
– Potrafimy zepsuć efekt nawet świeżo wyremontowanej łazienki jedną podwieszaną suszarką. To momentalnie odbiera wnętrzu estetykę. Często po prostu wynosimy pewne rozwiązania z domów rodzinnych. Skoro u rodziców tak było, to później bezrefleksyjnie powielamy to u siebie – mówi Katarzyna Szramek, projektantka wnętrz. Pytam ekspertkę o grzechy główne w mieszkaniach Polaków.
Aleksandra Tchórzewska: Najczęstszy, powtarzalny błąd w polskich wnętrzach to…?
Katarzyna Szramek, projektantka wnętrz: Jednym z najczęstszych jest "szatkowanie" przestrzeni podłogą i kolorem ścian.
Szatkowanie?
Można to zauważyć, gdy duża przestrzeń zostaje optycznie podzielona różnymi rodzajami podłóg lub kolorem ścian. Na przykład, gdy ktoś kładzie inne płytki w przedpokoju, inne w kuchni, a w salonie ma jeszcze inną podłogę – drewnianą albo laminowaną w kolejnym kolorze. Dodatkowo, każde z wyżej wymienionych pomieszczeń maluje innym kolorem. W efekcie z jednej dużej, spójnej przestrzeni robi się kilka małych. To naprawdę częsty błąd.
Myślałam, że odpowie pani: suszarka z praniem na środku salonu.
Ciężko ją nazwać "błędem wnętrzarskim", bo nie jest ona elementem celowym, często stoi tam przypadkowo, ale rzeczywiście, spotykamy ją niemal na każdym kroku.
Równie powszechnym widokiem są sznurki rozwieszone nad wanną. Potrafimy zepsuć efekt nawet świeżo wyremontowanej łazienki jedną podwieszaną suszarką. To momentalnie odbiera wnętrzu estetykę.
Z czego to wynika? Z braku gustu czy po prostu niewiedzy?
Myślę, że głównie z niewiedzy, ale też z dawnych przyzwyczajeń. Często po prostu wynosimy pewne rozwiązania z domów rodzinnych. Skoro u rodziców tak było, to później bezrefleksyjnie powielamy to u siebie.
Może nie mamy miejsca?
Małe wnętrza również można urządzić z klasą i pomysłem. Mam na koncie wiele realizacji, w których niewielka powierzchnia została wykorzystana maksymalnie funkcjonalnie, a jednocześnie bardzo estetycznie.
Kluczowe jest tutaj dobre zagospodarowanie każdego centymetra przestrzeni oraz świadoma praca z kolorami. Trzeba bardzo uważać, żeby źle dobraną kolorystyką nie "zamknąć" wnętrza i optycznie go jeszcze bardziej nie pomniejszyć.
Czy zdarza się pani wejść do czyjegoś domu i od razu pomyśleć: "to bym natychmiast zmieniła"? Co najczęściej przykuwa pani uwagę?
Oczywiście, że tak. Wszystko zależy od pomieszczenia, do którego wchodzę. Jeśli jest to otwarta strefa dzienna, zazwyczaj pierwsze, na co patrzę, to kuchnia albo ściana telewizyjna. Telewizor jest ogromnym "pożeraczem" uwagi, dlatego ważne jest, czy wisi, czy stoi i czy jego rozmiar jest dobrze dobrany do metrażu wnętrza.
W kuchni od razu zwracam uwagę na ergonomię. Znaczenie mają też materiały i kolorystyka – szybko może razić brak spójności kolorystycznej.
Osobiście bardzo lubię harmonijne wnętrza, w których jedno pomieszczenie naturalnie wynika z drugiego.
Są wnętrza, które tworzą swoiste "combo", np. nowoczesne meble mieszają się w nich z przypadkowymi, niemodnymi dodatkami?
To zdarza się bardzo często. Bywa tak, że oddajemy klientowi gotowy projekt, a później on przejmuje go w swoje ręce i zaczyna "ulepszać" po swojemu, dokładając mnóstwo przypadkowych akcesoriów.
Ale są klienci, którzy twardo pilnują wytycznych projektu.
Wcześniej wspomniała pani o telewizorze. To źle, że jest w centrum salonu?
Jeśli ktoś lubi oglądać telewizję, to oczywiście telewizor może pozostać ważnym elementem wnętrza. Coraz częściej jednak prawdziwym centrum domu staje się stół w jadalni. W dużych domach rozłożysty stół przykuwa uwagę znacznie bardziej – i szlachetniej – niż jakikolwiek ekran.
To właśnie przy stole się spotykamy, jemy posiłki i rozmawiamy bez rozpraszaczy. Moi klienci często traktują stół jako mebel ekspozycyjny, dlatego ogromne znaczenie ma też odpowiednio dobrane oświetlenie nad nim oraz wygodne krzesła.
