
Na niskiej orbicie okołoziemskiej doszło do kolejnego incydentu z udziałem satelity Starlink. 29 marca firma SpaceX utraciła łączność z urządzeniem oznaczonym numerem 34343. Niezależna firma LeoLabs, która śledzi ruch na orbicie, wykryła po zdarzeniu dziesiątki obiektów w pobliżu satelity.
Oficjalnie firma SpaceX nie mówi o eksplozji, lecz o anomalii na orbicie, która doprowadziła do całkowitej utraty łączności z satelitą. W swoim komunikacie SpaceX potwierdziło, że najnowsza analiza nie wskazuje nowego ryzyka ani dla Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ani dla jej załogi, ani dla misji Artemis II, której start NASA zaplanowała już na 1 kwietnia. Dodano również, że współpracuje z NASA i amerykańskimi Siłami Kosmicznymi przy monitorowaniu wszystkich możliwych do śledzenia odłamków.
Dokładniej sprawę opisało LeoLabs. Firma poinformowała o wykryciu zdarzenia fragmentacyjnego dotyczącego satelity Starlink 34343 i o natychmiastowym zaobserwowaniu dziesiątek obiektów w jego sąsiedztwie. SpaceX potwierdził więc awarię i utratę satelity, ale to dopiero zewnętrzny operator systemów radarowych jako pierwszy opisał efekt w postaci chmury odłamków. Na tym etapie nie ma publicznie dostępnych informacji o dokładnej liczbie fragmentów, ich rozmiarach i pełnym rozrzucie orbitalnym.
Najbardziej prawdopodobna przyczyna nie wskazuje na kolizję
Nie ma na tym etapie dowodów, że satelita zderzył się z jakimś innym obiektem. LeoLabs oceniło, że zdarzenie było najpewniej skutkiem wewnętrznego źródła energii, a nie kolizji z innym satelitą czy z kosmicznym śmieciem. Tego typu sformułowanie zwykle oznacza problem z elementem układu zasilania, paliwem, ciśnieniem w zbiorniku albo innym nagłym procesem energetycznym wewnątrz konstrukcji. Firma SpaceX na razie nie podała bardziej szczegółowego wyjaśnienia i ograniczyła się do deklaracji, że bada przyczynę źródłową awarii.
W coraz bardziej zatłoczonym środowisku orbitalnym pierwszym podejrzeniem często bywa właśnie kolizja. Tym razem wstępne ustalenia idą w zupełnie inną stronę. Nie zmienia to jednak zasadniczego problemu, że niezależnie od przyczyny efekt jest ten sam, czyli pojawienie się nowych odłamków w jednej z najbardziej uczęszczanych stref niskiej orbity okołoziemskiej. A to właśnie tam działa dziś znaczna część konstelacji komunikacyjnych.
Zobacz także
Dlaczego tym razem nie ma alarmu dla ISS i misji NASA?
Informacja o rozpadzie satelity nad Ziemią brzmi jak mocne zagrożenie dla całej infrastruktury orbitalnej. W tym przypadku sytuacja jest jednak bardziej ograniczona. Satelita znajdował się na wysokości około 560 km, a więc wciąż na pułapie, na którym szczątki dość szybko odczuwają wpływ szczątkowej atmosfery. LeoLabs oceniło, że ze względu na stosunkowo niską wysokość fragmenty powinny zejść z orbity i spalić się w atmosferze w ciągu kilku tygodni.
To jednak nie znaczy, że problem jest błahy. Niska orbita okołoziemska jest dziś środowiskiem, w którym nawet krótkotrwałe pojawienie się dodatkowych szczątków ma duże znaczenie operacyjne. Satelity, stacje i pojazdy załogowe poruszają się tam z ogromnymi prędkościami, a ryzyko liczy się nie tylko w skali trwałego zagrożenia, lecz także w skali konieczności ciągłego monitorowania i ewentualnych manewrów unikania.
To już drugi podobny przypadek Starlinka od grudnia
W grudniu 2025 roku firma SpaceX poinformowała o anomalii innego satelity Starlink na wysokości około 418 km. Wtedy firma mówiła o niewielkiej liczbie odłamków, a media opisywały, że satelita pozostał w dużej mierze nienaruszony, ale zaczął obracać się w sposób niekontrolowany i miał spłonąć w atmosferze w ciągu kilku tygodni. W tamtym przypadku LeoLabs również sygnalizowało dziesiątki fragmentów, ale skala zdarzenia wyglądała na mniejszą niż w typowych dużych rozpadach orbitalnych.
Obecny incydent różni się tym, że doszło do niego wyżej, w okolicach 560 km, czyli w paśmie szczególnie ważnym dla dużych konstelacji komunikacyjnych. Pokazuje również, że grudniowy przypadek nie musi być jednorazowym wyjątkiem. Nie ma jeszcze podstaw, by mówić o systemowym problemie całej konstelacji, ale są już podstawy, by uznać, że dwa takie zdarzenia w ciągu kilku miesięcy będą musiały zostać dokładnie przeanalizowane także pod kątem konstrukcyjnym i operacyjnym.
Problemem jest też sama skala Starlinka i zatłoczenie orbity
To właśnie tu widać, dlaczego sprawa wykracza poza pojedynczego satelitę. Starlink jest dziś największym operatorem satelitarnym świata. Na początku tego roku firma mogła się pochwalić siecią liczącą blisko 10 tys. satelitów. Kiedy w takiej skali dochodzi do awarii prowadzącej do fragmentacji, znaczenie ma nie tylko sam incydent, lecz także prawdopodobieństwo, że podobne zdarzenia będą się od czasu do czasu po prostu zdarzyć z powodu wielkości floty.
Do tego dochodzi stan samego środowiska orbitalnego. Według ESA sieci nadzoru śledzą dziś już około 40 tys. obiektów na orbicie, z czego około 11 tys. to aktywne ładunki. Na wysokościach rzędu 550 km liczba aktywnych satelitów i liczba obiektów stanowiących zagrożenie jest dziś zbliżonego rzędu wielkości. Mówimy więc już o jednym z najbardziej zatłoczonych pułapów wokół Ziemi. Każda nowa fragmentacja, nawet jeśli szczątki spłoną po kilku tygodniach, zwiększa krótkoterminową presję na system śledzenia i bezpieczeństwo ruchu orbitalnego.
SpaceX już wcześniej chciał zejść niżej właśnie ze względów bezpieczeństwa
Nieprzypadkowo firma SpaceX zapowiedziała na 2026 rok obniżanie części konstelacji z około 550 km do około 480 km. Uzasadniała to poprawą bezpieczeństwa w kosmosie: poniżej 500 km jest mniej obiektów i mniej planowanych konstelacji, a naturalny spadek z orbity przebiega szybciej. Ten plan pojawił się właśnie po grudniowej anomalii Starlinka. Dzisiejszy incydent nie dowodzi oczywiście automatycznie, że ta strategia była spóźniona, ale z pewnością wzmacnia argument, że w najgęściej zaludnionych pułapach LEO margines błędu robi się coraz mniejszy.
Nie chodzi więc o to, że jeden satelita rozpadł się nad Ziemią i zaraz nadejdzie orbitalny chaos. Chodzi o to, że największa komercyjna konstelacja świata zalicza drugi incydent fragmentacyjny w krótkim czasie, w środowisku, które już teraz jest gęste od aktywnych satelitów i odpadów. Każde takie zdarzenie staje się więc nie tylko problemem jednego operatora, ale przede wszystkim testem dla całego modelu zarządzania ruchem na niskiej orbicie.
