
Viktor Orbán stara się podnieść po przegranych wyborach na Węgrzech. Jak na razie wybiera się w pierwszą podróż zagraniczną. Uda się do Brukseli, by wziąć udział w spotkaniu przywódców partii Patrioci dla Europy.
Viktor Orbán stracił władzę na Węgrzech, ale stara się nie wypaść z politycznej pierwszej ligi. Jak na razie wybiera się w pierwszą powyborczą podróż zagraniczną. Były premier Węgier potrzebował blisko dwóch miesięcy, by jakoś otrząsnąć się po wyborczej klęsce. Teraz stara się wrócić na europejskie salony. 17 czerwca pojawi się w Brukseli na spotkaniu przywódców partii Patrioci dla Europy.
Viktor Orbán obiera kierunek na Brukselę
Wiadomo, że w spotkaniu wezmą też udział inni liderzy prawicowych formacji, m.in. premier Czech Andrej Babisz. Sama istniejąca od 2024 roku grupa Patrioci dla Europy liczy 84 eurodeputowanych. Są w niej też Polacy, choć nasza reprezentacja jest bardzo mała, mowa bowiem tylko o Annie Bryłce i Tomaszu Buczku (Konfederacja Wolność i Niepodległość).
Patrioci to trzecia frakcja w Parlamencie Europejskim pod względem wielkości. Do największych należą Grupa Europejskiej Partii Ludowej (Chrześcijańscy Demokraci) i Grupa Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim.
Warto dodać, że spotkanie liderów prawicowych formacji odbędzie się dzień przed Szczytem Rady Europejskiej zaplanowanym na 18 i 19 czerwca. Węgry tym razem będzie reprezentował już nie Orbán, a nowy premier Péter Magyar, który niedawno przyjechał z wizytą do Polski.
Zobacz także
Viktor Orbán przegrał na własną prośbę
Wybory parlamentarne, które odbyły się na Węgrzech 12 kwietnia, przejdą do historii. Po 16 latach (2010-2016) władzę w kraju stracił Fidesz. Zwycięzcami elekcji okazali się politycy partii TISZA, którzy łącznie zdobyli ponad 50 procent głosów. Koalicja Fidesz–KDNP mogła pochwalić się skromniejszym poparciem na poziomie 38 procent.
Orbán wpadł sam we własne sidła, gdyż to on zmienił ordynację wyborczą, która teraz premiuje na Węgrzech zwycięzcę. W efekcie partia Pétera Magyara zdobyła aż 141 mandatów, czyli większość konstytucyjną. Fidesz–KDNP ma w parlamencie tylko 52 deputowanych. Wszystko uzupełnia skrajnie prawicowa Mi Hazank z sześcioma mandatami. Kilka dni po wyborach lider Fideszu pierwszy raz publicznie skomentował druzgocącą porażkę. Jak pisaliśmy w naTemat, Orbán przemówił po klęsce w wyborach i stwierdził, że "próbuje dojść do siebie po tym szoku".
Krótko po wyborach pojawiły się też doniesienia o jego potencjalnym wycofaniu się z polityki. Orbán rzekomo zastanawiał się, czy nie zrzec się mandatu, za co dostałby ok. 100 tys. euro na do widzenia.
Powody jego porażki są jednak bardziej złożone. Rząd ostro sprzeciwiał się imigracji, ale jednocześnie zachęcał do przyjazdu pracowników ze Sri Lanki, Filipin, Ukrainy i Turcji. Na to wszystko nałożyła się klęska jego polityki prorodzinnej. Choć kosztowała kraj ogromne kwoty, do 2025 roku współczynnik dzietności ponownie spadł do poziomu 1,31. To tyle samo co w 2010 roku, gdy Fidesz przejął władzę po socjalistach.
Warto jednak dodać, że Węgry nie czeka aż taka rewolucja, jak zakładali niepoprawni optymiści. Jak wyjaśnialiśmy w INNPoland, na Węgrzech odsunęli Viktora Orbána, a pępowina do Rosji nadal się trzyma. Budapeszt nadal będzie kupował od niej ropę. Nie ma jednak innego wyjścia, gdyż kluczowa rafineria w Százhalombatta pod Budapesztem jest przystosowana do przetwarzania ropy właśnie z tego kraju. Po prostu technicznie nie jest gotowa do obsługi innego surowca.




