
– Mam wrażenie, że Donald Tusk jest pijany niezłymi wynikami sondażowymi Koalicji Obywatelskiej i tym, że jego partia ma coraz lepsze wyniki w mediach społecznościowych. Wychodzi z tego taka ułuda, fałszywie pokazująca, że jest bardzo dobrze – mówi w rozmowie z NaTemat dr Bartosz Rydliński, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stanisława Wyszyńskiego. Rozmawiamy o tym, co może pogrzebać rządzącą Koalicję: od ochrony zdrowia przez referendum w Krakowie aż po coraz większą frustrację środowisk akademickich.
Maciej Bąk, naTemat: Czy problemy z ochroną zdrowia mogą kosztować Donalda Tuska utratę władzy?
dr Bartosz Rydliński, UKSW: Jeżeli Donald Tusk i jego koalicja stracą władzę, to także między innymi dlatego, że nie odpowiedzieli na wyzwanie, jakim jest ochrona zdrowia. I nawet nie będzie do końca chodziło o to, że jeden czy drugi minister od finansów czy zdrowia źle prowadzi politykę, tylko dlatego, że zwyczajnie jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, a zmian demograficznych szybko się nie odwróci. Emerytów będzie przez następne dekady tylko więcej. A w związku z tym, że naszych seniorów będzie przybywać, to – podobnie jak w Europie Zachodniej – problemy będą się tylko piętrzyć.
Ochrona zdrowia jest zawsze wskazywana w sondażach przez wyborców jako jeden z najważniejszych problemów do rozwiązania. Jednocześnie jednak jest to temat, który często politycznie nie "grzeje" tak jak inne. Choć może problem z cięciami w diagnostyce sprawi, że stanie się to faktycznie dla rządu istotnym wizerunkowym obciążeniem?
Pod koniec zeszłego roku Naczelna Izba Lekarska oświadczyła, że dokonała się implozja finansowania Narodowego Funduszu Zdrowia. Że ona de facto zbankrutowała. I to bankructwo każdego roku następuje wcześniej. Kiedyś bywało to w grudniu, w zeszłym roku stało się to już w listopadzie, nie zdziwiłbym się, gdyby w roku wyborczym ta implozja nastąpiła właśnie w okolicy wyborów parlamentarnych.
Natomiast z ochrony zdrowia da się zrobić nośny temat polityczny. Wiadomo, że Polska to nie Wielka Brytania, ale swego czasu Partia Pracy dwukrotnie wygrywała wybory między innymi właśnie pod hasłami naprawy systemu ochrony zdrowia, tamtejszego NHS (National Health Service). No bo to jednak jest proza życia. To coś, z czym spotykamy się na co dzień za sprawą tego, że pokolenie moich czy twoich rodziców coraz częściej musi robić szereg badań ze względu na to, że się starzeją.
I mamy wyraziste przykłady realnych problemów w postaci niezliczonych maili i SMS-ów z przychodni czy szpitala mówiących: przepraszamy, ta kolonoskopia co to ją miałeś mieć za miesiąc, to jednak będzie za dziewięć miesięcy albo i później.
Nagle wielu pacjentów staje się skazanych na prywatne kosztowne badania. Czyli dochodzimy do sytuacji, w której diagnostyka czy zabiegi są dostępne od ręki, ale tylko jeśli człowiek ma na to prywatne środki. Między innymi dlatego niestety ludzie biorą chwilówki.
Przecież nikt z własnej woli nie chce brać lichwiarskich pożyczek, ale w sytuacji dbania o zdrowie bądź życie, osoby szczególnie gorzej uposażone chwytają się tych mechanizmów finansowych i walczą o to, żeby dostęp do specjalisty jednak był.
I teraz przeciwstawmy to przypadkowi senatora Tomasza Lenza, który – jak opisała WP – załatwił członkowi swojej rodziny zabieg w szpitalu bez kolejki. Polityk ciągle unika wzięcia na siebie za to odpowiedzialności, w dodatku sama jego partia też zdaje się problemu specjalnie nie widzieć.
Skracanie kolejki do lekarzy za sprawą bycia senatorem, politykiem, wpływową osobą w Koalicji Obywatelskiej to realny, poważny problem dla partii Donalda Tuska. Politycy często wpadają w pułapkę przekonania, że skoro mają pozycję, mogą coś sobie "załatwić" szybciej. A dziś brzmi to szczególnie źle, bo dostęp do ochrony zdrowia coraz więcej osób odbiera jak dobro reglamentowane. Koalicja Obywatelska, nabierając w tej sprawie wody w usta, nie wystawia sobie dobrego świadectwa. Dziwi mnie to, zwłaszcza że senator Lenz przecież swego czasu miał na pieńku z niektórymi politykami PO. To dziwne i nielogiczne, że politycznie go jeszcze nie zatopiono.