A kłęby splątanych kabli przy sprzęcie RTV? Czy klienci w ogóle planują miejsce na elektronikę i przewody już na etapie urządzania wnętrza?
Zazwyczaj o tym nie myślą. To ja planuję to za nich. Bardzo nie lubię takich detali – nie chciałabym, żeby moi klienci mieli na ścianie "obraz nędzy i rozpaczy". Wszystko musi być estetycznie schowane i dobrze przemyślane technicznie.
Już na etapie projektowania pytam, co dokładnie znajdzie się w strefie RTV: czy będą dodatkowe kolumny, konsole albo inne urządzenia wymagające zasilania. Projektując ścianę telewizyjną i szafkę RTV, muszę wiedzieć o każdym sprzęcie, żeby żaden kabel nie wisiał później na widoku. To jedna z kluczowych rozmów, które prowadzimy już podczas pierwszego spotkania.
Czy istnieją proste sposoby na uporządkowanie kabli bez kucia ścian?
Jeśli zależy nam na idealnym efekcie, to niestety najlepiej wykuć w ścianie specjalny tunel na przewody. Dzięki temu można je estetycznie ukryć i w przyszłości łatwo wymieniać sprzęt. Takie rozwiązania najlepiej planować już na etapie stanu deweloperskiego albo budowy.
Urządzeń elektronicznych w naszych domach stale przybywa. Jak pogodzić tę technologiczną inwazję z estetyką wnętrza?
Można to zrobić, ale wszystko trzeba dobrze zaplanować. W przypadku ścian telewizyjnych stosujemy korytka ukryte w ścianach albo odpowiednio projektujemy zabudowę. Jeśli szafka RTV ma wisieć, gniazdka montujemy na takiej wysokości, by mebel całkowicie je zasłaniał.
W samym blacie szafki wykonujemy natomiast tzw. przelotki. Dzięki nim kabel przechodzi bezpośrednio za urządzeniem i trafia do gniazda ukrytego wewnątrz szafki lub szuflady. W efekcie nie widać żadnych przewodów.
Podobnie działamy w kuchni. Na wyspach montujemy gniazda chowane w blacie, a przy klasycznej zabudowie odpowiednio planujemy punkty elektryczne między szafkami. Zawsze pytam klientów, ile sprzętów chcą trzymać na widoku, a co wolą schować. Niektórzy decydują się ukryć w zabudowie nawet ekspres do kawy – wtedy gniazda montujemy wewnątrz szafek.
Staram się przewidzieć każdy scenariusz, żeby na końcu nic nie zaskoczyło ani mnie, ani inwestora i żeby żaden przypadkowy kabel nie zepsuł efektu całego wnętrza.
Dalsza część wywiadu poniżej
Zobacz także
Mieszkamy lepiej niż jeszcze kilkanaście lat temu?
Zdecydowanie tak. Coraz więcej osób korzysta z pomocy profesjonalistów. Ogromną zmianę widzę przede wszystkim w podejściu do oświetlenia oraz zabudów na wymiar i związaną z tym ergonomią. Jeśli chodzi o oświetlenie, to odchodzi się od jednej centralnej lampy na środku sufitu, która miała oświetlać całe pomieszczenie. Zastępuje się ją kilkoma źródłami światła doświetlającymi różne części pomieszczenia.
Dziś światło jest bardziej funkcjonalne – ma podkreślać konkretne strefy i budować klimat wnętrza, a nie tylko "być" w pokoju.
Jeśli chodzi o zabudowy, to wykorzystuje się maksymalnie przestrzeń, projektując funkcjonalny mebel szyty na miarę.
Ciekawi mnie kwestia dywanów. Czy często popełniamy tu błędy, wybierając za małe lub niedopasowane modele? A może w nowoczesnych wnętrzach w ogóle odchodzi się od dywanów?
Zdecydowanie nie odchodzimy od dywanów. Ludzie nadal bardzo lubią przytulne wnętrza i miękkie, tapicerowane wykończenia. Warto też pamiętać, że wszystkie materiałowe elementy wyposażenia mają ogromny wpływ na akustykę pomieszczenia.
Proszę zwrócić uwagę, jak brzmi surowe wnętrze bez zasłon i tapicerowanych mebli. Dźwięk jest wtedy nieprzyjemny, odbijający się, wręcz "głuchy". Wystarczy jednak powiesić kotary i wstawić meble, by od razu zrobiło się przyjemniej, a akustyka stała się bardziej miękka.
