Nieodkryta kraina w Azji. Coraz bardziej otwiera się na turystów
Kraj, który mierzy sukces szczęściem, nie pieniędzmi, teraz otwiera się na turystów Fot.Pravine/Shutterstock

W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że granice przekraczamy bez żadnych przeszkód, a podróże na własną rękę stają się coraz prostsze. Ale nie każdy region na świecie stosuje taką politykę. Jeden z azjatyckich krajów przez dziesięciolecia mocno się izolował, starając się chronić swoją kulturę przed światem. Dopiero w ostatnich latach zaczął powoli otwierać się na turystów – choć wciąż robi to na własnych zasadach. Sam wjazd na jego teren kosztuje setki złotych.

REKLAMA

Krajom turystycznym zazwyczaj zależy na odwiedzających – chcą ich jak najwięcej i jak najczęściej. Przecież turyści to samo dobro dla kraju, prawda?

Tymczasem Bhutan jest inny. Bo on turystów wcale aż tak bardzo nie chce. Aby do niego wjechać, należy wnieść specjalną opłatę dla turystów. Nazywana jest ona opłatą na rzecz zrównoważonego rozwoju. 

Wszelkiego rodzaju należności i podatki pobierane od turystów nie są niczym nowym. W większości przypadków wynoszą one jednak maksymalnie kilkadziesiąt złotych za dzień. Natomiast Bhutan od każdego turysty liczy sobie 100 dolarów. I to dziennie. W przeliczeniu daje to niemal 400 złotych od każdego odwiedzającego. W opłacie tej nie ma hotelu, transportu ani jedzenia. Tyle musimy zapłacić tylko po to, by na teren Bhutanu w ogóle wjechać.

Co jest w nim tak ciekawego, że aż tak bardzo sam siebie ceni?

Polityka turystyczna Bhutanu zaskakuje 

Bhutan to kraj w Azji, wciśnięty między Indie a Nepal. Taki, który przez lata był zamknięty dla świata – i do dziś trochę taki pozostał. To kraina, którą biura podróży sprzedają jako oazę spokoju i szczęścia.

Ale za tym obrazkiem stoi bardzo konkretna polityka.

– To był jeden z powodów, dla których mnie zainteresował – mówi Szymon Żyliński, założyciel kanału na TikToku "TylkoBhutan". Wybrał się tam po raz pierwszy w 2015 roku. – Szukałem miejsca ciekawego i mało zbadanego. Wtedy jeszcze było mało o nim wiadomo. 

I rzeczywiście – Bhutan przez długi czas był praktycznie niedostępny. Na turystów otworzył się po raz pierwszy dopiero w latach 70., a i dziś robi to bardzo ostrożnie. 

Nie jest to jednak przypadek, tylko element większej strategii. Bhutan przez lata stosował politykę izolacji, chcąc odciąć się od negatywnych wpływów Zachodu. Telewizję i internet zalegalizował na przykład dopiero w 1999 roku. 

Krąży też anegdota, że gdy w kraju w latach 60. pojawił się pierwszy samochód, mieszkańcy nie wiedzieli, jak się z nim obchodzić – przyzwyczajeni do zwierząt, zostawiali przed nim siano, myśląc, że trzeba go nakarmić.

Choć od tego czasu sporo się w Bhutanie zmieniło, kraj ten cały czas nieufnie podchodzi do możliwości całkowitego otworzenia się na świat. Polityka "high value, low volume" (wysoka wartość, niska liczba) wynika z ostrożności przed niekontrolowanym napływem turystów. 

– Tak silne regulacje wynikają z tego, że Bhutan nie chce masowej turystyki – mówi Majka Szura, właścicielka biura podróży Polka Travel, która po pandemii pierwszy raz odwiedziła ten kraj. Wkrótce potem wprowadziła ten kierunek do własnej oferty. – Wysokie koszty przyciągają określony typ podróżnych. To miejsce dla turystów świadomych – dodaje.

Czyli nie tych, którzy lecą "zaliczyć kraj", tylko tych, którzy są gotowi się zatrzymać. Widać to od razu na miejscu. W Bhutanie nie ma autokarów z pięćdziesięcioosobowymi wycieczkami, przepychania się pod atrakcjami, kolejek jak w Indiach czy Chinach. Nie ma też "all inclusive" ani turystyki nastawionej na szybkie odhaczanie punktów.