Swego czasu ten sam senator Lenz miał już ponieść poważną polityczną odpowiedzialność za swoje słowa o możliwości zawieszenia wypłat czternastych emerytur. Wtedy chociaż Tusk "się wściekł", choć ostatecznie z partii się go nie pozbył. Teraz nawet się nie wścieka…
A powinien się wściec, powinien przykładnie wyrzucić go z partii, powiedzieć, że sprawa jest skandaliczna i tyle. Nie wiem, czy by to trwale zmieniło postawę polityków Koalicji Obywatelskiej, ale premier mógł to zrobić i uciąć temat. Nie zrobił tego, więc widzimy, że Donald Tusk jednak czasami traci ten swój słuch społeczny.
Zobacz także
Czy nie masz wrażenia, że premier tak mocno skupia się na prowadzeniu PR-u stricte wokół własnej osoby, że zapomina o drobniejszych sprawach, nie zwracając uwagi na niższe szczeble, gdzie powoli się kotłuje? Weźmy przykład ostatniej zapowiedzi wprowadzenia opłaty reprograficznej. Praktycznie cały polski internet się na ekipę Tuska wkurzył. Dominowała narracja: idzie nowy podatek, na którym skorzystają ludzie pokroju Jasia Kapeli.
Mam wrażenie, że Donald Tusk jest pijany niezłymi wynikami sondażowymi Koalicji Obywatelskiej. Ale też tym, że Koalicja Obywatelska ma coraz lepsze wyniki w mediach społecznościowych. Wychodzi z tego taka ułuda, fałszywie pokazująca, że jest bardzo dobrze.
Co do opłaty reprograficznej, która ma za zadanie przenieść część środków na rzecz twórców, jednak kiedy dotyka smartfonów i laptopów, czyli rzeczy, których my na co dzień używamy, kiedy to jeszcze najprawdopodobniej odbije się na cenach tychże dóbr, to wtedy zwłaszcza najmłodsi wyborcy mogą powiedzieć, że Donald Tusk nałożył na nich jakąś niesprawiedliwą daninę. Pomimo tego, że minister Cienkowska ma akurat rację, że taka opłata na rzecz twórców powinna mieć miejsce.
To pozostając w temacie spraw resortu kultury: media publiczne. Cały czas są w tym absurdalnym stanie likwidacji, ciągle są kiepsko odbierane przez ludzi. Ta sprawa jak w soczewce pokazuje, że nawet pozornie najprostszych rzeczy nie udaje się wbrew obietnicom dobrze załatwić.
Telewizja publiczna w likwidacji potrafi czasami wywołać irytację nawet tych liderów opinii, którzy z różnych względów nie mają w zwyczaju bardzo źle patrzeć na rząd. Choćby ostatnia sprawa wycofania materiału TVP na temat Jacka Sutryka. To są najgorsze standardy poprzedniej władzy Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast sama telewizja publiczna chyba nie ma do końca widzów i nie do końca spełnia swoją rolę właśnie jako medium publiczne.
Czyli nie ma roli kształtującej umysły, dobrze jej za to idzie irytowanie ludzi. Że przytoczę ostatni viralowy skandal wokół programu wyemitowanego 3 maja, na którym komik parodiował Rejtana.
Dokładnie tak, a przypomnijmy sobie te zapowiedzi ówczesnej opozycji, że wszystko będzie normalnie i będzie przepięknie. Jeżeli tak miało być, to Telewizja Polska powinna wyznaczyć, nawet w tej swojej dziwnej sytuacji finansowej, jakieś nowoczesne standardy i produkować takie rzeczy, które byłyby z przyjemnością oglądane przez widzów. Tak obecnie nie jest.
Wspomniałeś o Jacku Sutryku. Zajrzyjmy do samorządów, bo czasami jest tak, że to właśnie od nich zaczyna się w danym obozie kruszyć. W Krakowie możliwe jest odwołanie Aleksandra Miszalskiego. Co by to oznaczało dla KO?
Odwołanie Prezydenta Miszalskiego byłoby spektakularną sprawą i niebywałą skazą na wizerunku Koalicji Obywatelskiej. Zwłaszcza że oznaczałaby to utratę jednej z wyborczych twierdz. To by pokazało, że KO w takim mieście jak Kraków potrafi położyć coś, czego się teoretycznie nie powinno dać położyć. Ale to nie jedyne problemy Koalicji Obywatelskiej w samorządzie.
Ostatnie popisy medialne Rafała Trzaskowskiego, pokracznie tłumaczącego, dlaczego samorząd miasta stołecznego Warszawy zwleka z uznawaniem małżeństw osób homoseksualnych, to jest łamanie elementarza komunikacji politycznej. Szczególnie że byliśmy już świadkami jednego protestu środowiska LGBTQ+ pod Kancelarią Premiera. Pytanie, kiedy takowe protesty odbędą się przed warszawskim ratuszem?