Miło jest też, siedząc na kanapie przed telewizorem (oczywiście bez wiszących kabli przy ścianie), postawić bosą stopę na miłym dywanie. W ubieraniu wnętrza w tkaniny chodzi przecież o przytulność i milsze użytkowanie.
Czyli my, Polacy, "umiemy w przytulność"?
Radzimy sobie coraz lepiej i coraz chętniej inwestujemy w takie wykończenia. Trzeba jednak pamiętać, że tekstylia są ostatnim etapem całej projektowej układanki. Żeby idealnie dobrać kolor firan czy zasłon, wnętrze musi być już praktycznie gotowe – z meblami i oświetleniem na swoim miejscu.
Takie decyzje najlepiej podejmować przy naturalnym świetle dziennym. Cieszy mnie też, że coraz więcej klientów decyduje się w tej kwestii na profesjonalne wsparcie.
Jest moda na beże i szarości. Naprawdę tak bardzo lubimy neutralne wnętrza, czy po prostu boimy się ryzyka?
Myślę, że to przede wszystkim kwestia bezpieczeństwa. Takie kolory są przyjemne dla oka i tworzą bazę, do której łatwo dopasować dodatki. Jeśli stałe elementy wnętrza – płytki, podłogi czy zabudowa kuchenna – są stonowane, to później bez problemu można zaszaleć z dodatkami.
Fioletowy dywan, kolorowe poduszki czy wyraziste zasłony można przecież w każdej chwili wymienić bez konieczności robienia remontu.
Wspomniała pani, że ludzie chętnie korzystają z usług projektantów. Czy są otwarci na wszystkie pani rady?
To zależy od człowieka. Jeśli klient jest świadomy tego, po co zatrudnił projektanta, zazwyczaj trzyma się projektu niemal w stu procentach. Są jednak i tacy, którzy mimo współpracy z profesjonalistą na każdym kroku próbują przeforsować własne pomysły.
Czy zdarza się, że klient przychodzi z konkretnym kadrem z Instagrama i chce mieć dokładnie to samo u siebie?
Bardzo często. Kiedyś głównym źródłem inspiracji były magazyny wnętrzarskie. Pamiętam sytuacje, gdy klient mówił: "Na stronie 62 jest wanna, którą chcę mieć", a ja musiałam tłumaczyć, że nie znam na pamięć zawartości każdego numeru.
Dziś gazety zostały zastąpione przez Instagram i Pinterest.
Instagram bardziej pomaga czy szkodzi przez presję idealnych wnętrz?
Moim zdaniem pomaga. Kiedy klient mówi, że chce nowoczesne wnętrze, od razu proszę go o pokazanie inspiracji. Dla każdego nowoczesność może oznaczać coś zupełnie innego.
Zdjęcia z Pinteresta czy Instagrama sprawiają, że po prostu zaczynamy mówić tym samym językiem. Bardzo często klienci inspirują się też bezpośrednio moim portfolio i wskazują realizacje, które szczególnie im się spodobały.
Jak rozmawia pani z klientami o rzeczach, do których są przywiązani emocjonalnie, a które zupełnie nie pasują do nowej wizji wnętrza?
To zawsze zależy od relacji, ale kluczowe jest odpowiednie podejście.
Pamiętam projekt restauracji, w której właściciel własnoręcznie wykleił ścianę kamiennymi licówkami. Był z nich bardzo dumny, ale kompletnie nie pasowały do nowej koncepcji lokalu. Powiedziałam mu wtedy: "Słuchaj, to po prostu nie ma prawa tu zostać". Początkowo było mu trudno to zaakceptować, ale po czasie przyznał mi rację.
Przy kolejnym projekcie sytuacja się powtórzyła – tym razem chodziło o obrazy o dużej wartości sentymentalnej. Zasugerowałam, żeby zastąpić je czymś przygotowanym specjalnie pod styl wnętrza. Kiedy zobaczył efekt końcowy, znów usłyszałam: "Kasia, miałaś rację".
Czasem klient musi po prostu zobaczyć, że zmiana naprawdę działa, żeby odpuścić dawne przyzwyczajenia.
A w prywatnych mieszkaniach też trafiają się takie "perełki"? Na przykład lampa po babci, która kompletnie nie pasuje do reszty?
Oczywiście, takie sytuacje zdarzają się regularnie. Wtedy moją rolą jest uświadomienie inwestorowi, że nie zamawia profesjonalnego projektu po to, by zostawiać w nim elementy burzące całą wypracowaną harmonię.
W jakim momencie życia klienci najczęściej proszą panią o pomoc? Co jest takim impulsem do zmian?
Powody są bardzo różne. Często są to nowe domy, czy mieszkania i klienci nie mają pojęcia jak je zaprojektować. Robią to na całe życie i chcą mieć zrobione dobrze, z uwzględnieniem każdego szczegółu.