Najbardziej znane miejsca związane są z duchowością. Jest to na przykład wciąż działający klasztor Paro Taktsang (Tygrysie Gniazdo), zawieszony ok. 900 metrów nad doliną Paro. Są to również dzongi, czyli unikalne dla regionu Himalajów forteczne klasztory. Najsłynniejszy jest Punakha Dzong (dawna stolica kraju) i Tashichho Dzong w Thimphu (siedziba króla i części administracji). 

W całym kraju obowiązuje też ścisły kodeks architektoniczny: nowe budynki muszą nawiązywać do tradycyjnego stylu bhutańskiego (drewniane zdobienia, malowane okna, strome dachy), co sprawia, że nawet stolica Thimphu nie przypomina typowego azjatyckiego miasta. Reklam jest niewiele i mają charakter lokalny, a wysokie budynki są ograniczone przepisami, więc panoramę tworzą głównie świątynie, domy w tradycyjnym stylu i góry w tle. 

– To jest w ogóle inny rodzaj zwiedzania niż ten, który znamy z Europy – mówi Majka Szura. – Bardziej kameralny.

I bardziej kontrolowany. Bo do Bhutanu nie jedzie się "samemu". Zgodnie z polityką kraju wjazd możliwy jest tylko z certyfikowanym przewodnikiem albo przez biuro podróży. I nie jest to tylko martwy przepis, lecz egzekwowana polityka. 

Nie możemy więc po prostu kupić biletu i pojechać na bhutańską granicę. Każdy turysta (poza obywatelami Indii, Bangladeszu i Malediwów) musi przed przyjazdem uzyskać wizę.

Czy to oznacza, że zawsze musimy jechać z całą grupą? Nie, do Bhutanu możemy pojechać też solo, jako jedyny uczestnik wyprawy. Nie możemy jednak zrobić tego w pełni niezależnie, bo wizę uzyskamy wyłącznie za pośrednictwem autoryzowanego biura. Oznacza to, że teoretycznie zawsze pozostajemy "pod czyjąś opieką". 

"Bez przewodnika często nie wejdziesz do wielu miejsc" – opowiada jeden z turystów na grupie z radami dla podróżujących do Bhutanu. "Nieraz spotkaliśmy turystów, którzy chcieli zwiedzać fort na własną rękę i zostali zatrzymani przy wejściu" – uzupełnia.

– Ale jednocześnie nie wygląda to jak zwiedzanie "na smyczy" – opowiada Majka Szura. Nowe przepisy pozwalają na większą elastyczność niż jeszcze parę lat temu; od 2022 roku po niektórych miejscach (szczególnie w stolicy Thimphu i Paro) można poruszać się bez ciągłej asysty. 

– Można się odłączyć, pójść na spacer, zrobić coś po swojemu – tłumaczy Majka Szura. – Życie toczy się normalnie. Tylko że pewne rzeczy po prostu funkcjonują inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni.

W słowie "inaczej" jest sedno. Najlepiej zobaczymy to na przykładzie tras trekkingowych. Ta najsłynniejsza – do Tygrysiego Gniazda, klasztoru zawieszonego wysoko na klifie – nie jest typową "atrakcją z tłumem". 

– Idziesz w ciszy, bez chaosu – opowiada podróżniczka. – To zupełnie inne doświadczenie niż w popularnych miejscach w Azji.

I o to Bhutańczykom chodzi: żeby tej ciszy i przestrzeni nie stracić.

Bhutan w zderzeniu z nowoczesnością

Bhutan bardzo świadomie filtruje to, co wpuszcza z zewnątrz. Dotyczy to nie tylko turystyki, ale całego modelu państwa – przez lata opartego na idei Szczęścia Narodowego Brutto, czyli na przekonaniu, że rozwój to nie tylko pieniądze, ale też dobrostan ludzi, kultura i środowisko.

Skąd taki wskaźnik? – Zaczęło się w latach 90., kiedy ONZ określiła Bhutan jednym z najbiedniejszych regionów na świecie – opowiada Żyliński. – Można powiedzieć, że ówczesny król "odwrócił kota ogonem". Powiedział wtedy, że Bhutan nie mierzy swojego sukcesu pieniędzmi, lecz szczęściem.