Czujesz, że rośnie wkurzenie tych wyborców, którzy w 2023 roku zaufali Tuskowi i innym partiom, dali im mandat do zmiany, a tej oczekiwanej zmiany nie dostają?
To się właśnie teraz dzieje. Nauczyciele, akademicy, sfera budżetowa, związki zawodowe. Dobrym przykładem są ostatnie słowa przewodniczącego OPZZ Piotra Ostrowskiego, który w jednym z wywiadów otwarcie powiedział, że brał udział w 2023 roku w Marszu Miliona i teraz już by tego nie zrobił, nie popełniłby tego błędu. Pasywna polityka gospodarcza i społeczna tego rządu demotywuje kolejne grupy wyborców, które dały władzę Koalicji 15 Października. Ci wyborcy, te wyborczynie, może nie zagłosują na Prawo i Sprawiedliwość czy Konfederację, ale mogą zostać w domach. Zdemobilizują się.
Zobacz także
Bliskie tobie środowisko naukowe też miało duże oczekiwania wobec nowej władzy. Tymczasem w mediach aż roi się od informacji o tym, jak to ekipa Tuska lekceważy naukę, jak kładzie ambitne projekty polskich naukowców. Tu też pachnie demobilizacją?
Pamiętajmy, że badacze, nauczyciele akademicy, profesorowie uniwersyteccy w rankingu prestiżu zawodów nieustająco znajdują się w pierwsze dziesiątce. Wielu z nas to liderzy opinii w swoich małych ojczyznach. Kiedy dowiadujemy się po raz kolejny, że pieniędzy nie ma i nie będzie, bo wydajemy je słusznie na naszą obronność, to narasta poziom frustracji.
I ta frustracja jest tym większa, że Donald Tusk zakłamuje rzeczywistość, raz po raz przy okazji różnych swoich konferencji na temat przyszłości i rozwoju gospodarczego mówiąc, że na polską naukę pieniądze się znajdą. Ale od samego mieszania herbata nie stanie się słodsza. I tak właśnie jest w polskiej nauce, więc zakładam, że ten nadchodzący protest przed Sejmem, pod hasłem "3% PKB dla polskiej nauki", jest już ostatnią żółtą kartką dla naszego rządu. Kiedy po ewentualnej przegranej w 2027 roku partii Koalicji 15 Października ktoś zapyta "dlaczego do tego doszło?", będę mógł odpowiedzieć: między innymi dlatego.
Ciekawie do tego, co mówisz, pasuje ostatnia głośna wypowiedź Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która w Radiu ZET wprost mówiła o tym, że jej rząd właściwie żadnej sensownej dużej reformy nie przeprowadził.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz często zachowuje się albo jak polityczka opozycji, albo jak krytyczka władzy z perspektywy członka think-tanku, albo osoba, która nie potrafi się chwalić swoimi sukcesami. Ja sam jestem w stanie wskazać parę rzeczy, które udało się polskiemu rządowi, i którymi powinien się chwalić. To choćby odblokowanie pieniędzy z KPO czy reforma Państwowej Inspekcji Pracy. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz powinna tego typu uwagi czynić raczej na spotkaniach z Donaldem Tuskiem, bądź na posiedzeniach Rady Ministrów. Jeżeli robi to za pośrednictwem mediów, to pewnie dlatego, że nie ma takiej przestrzeni, że nie spotyka się z premierem. Jeżeli tak jest, to bardzo źle.
Co w takim razie rząd może zrobić, żeby w przyszłym roku pewniej iść po kolejną kadencję?
Tutaj wcale nie trzeba na nowo wymyślać prochu. Większe nakłady na ochronę zdrowia, więcej pieniędzy na badania i rozwój, ambitna polityka mieszkaniowa, masowe wydatkowanie pieniędzy na budownictwo socjalne, tani wynajem. To mogłyby być rzeczy, które stanowiłyby leitmotiv tego rządu.
Premier jednak coraz częściej mówi o bliskiej perspektywie zaognienia sytuacji militarnej, że trudne czasy przed nami. Może dlatego trudno im się brać na poważnie za rzeczy bliżej potrzeb szarego zjadacza chleba?
Ale do tego czasu trzeba myć i ręce, i nogi, żeby być czystym. Nie da się jednocześnie utrzymywać wysokich wydatków na zbrojenia, mieć ambicje rozwiązania kryzysu mieszkaniowego, szczególnie wśród osób młodych, i jeszcze ulżyć cierpieniem naszych seniorów w kolejkach do lekarzy specjalistów. Musimy zmienić politykę podatkową, jeżeli tego nie zrobimy, szczególnie w podatkach CIT i PIT, to trudno będzie to wszystko pogodzić. Ale żeby tak się stało, to Tusk powinien przestać unikać tego tematu i jednak w pełni stanąć w prawdzie. Żeby móc się bronić, musimy mieć czego bronić. A najlepiej broni się dobra wspólnego.
