
Nasza redakcja otrzymała wiadomość od czytelniczki, która zapoznała się z danymi Fundacji Gajusz o porzuconych dzieciach w Polsce. Kobieta ma 51 lat i również bardzo pragnęła zostać matką zastępczą.
Kobieta przeczytała wcześniej artykuł z naszego bratniego serwisu Mamadu "1 na 300 polskich noworodków jest porzucany. Liczba dzieci czekających na rodzinę zastępczą poraża". Mowa w nim o tym, że polski system pieczy zastępczej znalazł się w jednym z najtrudniejszych momentów od lat.
Coraz więcej dzieci potrzebuje bezpiecznego domu, ale brakuje rodzin zastępczych, miejsc i ludzi gotowych do pomocy. Eksperci podają dokładne dane i alarmują, że bez szybkich zmian systemowych tysiące dzieci nadal będą dorastać w samotności, niepewności i instytucjach, które nie zastąpią prawdziwej rodziny.
List od czytelniczki: Przeczytała o tym i się rozpłakałam...
Czytelniczka po zapoznaniu się z tym postanowiła do nas napisać list. "Przeczytałam tekst o tym, że jedno na 300 polskich noworodków jest porzucane, że blisko 1900 dzieci czeka na rodzinę zastępczą mimo wyroku sądu, że półroczna Maja, czteroletnia Jagódka, szukają domu. Czytałam to nad ranem, bo i tak nie spałam, i po prostu się rozpłakałam. Nie ze wzruszenia. Ze złości. Ze wstydu, że jestem częścią kraju, w którym dzieje się coś takiego. I z bezsilności, bo ja chcę pomóc, a system mówi mi: 'dziękujemy, nie ten rocznik'" – zwierzyła się w wiadomości.
Autorka listu ma 51 lat. Jest zdrowa, pracuje, ma własne mieszkanie, samochód i oszczędności. Nigdy nie miała dzieci. "Tak ułożyło mi się życie, że najpierw był chory ojciec, potem mama, potem związek, który się rozpadł właśnie wtedy, kiedy mieliśmy zacząć starania. Kiedy zostałam sama, miałam 42 lata. Powiedziano mi w klinice leczenia niepłodności, że szanse są minimalne. Pogodziłam się z tym po długiej terapii. Ale nigdy nie pogodziłam się z myślą, że nie będę nikogo wychowywać" – przyznała. Pisała o momencie, w którym usłyszała w klinice, że starania o dziecko wymagają wsparcia, ale jej szanse są już zbyt nikłe.
Długie starania o adopcję, a na końcu odmowa
Trzy lata temu zgłosiła się do ośrodka adopcyjnego. "Przeszłam wszystkie rozmowy, badania, szkolenie, opinię psychologa – sześć grubych segregatorów dokumentów. I usłyszałam, że jestem 'kandydatką teoretyczną'. Że przy mojej różnicy wieku w stosunku do potencjalnego dziecka właściwie nie ma szans, żeby ktoś mnie wskazał. Że rzadko zapada decyzja o adopcji dla osób po pięćdziesiątce. Że 'dla dobra dziecka' lepiej by było, gdybym poszukała siebie w wolontariacie" – usłyszała. W jej liście pobrzmiewa to samo, co wielokrotnie powtarzano publicznie – że łatwiej zaadoptować dziecko z Etiopii niż z Polski, zwłaszcza dla samotnych kobiet po pięćdziesiątce.
List czytelniczki
Czytelniczka przywołała też słowa Tiszy Żawrockej-Kwiatkowskiej z Fundacji Gajusz. Ekspertka mówiła, że "nawet najlepsza placówka nie jest w stanie zapewnić indywidualnej opieki. Dzieckiem zajmuje się wielu dorosłych, ale żaden z nich nie jest tym jedynym".
"Ja chcę być tym jedynym. Dla siedmiolatka, dla dziesięciolatka, dla nastolatka, dla dziecka z FAS, dla dziecka, które – jak Jagódka – ma chorobę neurologiczną. Naprawdę nie marzę o niemowlęciu z różowym kocykiem. Marzę o tym, żeby ktoś miał gdzie wracać" – zwierzyła się kobieta. Historie tych, którzy zdecydowali się adoptować nastolatków, pokazują, że to właśnie starsze dzieci najtrudniej znajdują rodziny – choć potrzebują ich dokładnie tak samo.
Zobacz także
Wspomniała również o innych osobach w podobnej sytuacji. "Wiem, że jest nas wielu, bo rozmawiam z innymi kobietami i mężczyznami między czterdziestką a pięćdziesiątką" – dodała. I zapytała: "dlaczego system woli, żeby dziecko spało w łóżeczku w domu dziecka niż w mojej sypialni?".
"Wiem, że granice wieku w adopcji nie wzięły się znikąd. Ale 1 na 300 noworodków, 859 porzuconych dzieci w jednym roku, 17 procent więcej niż rok wcześniej – to też są dane. I one mówią coś innego: że nie stać nas już na luksus odsiewania kandydatów po metryce. Stać nas najwyżej na uczciwą, rzetelną ocenę, czy konkretna osoba w konkretnym wieku da konkretnemu dziecku to, czego potrzebuje" – zauważyła.
51-latka zwróciła się z apelem: Niech ktokolwiek się nad tym pochyli
I na koniec zwróciła się z apelem: "Jeśli ten list miałby cokolwiek zmienić, prosiłabym o jedno: żeby ktoś w Ministerstwie Rodziny, w ośrodkach adopcyjnych, w Fundacji Gajusz, w SOS Wioskach Dziecięcych – ktokolwiek – pochylił się nad pytaniem, ile osób takich jak ja, którym naprawdę niczego nie brakuje, a pragną mieć dziecko i obdarzyć je miłością oraz opieką, odbija się dziś od ściany z napisem 'za późno'. I czy naprawdę nie ma dziecka, dla którego nasze 'za późno' byłoby ostatnią szansą na kochający dom".
Jak podkreślała ekspertka Anna Kulikowska: "Dzieci już czekają. Nie na system. Na człowieka". Do tych słów odniosła się też nasza czytelniczka. "Ja jestem tym człowiekiem. Czekam tak samo, jak one. Tylko z drugiej strony tych samych zamkniętych drzwi" – podsumowała.