Koncept szybko ewoluował i przerodził się w strategię państwową – Wskaźnik Szczęścia Narodowego Brutto. Do dziś sukcesy Bhutanu mierzy się nie tylko pieniędzmi, lecz także rozmowami z mieszkańcami. Ocenia się w nich jakość życia, poczucie sensu i szczęścia, zdrowie psychiczne, relacje społeczne, stan środowiska czy zachowanie tradycji i kultury.

Strategię tę widać nawet w detalach.

– W stolicy kraju nie ma sygnalizacji świetlnej. Kiedy ją wprowadzono, wywołała jedynie chaos. Mieszkańcy nie wiedzieli, jak na nią reagować i byli zestresowani. Do dziś ruchem kierują tam ludzie. To wręcz choreografia, osoba kierująca ruchem porusza się płynnie, niemal baletowo – wyjaśnia Majka Szura. – Tak właśnie jest w Bhutanie: uznają, że skoro coś działało przez dziesiątki lat, będzie działało dalej. Nie potrzeba zmian. 

Z drugiej strony Bhutan wcale nie jest "zamrożony w czasie". Chociaż, na pewno, spowolniony.

– Bhutańczycy jeszcze do lat 50. byli postrzegani jako społeczeństwo żyjące w średniowieczu – mówi Żyliński.

Modernizacja przyszła tu bardzo późno, ale rozwinęła bardzo szybko. Absolutna władza króla skończyła się dopiero w 2008 roku, a demokracja w tym kraju jest młodsza niż wielu jego obywateli.

A mimo to nowoczesność zdążyła już mocno się zadomowić. Kiedy Majka spędzała w Bhutanie swoje urodziny, wieczorem wybrała się do klubu. 

– Nie spodziewałam się, że w kraju pełnym klasztorów, mnichów buddyjskich i spokojnych miejsc trafię na clubbing i dyskotekę – zdradza.

Dodaje, że leciały tam zachodnie hity, a ludzie pili alkohol. Z jednej z podróży przywiozła też zdjęcie z dwudziestoparoletnim Bhutańczykiem – spod tradycyjnego narodowego stroju wystaje jego noga – cała w tatuażach.

Przyszłość Bhutanu stoi pod znakiem zapytania

Choć Bhutan na pozór łączy tradycję z nowoczesnością, nie jest on wolny od problemów. Za fasadą kraju promującego ideę Szczęścia Narodowego Brutto kryją się bowiem wyzwania.

W 2023 roku około 1,5 proc. mieszkańców opuściło państwo, a emigracja młodych – głównie do Australii – staje się coraz bardziej widocznym zjawiskiem, napędzanym wysokim bezrobociem. Choć Bhutan przez lata poprawił swoją sytuację i w 2023 roku został skreślony z listy krajów najsłabiej rozwiniętych, wciąż obecne są tam nierówności i bieda, szczególnie na obszarach wiejskich.

Z tego powodu coraz wyraźniej widać przesunięcie akcentów w polityce. Rząd zaczyna przyznawać, że sam koncept szczęścia nie wystarczy bez solidnych fundamentów. Dochodzi do reform, w tym do odejścia od dotychczasowej idei Szczęścia Narodowego Brutto. Jego "wersja 2.0" kładzie większy nacisk na gospodarkę. 

Czy to oznacza, że cała filozofia Bhutanu upadła? Nie do końca. Bo czy w Europie, tak bardzo skupionej na rozwoju i wzroście, nie mamy własnych problemów? 

Mamy w Polsce wielu ludzi, którzy mają dużo dóbr materialnych, a de facto są samotni – mówi Majka Szura. – Nie nawiązują relacji, siedzą długo w mediach społecznościowych, są nieszczęśliwi, co czasami prowadzi do tragedii – dodaje.

To tylko część zachodnich problemów. Do tego dochodzą nierówności, presja, tempo życia, które dla wielu osób jest nie do utrzymania. I poczucie, że wzrost gospodarczy niekoniecznie przekłada się na lepsze życie.

Bhutan pokazuje, że samo szczęście jako polityka państwa nie wystarcza. W Europie wiemy, że sam wzrost i pieniądze – również nie. 

A jak mówi Majka Szura, jadąc do Bhutanu, możemy się wiele nauczyć – chociażby spokoju, empatii i uważności.

Czy warto więc wydać na to fortunę? Być może warto po to, by dostrzec, że nasze światy nie są tak odległe, jak nam się wydaje. A w życiu (i państwie) najważniejszy wydaje się po prostu… balans.