
Są kariery, które mają swój naturalny bieg. Od lokalnego polityka do ogólnopolskiego – to rozumiemy. W drugą stronę bywa trudniej, dziwniej. Andrzej Duda przez dziesięć lat był głową państwa. Teraz – jeśli wierzyć spekulacjom i sondażom – miałby zainteresować się posadą prezydenta Krakowa. Rozumiem. Człowiek ma dopiero pięćdziesiąt kilka lat, jest w pełni sił, a polityczne ambicje wciąż żywe jak rafa koralowa. Ale prezydentura miasta dla byłej głowy jednego z największych państw Europy? Serio?
Kraków jest w tej chwili miastem politycznie rozgrzanym. Mieszkańcy kilka dni temu w referendum odwołali ze stanowiska Aleksandra Miszalskiego. To nie jest codzienna sytuacja w polskiej polityce samorządowej. W tej próżni zaczyna kłębić się więc grono potencjalnych następców odwołanego prezydenta Krakowa. I jakimś cudem na jej czołowym miejscu pojawia się nazwisko byłego… prezydenta RP.
Nie twierdzę, że Kraków nie zasługuje na kandydatów z pierwszych stron gazet, ale akurat pomysł z tym kandydatem jest głębokim nieporozumieniem. Na kilku poziomach jednocześnie.
Duda na prezydenta Krakowa? Nie awans, nie degradacja, ale...
Funkcja prezydenta miasta to nie jest emerytura dla polityków ogólnopolskich, a jedno z najtrudniejszych stanowisk wykonawczych w polskim systemie. Prezydent Krakowa zarządza budżetem rzędu miliardów złotych, odpowiada za transport, edukację, jakość powietrza, politykę społeczną, inwestycje, turystykę i dziesiątki innych codziennych spraw, które decydują o jakości życia niemal miliona ludzi.
Andrzej Duda przez dziesięć lat zajmował się zaś głównie podpisywaniem ustaw i wzbudzaniem poważnych konsternacji wśród konstytucjonalistów. Ale nawet gdyby bilans jego prawdziwej prezydentury był nieskazitelny, to nadal doświadczenie samorządowe ma on mniej więcej takie, jak przeciętny mieszkaniec Nowej Huty.
Zobacz także
I nie wspominajcie mi tu o niespełna rocznym epizodzie w roli krakowskiego radnego. Większość tego czasu Duda poświęcił przecież na prowadzenie kampanii wyborczej i walkę o mandat poselski.
To nie jest zarzut personalny, a obserwacja systemowa. Prezydentura RP i prezydentura Krakowa to nie są stanowiska na tej samej osi kariery. To są zupełnie różne zawody. Jeden polega na reprezentowaniu i arbitrażu na poziomie państwa, drugi na codziennym zarządzaniu skomplikowanym organizmem miejskim.
Nowy sondaż daje do myślenia. Ale chyba nie tym, którym powinien
A teraz chwilę o liczbach. Pojawił się ostatnio sondaż oparty na liście medialnie przedstawianych kandydatów, a w nim Andrzej Duda na czele z wynikiem... 11 proc. I wielu prawicowych komentatorów przedstawia to jako dobry wynik. Jako dowód na to, że Duda "w cuglach prowadzi" w wyścigu o Kraków.
No OK, prowadzi, ale w tej samej ankiecie przeważająca większość respondentów przyznała, że... w ogóle nie ma wyrobionego zdania na temat tego, kto powinien zostać prezydentem Krakowa. Dla każdego trzeźwo patrzącego człowieka to więc dane w zasadzie bez znaczenia.
Nazywanie Dudy "faworytem" na tej podstawie to jak ogłaszanie zwycięzcy wyścigu, gdy tylko jeden koń ruszył z miejsca, a reszta nawet jeszcze nie weszła do boksów.
Kraków zasługuje na coś więcej niż polityczną przystań
Jest w całej tej historii jeszcze jeden wymiar, o którym mówi się zbyt rzadko. Kraków nie jest jakimś tam miastem, któremu można wmówić, że potrzebuje błysku ogólnopolskiego nazwiska na afiszu wyborczym. Mowa o mieście z prawdziwą tradycją samorządową, z silnym społeczeństwem obywatelskim, z mieszkańcami, którzy właśnie pokazali – odwołując prezydenta w referendum – że wiedzą czego chcą i potrafią o to walczyć.
Zobacz także
Tacy wyborcy nie potrzebują kogoś z "mocną twarzą", a kogoś z mocnym programem. Kogoś, kto wie, co zrobić z komunikacją w mieście, które dusi się w korkach. Kogoś, kto zna specyfikę turystycznego przeciążenia Starego Miasta i Kazimierza – kto ma pomysł na to, żeby te miejsca były żywe, a nie tylko skomercjalizowane.
Panie Andrzeju, serio: nie rób tego
Andrzej Duda wspomnianych problemów może nie znać. Może znać. Nie wiem. Ale na razie nie słyszałem, żeby ktokolwiek pytał go o to publicznie. A on sam raczej nie kwapi się, by o tym opowiadać. I Bogu dzięki!
Andrzeju Dudo, wciąż ma Pan przed sobą opcję, z której korzysta większość byłych głów państwa: budowanie pozycji eksperta, pewnego autorytetu – kogoś, kto komentuje, ostrzega i jakoś tam inspiruje swoje środowisko.
Ci, którym w tej roli wyszło, zrezygnowali z pokusy powrotu do bieżącej polityki przez boczne drzwi. A przecież jako Krakus dobrze Pan wie, że gród u stóp Wawelu na status bocznego wejścia nie zasługuje.
