Rodzina na wakacjach w Chorwacji. Koszty wakacji w Chorwacji kontra ceny wycieczek all inclusive.
Planowanie urlopu coraz częściej przypomina pole minowe. Chorwacja kojarząca się z tanimi wakacjami już nie jest taka tania Fot. Jure Divich / Shutterstock

Dla wielu rodzin planowanie wakacji to nie radosne odliczanie, lecz powód do kłótni o pieniądze. Do naszej redakcji napisał pan Tomasz. Mężczyzna nie owija w bawełnę, że "tradycja", którą mają z żoną, stała się dla niego prawdziwą "masakrą" pod względem kosztów i kłótni.

REKLAMA

Poniżej publikujemy pełną treść wiadomości od pana Tomasza (dane do wiadomości redakcji).

Pracuję ciężko przez cały rok i zarabiam nie tak źle, ale nadal poniżej średniej krajowej. Przy dzisiejszych cenach w sklepach nie szaleję przez z pieniędzmi. Mimo to staram się zorganizować jakiś wspólny wyjazd za granicę dla żony i dzieci. Bałtyk w ogóle nie wchodzi w grę, bo jest tam drogo, ale to nie to samo co Adriatyk.

I moja żona znów uparła się na Chorwację. Bo tak. Bo to "nasza tradycja". Bo byliśmy tam parę razy, kojarzy trasę, ma upatrzone plaże i w ogóle nie dopuszcza do siebie innych opcji. Zupełnie nie docierają żadne argumenty i już nie wiem, co mam robić. Normalnie się tyle nie kłócimy, ale planowanie wakacji to jakaś masakra.

"Dla niej Bałkany to dalej taniocha. A jest zupełnie inaczej"

Moja żona zatrzymała się mentalnie jakieś 10 lat temu i wydaje jej się, że wyjazd do Chorwacji to wciąż najtańsza opcja. Zupełnie pomija to, że od wprowadzenia tam euro, ceny poszły w górę. Bałkany z sezonu na sezon są coraz droższe, a ja nadal mam tak samo niską pensję.

Najbardziej boli mnie to, że w tamtych rejonach bardzo trudno znaleźć hotele z all inclusive. Żona zazwyczaj rezerwuje jakieś apartamenty z aneksem. Co to oznacza w praktyce? Albo przez pół urlopu stoisz przy garach (co to za odpoczynek!?) albo jesteśmy skazani na codzienne obiady w drogich restauracjach.

Przy dwójce nastolatków, którzy po pływaniu pochłaniają wszystko, stołowanie się na mieście to rozrywka dla bogoli. Tu gałka lodów, tam pizza, wieczorem owoce morza i masz słynne paragony grozy. Na samo jedzenie idzie majątek.

Turcja i Egipt "odstraszają" tylko na papierze. "Przynajmniej odpocząłbym od paragonów grozy"

Starałem się przemówić jej do rozumu. Usiadłem przy Excelu, spisałem wszystko i pokazałem w tabelkach. Wycieczki do Turcji, Tunezji czy Egiptu przeglądane w katalogach biur podróży wydają się początkowo bardzo drogie. Patrzysz na ostateczną kwotę za cztery osoby i chcesz się popłakać, że jesteś biedny.

Ale jeśli zsumujesz te wszystkie "ukryte" koszty wyjazdu na własną rękę (apartamenty w Chorwacji, benzynę, autostradowe winiety, jedzenie w knajpach) to nagle rachunek się wyrównuje!

Wybierając np. Turcję, mam all inclusive z góry opłacone. Dzieciarnia bierze sobie co chce i kiedy chce, a ja jem obiad bez stresu o gotówkę i napiwki. I wiem, że nie dopłacę ani grosza ponad to, co zapłaciłem w biurze. Od początku do końca wyjazdu mam pełną kontrolę nad pieniędzmi.

Jest jeszcze jedna kwestia. Myśmy nigdzie indziej nie byli! W kółko wałkujemy tę Chorwację, jakby poza nią nie było innych krajów. Nawet nie wiemy, jak smakują wakacje w innej kulturze. Do mojej żony to jednak nie trafia. Powtarza tylko: "tradycja to tradycja". Brak mi już sił i czasem mam ochotę po prostu zostać w domu. Niech jadzie sama i przepłaca za kalmary.