Często też ktoś urządza dom, czy mieszkanie samodzielnie, ale po kilku latach dochodzi do wniosku, że to jednak nie jest "to" i zwyczajnie nie czuje się dobrze w swojej przestrzeni.
Wiele osób trafia do mnie z polecenia. Słyszą od znajomych: "Spróbuj, Kasia pomoże ci to uporządkować".
Obecnie pracuję nad domem, w którym rodzina mieszka od dwunastu lat, a który nigdy nie został do końca urządzony. Zaczęliśmy od łazienki, która wcześniej w ogóle nie była zaprojektowana. Teraz powstaje tam nowoczesna strefa z sauną.
I bardzo często wygląda to właśnie tak: klient decyduje się najpierw na jedno pomieszczenie "na próbę", a później projekt zaczyna się rozrastać. Nagle pojawia się pytanie: "A może zrobimy jeszcze sypialnię?", "A co z holem?". Finalnie kończy się na odświeżeniu całego domu.
Co powiedziałaby pani osobom, które marzą o zmianie wnętrza, ale tłumaczą się brakiem pieniędzy?
Do projektowania można podejść na różne sposoby. Oczywiście najbardziej kompleksowym rozwiązaniem jest pełny projekt od podstaw, ale przy ograniczonym budżecie można skorzystać z tzw. porady wnętrzarskiej.
To znacznie tańsza opcja. Projektant przychodzi do istniejącego wnętrza i podpowiada, co warto zmienić, żeby przestrzeń stała się bardziej funkcjonalna i estetyczna.
Niektórzy szukają porad również na facebookowych grupach dla amatorów dekoracji wnętrz. Zdjęcia, które tam trafiają, potrafią być naprawdę zaskakujące. Ludzie proszą o pomoc, pokazując zagracone łazienki, otwarte toalety czy kompletny chaos w mieszkaniu.
To prawda. Kiedyś poprosiłam klientkę o przesłanie zdjęć łazienki, bo nie mogłam przyjechać na miejsce. W odpowiedzi dostałam wszystkie fotografie łazienki, na których dumnie pozowała właścicielka.
Innym razem pod prysznicem stała miska z namaczającymi się skarpetkami. Ludzie naprawdę bardzo różnie podchodzą do tego, co wypada pokazać na zdjęciach.
A kosz pod zlewem – jak w każdym polskim domu – jest okej?
Tak, to bardzo praktyczne rozwiązanie. Często projektuję tam szuflady z systemem servo drive. Wystarczy dotknąć frontu kolanem, żeby szuflada sama się wysunęła. To świetny patent, szczególnie gdy mamy brudne ręce i nie chcemy zachlapać mebli.
Jeśli potrzebna jest segregacja na większą liczbę frakcji, a pod zlewem brakuje miejsca, po prostu wykorzystujemy dodatkową szufladę obok.
A pralka w kuchni? Skąd wzięła się ta moda?
To rozwiązanie przyszło do nas z Zachodu i wynika z ich upodobania do tego typu rozwiązania. Osobiście nie jestem jego zwolenniczką. Pralka powinna znajdować się w łazience, bo to tam się rozbieramy i tam zazwyczaj stoi kosz na brudne ubrania.
Kuchnia jest miejscem przygotowywania posiłków, więc moim zdaniem brudne pranie nie powinno się tam pojawiać. Najlepszym miejsce jest osobna pralnia – jeśli mamy możliwość wygospodarowania takiego pomieszczenia – wtedy to zupełnie inna historia.
Magnesy na lodówce – tak czy nie?
Dla mnie zdecydowanie nie. W swoich projektach najczęściej chowam lodówkę w zabudowie, a na frontach z lakieru, drewna czy laminatu magnesy po prostu nie mają racji bytu.
Jeśli ktoś naprawdę je uwielbia, warto znaleźć dla nich inne miejsce. U jednego z klientów stworzyliśmy na klatce schodowej ścianę magnetyczną z mapą świata. Biuro również świetnie sprawdza się jako przestrzeń na taką kolekcję.
Ale lodówkę naprawdę warto zostawić w spokoju.
A czy da się naprawić błędy we wnętrzu zupełnie bezkosztowo? Choćby chowając tę nieszczęsną suszarkę z praniem?
To jest podstawa – usunąć wszystkie zbędne rzeczy z takiego wnętrza. A jeśli wnętrze jest dobrze zaprojektowane, to często można wyjąć z szafy nieużywane poduszki, pled, zawiesić inne zasłony, żeby odświeżyć wnętrze i nadać mu inną kolorystykę.
