Mężczyzna z głową konia pali papierosa, kolaż
Czy palacze przez swój nałóg pracują mniej niż osoby niepalące? Fot. Shutterstock

"Chodź na fajkę", "Może szybki dymek?", "Idziesz na papierosa?", "To tylko pięć minut". Z pozoru niewinne hasła w wielu firmach od dawna są częścią codziennego rytuału. Problem w tym, że w skali tygodnia takie przerwy potrafią urosnąć do kilku godzin, a w ciągu roku – nawet do kilku dodatkowych dni wolnego. – Człowiek miał wrażenie, że papieros dawał jakiś nieformalny przywilej. Jeśli nie paliłeś, po prostu zostawałeś przy pracy – wspomina Karolina, wracając myślami do swojej studenckiej pracy i regularnych przerw "na dymka".

REKLAMA

– Jak słyszę po raz kolejny: "Idę na papierosa", to aż mnie ściska – mówi bez ogródek Kamila, pracownica niewielkiego osiedlowego dyskontu. – Klienci stoją w kolejce, towar trzeba wykładać, a ja zostaję sama na sklepie. Najgorsze są zmiany z Wiolą. Potrafi wyjść kilka razy w ciągu dnia. Niby tylko na chwilę, ale tych chwil robi się naprawdę sporo.

Najbardziej irytuje ją poczucie nierówności: – Ja nie palę, więc nie mam "powodu", żeby co kilka godzin wychodzić przed sklep. Jak chcę usiąść na pięć minut i napić się wody, to mam wyrzuty sumienia, bo kolejka rośnie. A papieros to zawsze przechodzi. Jak Wiola stoi przed sklepem z fajką, to i ludzie ją zagadają z sympatią. A na mnie wrogo patrzą, jak zerknę zza lady w telefon. 

Papierosek i kawusia

Emilia nie pali. Nigdy nie paliła. Wystarczy, że jej były robił kółeczka z dymu. Ma dreszcze na samo wspomnienie. Kiedy zaczęła pracę jako junior export specialist, dziwiła się, że starsi stażem koledzy co chwilę latają na papierosa.

Czy ją to denerwowało? Tylko wtedy, kiedy chciała o coś podpytać, a nie było kogo. Mimo to uważa, że problem bywa wyolbrzymiany.

– Szybki papieros to jeszcze nic. Gorsze są wielogodzinne nasiadówki w firmowej kuchni – irytuje się. – W każdej pracy znajdzie się jakaś forma "ucieczki" od obowiązków. Jedni wychodzą na dymka, inni parzą trzecią kawę i przez pół godziny analizują seriale na Netflixie albo życie prywatne współpracowników.

I dodaje: – Ale zauważyłam też pewną zależność: ci, którzy wychodzą na papierosa, zwykle nie okupują później przez pół dnia kuchni. Każdy ma swój rytuał.

Julita patrzy na to dużo ostrzej. Nie pali, nie chodzi na "kawusie", nie przesiaduje w kuchni. – Przychodzę do pracy pracować. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ktoś ma dostawać dodatkowe przerwy tylko dlatego, że jest uzależniony od nikotyny albo kofeiny – ironizuje.

Najbardziej absurdalne jest to, że osoby niepalące często czują się głupio, gdy chcą zrobić sobie krótką przerwę. Bo papieros jest społecznie akceptowany jako "przerwa", a zwykłe wyjście przed budynek, żeby odetchnąć, już niekoniecznie.

Julita

pracuje w usługach telekomunikacyjnych

Karolina pamięta, że temat "papierosowych przywilejów" drażnił ją już podczas studiów. Pracowała wtedy ciężko fizycznie na hali. 

– Kiedy ja dwoiłam się i troiłam układając materiały w równe stosy, część ekipy znikała na fajkę. Brygadzista palił, więc co jakiś czas rzucał: "Przerwa techniczna!". I nagle połowy ludzi nie było.

Dziś Karolina podchodzi do tego z większym dystansem, ale przyznaje, że poczucie niesprawiedliwości zostało. – Człowiek miał wrażenie, że papieros daje jakiś nieformalny status. Jeśli nie paliłeś, po prostu pracowałeś dalej.

Dziennikarka Marta nie pali, ale wychodzi razem z palaczami przed redakcję, żeby być na bieżąco z nowinkami. – Tam krążą informacje szybciej niż na slacku. Dowiesz się, kto odchodzi, kto negocjuje podwyżkę i który projekt się sypie. Niepalący często tracą ten nieformalny obieg informacji – przyznaje.

