, że ten dawny model bliskości został bezpowrotnie zastąpiony przez kulturę indywidualizmu?
Ta kultura zaczęła "orać" naszą rzeczywistość właśnie wtedy, a dziś przeorała ją już kompletnie. Indywidualizm oznacza atomizację i samotność. To paradoks historii: coś zyskaliśmy, a coś straciliśmy i nigdy nie wiadomo, czy ten rachunek jest ostatecznie korzystny.
Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik: radykalna zmiana relacji między pokoleniami. Dawniej młodzi się buntowali, uciekali "do przodu". W socjalizmie czy w latach 90. było biednie, więc ambitni chcieli się bogacić, jechać w świat, wracać do Europy.
A teraz? Mamy pokolenie, które nie zakłada rodzin zbyt chętnie. Jest więcej rozwodów niż ślubów, więcej zgonów niż narodzin.
Z czego wynika ta zmiana optyki?
To pokolenie zaczyna nagle patrzeć na rodziców jak na spadkodawców. Jak na ostatnią deskę ratunku przed dramatyczną samodzielnością. Bo przecież w samodzielności trzeba iść do pracy, stresować się, harować – a po co to komu?
Moim zdaniem dzisiejsza nostalgia jest w pewnym sensie tęsknotą za bezpieczeństwem socjalnym i emocjonalnym, które wiąże się z domem rodzinnym. Rodzice się czegoś dorobili, a młodzi na nich trochę żerują, korzystają z pomocy, słabo się usamodzielniają. To nowy element: lęk przed dorosłością w sytuacji, gdy nie zakłada się własnej rodziny.
Wszyscy wierzyliśmy, że jak odchowamy dzieci, to one nam na starość pomogą. A tu nagle okazuje się, że dzieci nie ma. Jest coraz więcej singli, osób bezdzietnych, którzy z obawą patrzą w przyszłość i myślą, że "wtedy" było jednak lepiej albo że trzeba było żyć tak jak tamci. To cała wiązka motywacji emocjonalnych i poznawczych.
Zastanawiam się, czy nasza ucieczka w przeszłość nie wynika też z lęku przed tym, co przyniesie jutro? Żyjemy w niebezpiecznych czasach, za rogiem wojna.
To, co pani uprawia, to tak zwana folk psychology, czyli psychologia ludowa. Ale bez niej ani rusz, bo życie psychiczne to najważniejsza część ludzkiej egzystencji i każdy musi mieć na ten temat jakąś refleksję.
Ten wątek – obawa przed przyszłością – jest kluczowy. Dzisiejsze młode pokolenie nie jest aż tak chorobliwie zainteresowane polityką czy sprawami globalnymi; brakuje mu szerokiego spojrzenia.
Młodzi ludzie myślą przede wszystkim o własnej przyszłości i potwornie się jej boją. Boją się momentu, gdy rodzice odejdą lub zachorują i trzeba będzie się nimi zaopiekować. To jest strach egzystencjalny, wręcz paraliżujący – jedno z głównych źródeł dzisiejszych stresów i nerwic.
W czasach PRL-u przyszłość, choć szara, wydawała się przynajmniej przewidywalna?
Za komuny mieliśmy wizję przyszłości może i lichą, ale stabilną. Wiedzieliśmy, że ten socjalizm będzie trwał, że będą budowane bloki, że człowiek z książeczką mieszkaniową poczeka na to M-3 bite trzydzieści lat. Żyło się z konieczności w rodzinach wielopokoleniowych – dziadkowie, rodzice, rodzeństwo, wszyscy w jednym mieszkaniu.
Marzyliśmy, żeby z tego gniazda wyfrunąć, a partia obiecywała nam "cudowną perspektywę na XXI wiek".
I nagle to wszystko z wielkim hukiem się zawaliło. System upadł. Pojawił się "nowy, wspaniały świat", ale szybko okazało się, że w nim trzeba harować do krwi. Żadna partia nic ci nie da, żadna spółdzielnia nie zapewni dachu nad głową. Musisz wziąć kredyt i spłacać go przez pół życia.
