
Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z naTemat.pl nie tylko skrytykował Karola Nawrockiego i Donalda Trumpa. Były prezydent mimochodem wystawił akt zgonu polityce, jaką znaliśmy do tej pory – tej opartej na niuansie, dystansie, kompromisach i (choćby udawanym) szacunku do instytucji. Bo oto dożyliśmy momentu, w którym politycy trzymają w rękach maczugę.
Kiedy czytam diagnozy stawiane przez Aleksandra Kwaśniewskiego, czuję ukłucie nostalgii. Za czasami, gdy polityka – ta nasza, polska, ale też światowa – była oczywiście szachami, ale jednak nie walką w klatce MMA. A tymczasem niektórzy nasi rodzimi parlamentarzyści zamierzają wejść do tej klatki już nawet na poważnie.
Były prezydent dotknął nerwu, który pulsuje w Polsce od lat: całkowitej wymiany politycznych elit dyplomatycznych na polityczne elity emocjonalne. Aleksander Kwaśniewski w wywiadzie w naTemat.pl mówi m.in. o "psychologii radykalnej" Karola Nawrockiego. Ja nazwałbym to dosadniej: politycznym drapieżnictwem, które nie jest domeną wyłącznie polskiego prezydenta.
Koniec ery "szarych eminencji"
Ale jeśli już mówimy o prezydencie Nawrockim... Chyba każdy już to dostrzegł, że to nie jest typ urzędnika, który po nocach studiuje traktaty. To typ "fajtera", który udowodnił niedawno, że konferencje prasowe są dla niego jak wejście do ringu. I tylko czekać, aż inni politycy jemu przychylni pójdą tą samą drogą. Część z nich już to robiła – co prawda nie w takim stopniu i zanim prezydent Polski zbeształ dziennikarza jak kibol na stadionie.
Ale jak wiadomo – kropla drąży skałę, a Nawrocki, który w Kanale Zero oświadczył ostatnio, że w stosunku do reportera TVN24 jego "reakcja była prawidłowa", daje impuls swoim poplecznikom. W myśl zasady: "bo skoro prezydent może, to ja przecież też".
I to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające. My, jako społeczeństwo, przestaliśmy oczekiwać od politycznych liderów mądrości. Zaczęliśmy od nich oczekiwać "zaorania" przeciwnika. I najlepiej, żeby taki lider wziął jeszcze maczugę w rękę i zmiótł nią rywala z powierzchni ziemi. Wtedy to dopiero by było fajnie, prawda?
Bo radykalizacja, o której mówi prezydent Kwaśniewski, to już nie tylko wyjątek od reguły, coś przeznaczone dla jednostki. To już produkt rynkowy. A dzisiejsza klasa polityczna, nie cała, ale w większości, jest idealnie skrojona pod czasy, w których liczą się trzy rzeczy.
1. Wizualny "maczyzm", czyli prężenie muskułów, zamiast prężenia intelektu.
2. Zerojedynkowość, czyli kto myśli inaczej ja, jest moim wrogiem.
3. Pogarda dla procedur, bo przecież "wola suwerena" (czytaj: moja wola) stoi ponad jakimś tam paragrafem.
Do dziś panuje opinia, że "prawdziwi faceci muszą czasem dać sobie po mordzie". Jednak od polityków oczekiwałbym jednak uprawiania polityki na poziomie. Jak będę chciał zobaczyć "dawanie sobie po mordzie", to włączę sobie walkę boksu w telewizji.
Zobacz także
Dyplomacja na poziomie bójki dzieciaków na podwórku
Urzeka mnie również (w sposób makabryczny) to wszędobylskie poklepywanie się po ramionach. Bo to jest chyba kwintesencja współczesnej radykalizacji polityki. Dziś sukcesem nie jest wynegocjowanie korzystnej umowy, ale to, czy taki Donald Trump lub inny populistyczny idol polityczny uśmiechnie się do nas na zdjęciu. I pochwali przed kamerami słowami "He's a good guy".
Na polskim poletku największym problemem jest natomiast to, że radykalizm stał się paliwem. Jedynym. I, co jeszcze gorsze, za przyzwoleniem tych, którzy raz na 4 czy 5 lat idą do urn. A takie podejście dewastuje państwo od środka. Bo gdy radykalizm wchodzi z butami do polityki, znika pojęcie "dobra wspólnego". Zostaje tylko "nasze" i "ich".
Kwaśniewski ostrzega nas przed polityką "krótkiego lontu". Przestrzegają przed tym także mądrzy eksperci i komentatorzy, ale ich głos niknie gdzieś w tym wszędobylskim krzyku, wzajemnym "oraniu się". Jeśli zaakceptujemy ten styl jako normę, to za chwilę jedyną formą dialogu w Polsce będzie krzyk. Darcie się. Wygrażanie palcem. I nie tylko w polityce. A z krzyku, jak uczy historia, rzadko rodzi się coś, co przetrwa próbę czasu.
Radykalizacji w każdym spectrum powinniśmy bać się jak ognia. Ale powinniśmy bać się także czegoś więcej – tego, że po prostu się do niej przyzwyczailiśmy.