Marek pali "jak smok" od 18. roku życia i przekonuje, że nigdy nie miał z tego powodu problemów w pracy. Wręcz przeciwnie – twierdzi, że papierosowe przerwy często pomagały mu zebrać myśli.

– Kiedy wychodziłem zapalić, paradoksalnie właśnie wtedy najwięcej myślałem o projektach i pracy – przekonuje. – Do czego to doszło, żeby człowiek musiał się tłumaczyć z pięciu minut przerwy.

Dziś mówi o tym już w czasie przeszłym, bo od kilku lat pracuje zdalnie. Pali na balkonie.

Co może zrobić pracodawca?

Konflikt wokół papierosowych przerw narasta szczególnie tam, gdzie obowiązki są nierówno rozłożone. Gdy jedna osoba może zniknąć na kilka minut, ktoś inny musi przejąć jej zadania. A to rodzi napięcia.

– Jakie legalne narzędzia posiada pracodawca, aby wyrównać realny czas pracy między osobami, które nie odchodzą od biurek, a tymi, których przerwy sumują się w skali miesiąca do kilku godzin, nie narażając się przy tym na zarzut naruszania dóbr osobistych pracowników? – z tym pytaniem zwróciłam się do mec. Artura Szynaki, radcy prawnego.

– Pracodawca może wyrównać czas pracy poprzez rzetelną ewidencję wszystkich wyjść w celach prywatnych (np.: przez elektroniczny system rejestracji czasu pracy), obniżając wynagrodzenie za czas nieprzepracowany lub umożliwiając jego odpracowanie, aczkolwiek wyłącznie na pisemny wniosek pracownika – odpowiada prawnik.

Aby uniknąć zarzutu naruszania dóbr osobistych, ewidencja musi być bezwzględnie transparentna, opierać się na obiektywnych przesłankach i dotyczyć po równo wszystkich wyjść prywatnych wszystkich pracowników (bez stygmatyzowania palaczy).

mec. Artur Szynaka

radca prawny

Zapytałam także, w jaki sposób polskie prawo pracy definiuje tzw. "wyjście na dymka"? Czy jest to część ustawowej przerwy wliczanej do czasu pracy, czy każde takie wyjście powinno być odpracowane, jeśli regulamin pracy nie stanowi inaczej?

Kodeks pracy nie definiuje "przerwy na papierosa" – wyjścia tego typu, jeśli nie mieszczą się w ustawowej, 15-minutowej przerwie wliczanej do czasu pracy, stanowią czas niewykonywania pracy w celach prywatnych, którego nie wlicza się do czasu pracy, o ile przepisy wewnątrzzakładowe nie stanowią inaczej – odpowiada mec. Szynaka.

Co w takim razie z dodatkowymi wyjściami "na dymka"? Czy można samodzielnie decydować o opuszczaniu stanowiska pracy, np. co godzinę na 10 minut? O to zapytałam Marcina Staneckiego, Głównego Inspektora Pracy. 

– Musimy zacząć od definicji czasu pracy. Zgodnie z Kodeksem pracy jest to czas, w którym pracownik pozostaje w dyspozycji pracodawcy w zakładzie pracy lub innym miejscu wyznaczonym do wykonywania obowiązków. Istotą stosunku pracy jest podporządkowanie – w zamian za wynagrodzenie oddajemy pracodawcy do dyspozycji swój czas – tłumaczy.

Jak podkreśla, pracownik nie może samodzielnie udzielać sobie dodatkowych przerw. Zasady dotyczące organizacji pracy powinny być jasno określone w regulaminie, z którym każdy zatrudniony ma obowiązek zapoznać się przed podpisaniem umowy. – Stosunek pracy to nie tylko przywileje, ale również konkretne obowiązki – zaznacza szef GIP.

Dodatkowy urlop dla niepalących?

Choć przepisy są jednoznaczne, praktyka często wygląda inaczej. Doskonale wiedzą o tym chociażby pracownicy handlu. Wielu z nich skarży się na sytuacje, w których jedna osoba zostaje sama przy długiej kolejce klientów, podczas gdy część zespołu wychodzi "na papierosa". Co grozi za takie zachowanie? 

Marcin Stanecki nie ma wątpliwości: samowolne opuszczanie stanowiska pracy może skończyć się poważnymi konsekwencjami. Pracodawca ma prawo zastosować kary porządkowe – od upomnienia i nagany po karę pieniężną za naruszenie organizacji pracy lub przepisów BHP.