Wykłada pan na uczelni. Widać tę zmianę u studentów?
Pamiętam, jak na początku stulecia uczyłem na uniwersytecie pani obecnych szefów. Już wtedy w rozmowach ze studentami słyszałem: "A po co mi zakładać rodzinę? Wyście mieli lepiej – przedszkola, szkoły, pomoc dziadków. Wszystko było nastawione na wsparcie. A ja co? Przyjechałam do Warszawy z mniejszego miasta i co mam robić?".
Do tego doszedł kryzys męskości. Dziewczyny zaczęły narzekać na tych "wymoczków", którzy przy pierwszych trudnościach uciekają, zamiast utrzymać rodzinę. Kobiety zhardziały, postawiły na własne kariery i poleganie na sobie. I nagle się okazało, że ta przyszłość ani dla tych "wymoczków", ani dla wyzwolonych kobiet nie rysuje się wcale różowo. Chcieliście być sami, no to proszę – teraz musicie radzić sobie sami.
Dalsza część tekstu poniżej
Zobacz także
Czy to dlatego stare przedmioty – meble czy gadżety z tamtych lat – nagle zyskały dla nas taką wartość? Stają się kotwicami w niepewnym świecie?
Te przedmioty są symbolami dawnego bezpieczeństwa. Same w sobie nie mają jeszcze wartości antyków. To są symbole, a symbole uruchamiają w nas wyobraźnię i tęsknotę za czymś, co wydaje się nam trwalsze niż dzisiejszy świat. U nas ta nowa moda świadczy o tym, że wreszcie mamy do czego wracać.
Za czasów Gierka nikt nie marzył o powrocie do powojennej biedy. Z kolei w pierwszej dekadzie tego wieku wszyscy byliśmy na dorobku, zachłanni na to, co nowe. Teraz być może wreszcie złapaliśmy oddech i pomyśleliśmy: "O rany, przecież wtedy też było fajnie".
Zastanawiam się jednak, na ile ten sentyment jest szczery, a na ile to po prostu wyrachowany model biznesowy. Czy współczesny kapitalizm nie wyczuł w tej newstalgii "złotej żyły"?
Strategie sprzedawania nowych rzeczy jako "retro" są z biznesowego punktu widzenia całkowicie słuszne. Cała moda opiera się na recyklingu. Sam mam w szafie dwurzędowe marynarki z lat 90., które dziś są znowu niezwykle modne. A "dwurzędówki" mają tę nieocenioną zaletę, że można w nich przesunąć guziki i dyskretnie schować brzuch. Mają pewien margines tolerancji.
Biznes polega na ruchu. Ruch może odbywać się do przodu, do tyłu lub na boki, ale najzdrowszy dla handlu jest ruch wirowy – on po prostu oszałamia konsumenta. Dziś trudno już sprzedać komuś kolumnę Zygmunta, bo konsumenci stali się bardziej świadomi, ale wciąż można im sprzedać "aurę".
Człowiek otacza się przedmiotami nie tylko ze względów praktycznych. Jeśli wybieram rzeczy w stylu pokolenia moich rodziców, wysyłam sobie sygnał: "Jestem ukorzeniony, mam historię". Te wszystkie giełdy staroci handlują czymś, co moi rodzice wyrzucali na śmietnik, a ja sam traktowałem jako zbędne drobiazgi. Dziś te przedmioty mają swoją estetykę i emocjonalną otoczkę.
Ludzkie myślenie jest niezwykle skomplikowane i – że tak powiem – meandryczne. Chłodna kalkulacja zawsze miesza się u nas z emocjami. To właśnie to wzruszenie jest triggerem, który uruchamia proces decyzyjny. Chcemy poczuć nutę nostalgii i jesteśmy gotowi za nią zapłacić.