– Jeżeli takie sytuacje się powtarzają, pracodawca może rozważyć wypowiedzenie umowy o pracę – ostrzega.

Jak dodaje, opuszczenie stanowiska bez zgody przełożonego może zostać uznane za niewykonanie polecenia służbowego. W świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego w skrajnych przypadkach może to prowadzić nawet do rozwiązania umowy bez wypowiedzenia z winy pracownika, czyli tzw. dyscyplinarki.

Szef GIP zwraca też uwagę na istotne rozróżnienie: palenie papierosów jest nałogiem, a nie potrzebą fizjologiczną. Jego zdaniem wykorzystywanie czasu pracy na "dymka" nie powinno być akceptowane, zwłaszcza że konsekwencje takich przerw często ponoszą pozostali członkowie zespołu.

– To po prostu nieuczciwe wobec innych pracowników – mówi wprost.

A co z osobami, które chciałyby "wyrównać rachunki" i również wychodzić na krótkie przerwy, tyle że bez papierosa? Według Marcina Staneckiego tutaj również zasada jest prosta: mamy prawo tylko do tych przerw, które są wyraźnie określone w Kodeksie pracy lub regulaminie zakładowym. 

– Istnieją oczywiście specyficzne uprawnienia – np. osoby pracujące przy monitorach ekranowych przez co najmniej połowę dobowego wymiaru czasu pracy mają prawo do 5 minut przerwy od monitora po każdej godzinie takiej pracy. Musimy jednak pamiętać o fundamentalnej zasadzie: wynagrodzenie przysługuje za pracę wykonaną – zaznacza. 

Jeżeli pracownik nie wykonuje swoich obowiązków, bo zbyt często oddaje się prywatnym przerwom i regeneracji, pracodawca ma prawo obniżyć wynagrodzenie proporcjonalnie do czasu faktycznego niewykonywania pracy.

Marcin Stanecki

Główny Inspektor Pracy.

Czy możliwy jest kompromis? Zdaniem szefa GIP – tak. Kodeks pracy określa jedynie minimum, a firmy mogą wprowadzać rozwiązania korzystniejsze dla pracowników.

– Dodatkowe, płatne przerwy na regenerację czy chwilę odpoczynku są z punktu widzenia Inspekcji działaniem godnym aprobaty. Promowanie dobrostanu pracowników jest ważne, choć samo palenie tytoniu zdrowiu oczywiście nie służy – zaznacza.

Dalszy ciąg tekstu poniżej

W debacie publicznej regularnie wraca też pomysł przyznawania osobom niepalącym dodatkowych dni wolnych jako rekompensaty za czas spędzany przez innych pracowników "na dymku". Jak ocenia go Marcin Stanecki?

– Pamiętam czasy, gdy część firm wypłacała premie za niepalenie. Chodziło o dwie rzeczy: większe zaangażowanie pracownika oraz promowanie zdrowego stylu życia – wspomina.

Z czasem jednak firmy zaczęły wycofywać się z tych rozwiązań. Powód? Rosnące kontrowersje i sprzeciw palaczy, którzy uznawali takie praktyki za formę pośredniej dyskryminacji.

– Podobnie było z modą na premie za aktywność fizyczną czy liczenie kroków. Przez chwilę wiele firm promowało zdrowy styl życia, ale po czasie te rozwiązania praktycznie zniknęły – zauważa szef GIP.

Jego zdaniem podobny los mógłby spotkać pomysł dodatkowego urlopu dla niepalących.

– To mogłoby być chwilowo atrakcyjne dla pracodawców, ale raczej nie stałoby się trwałym standardem rynku pracy – ocenia.

Czy wprowadzenie przez pracodawcę "bonusu" (np. dodatkowego dnia wolnego lub premii) wyłącznie dla osób deklarujących niepalenie może zostać uznane za dyskryminację palaczy, czy mieści się w granicach promowania zdrowego stylu życia? Z tym pytaniem wracam do mec. Artura Szynaki.

– Bonus uzależniony wyłącznie od deklaracji bycia osobą niepalącą może zostać uznany za dyskryminację, ponieważ różnicuje pracowników na podstawie ich cech osobistych, a nie wykonywanej pracy – odpowiada prawnik. – Natomiast premia powiązana z efektywnym wykorzystaniem czasu pracy, czyli brakiem dodatkowych, pozaregulaminowych przerw prywatnych w ciągu dnia, jest zgodnym z prawem sposobem premiowania za wyższą efektywność i dyspozycyjność w czasie pracy.