Marchewa92, czyli Królowa Promek
Marchewa92 to Królowa Promek. Na swoim profilu podpowiada innym, jak oszczędzać na zakupach Fot. Shutterstock / Instagram

– Myślę, że dwa miesiące dyscypliny i pilnowania okazji pozwalają odłożyć konkretną sumę. Pokazuję ludziom paragony, żeby widzieli liczby: oszczędność 30 złotych dziennie w skali roku robi gigantyczną różnicę. To są właśnie te wakacje – mówi w rozmowie z naTemat Katarzyna Marchewa, tiktokerka. W sieci znana jako Królowa Promek, stała się twarzą nowej polskiej zaradności. Niestety na co dzień mierzy się z hejtem w internecie.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Skąd wzięła się tiktokerka @marchewa92, czyli "Królowa Promek"? To bunt przeciwko drożyźnie i inflacji, czy chęć pokazania, że da się żyć taniej, oszczędniej?

Katarzyna Marchewa, tiktokerka: To po prostu życie. Z wykształcenia jestem technikiem handlowcem i w tej branży spędziłam niemal ćwierć wieku. Naturalnie ułożyło się tak, że znajomi i rodzina regularnie pytali mnie: "Kasia, gdzie kupić taniej pampersy? Gdzie jest dobra cena na wędlinę, mleko czy cukier?". Ceny zawsze miałam po prostu w małym palcu.

W pewnym momencie pomyślałam: skoro pokazuję to bliskim, mogę pokazać to szerszej publiczności. I tak powstały filmy na TikToka. A w nich podpowiadam ludziom, gdzie szukać okazji. Nawet jeśli nie wymieniam nazw sklepów, moi widzowie bezbłędnie je rozpoznają.

To tylko zabawa w internetowe filmiki czy misja?

Nie oszukujmy się, sytuacja w kraju jest trudna, bieda wciąż jest dużym problemem. Statystyki mówią o setkach tysięcy dzieci, które nie mają na co dzień ciepłego obiadu. Jeśli mogę komuś pokazać, jak za niewielkie pieniądze przygotować wartościowy, ciepły posiłek, to czuję, że to ma sens. Każdy może te rady dopasować do swojego portfela.

A jak to wyglądało u pani w domu rodzinnym? Oszczędzanie było wpisane w pani codzienność od dziecka?

Początkowo powodziło nam się bardzo dobrze. Sytuacja zmieniła się drastycznie, gdy urodził się mój chory brat. Wszystkie siły i środki poszły na jego ratowanie. Wtedy nastąpiło gwałtowne "zaciskanie pasa". To była moja szkoła przetrwania. Nauczyłam się, że pieniądz ma wartość i trzeba nim mądrze zarządzać.

Co pani czuje, gdy uda się "upolować" coś znacznie taniej? To czysta satysfakcja z oszczędności czy coś więcej?

Radość, oczywiście. Ale najważniejsze jest to, co robię z tymi zaoszczędzonymi pieniędzmi: wszystko wydaję na podróże. To mnie napędza. Każda zaoszczędzona złotówka przybliża mnie do kolejnego wyjazdu.

W tym roku lecimy do Bułgarii, a to już nasze trzecie zagraniczne wakacje w tym sezonie. Do tego dochodzą intensywne weekendy w Polsce. Jesteśmy w trasie niemal co miesiąc.

W Bułgarii mamy akurat all inclusive, więc będę odpoczywać od kuchni. Ale nie rozumiem ludzi, którzy nie wyjeżdżają, bo mówią, że nie stać ich na restauracje. Nie ma co rezygnować z podróży, lepiej coś samemu ugotować na miejscu. Ja czasem wolę wynająć apartament i sama coś pichcić, a zaoszczędzone kilka tysięcy wydać na zwiedzanie. 

Ile trzeba "mądrze" kupować, żeby uzbierać na wakacje w Bułgarii?

Wszystko zależy od potrzeb rodziny. U nas wydatki na jedzenie są potężne, bo mam dwóch dorastających synów. Czasem potrafimy wydać 2000 złotych tygodniowo na samą spożywkę. Gdybym nie kupowała na promocjach, ta kwota byłaby jeszcze bardziej przerażająca. 

Myślę, że dwa miesiące dyscypliny i pilnowania okazji pozwalają odłożyć konkretną sumę. Pokazuję ludziom paragony, żeby widzieli liczby: oszczędność 30 złotych dziennie w skali roku robi gigantyczną różnicę. To są właśnie te wakacje.

Gdyby przestała pani oszczędzać, czułaby pani, że coś traci?

Nie mam pętli na szyi, nie muszę tego robić, by przeżyć. Ja po prostu lubię oszczędzać. To mój świadomy wybór. Pracując 18 lat bezpośrednio w sklepie, widziałam, kto najczęściej korzysta z promocji. Bogaci ludzie! Im się to po prostu opłaca. Z zaoszczędzonych pieniędzy można sfinansować coś ekstra: wyjazd, remont, przyjemność. 

Mój mąż na początku podchodził do tego z dystansem, ale dziś patrzy na to dokładnie tak samo, jak ja.

Jak w takim razie udało się pani przeciągnąć męża na tę "stronę mocy"?

Jesteśmy jak ogień i woda, ale on po prostu zaczął widzieć korzyści z oszczędzania. Przełomem był nasz spontaniczny wypad na Podlasie. W trakcie jazdy zarezerwowałam nocleg przez aplikację z kodem zniżkowym – wyszło 60 złotych taniej. 

Zaraz potem wpadłam do Biedronki po prowiant, zapłaciłam 65 złotych i mówię: "Patrz Bartek, za kolację i śniadanie dla naszej czwórki dołożyłam tylko 5 złotych, bo resztę sfinansował rabat za hotel". Wtedy go zatkało. "Kurde, aleś to wymyśliła!" – przyznał. 

Później, już na miejscu, sam zaczął sprawdzać ceny i kręcić nosem, że coś jest za drogie. Śmiałam się, że chyba jest chory, a on na to: "Ty zaoszczędziłaś, to ja też muszę!".

Choć wcześniej zazwyczaj w ogóle nie patrzył na paragony, to teraz sam zaczął liczyć. Ale czasem nadal komentuje: "Boże, iść z tobą na zakupy to jest masakra!".

Dzieci też połknęły bakcyla? Cała rodzina żyje teraz promocjami?

Nie jest tak, że wszyscy tylko o tym myślą, ale dzieci naturalnie to podłapały. Mój prawie 13-letni syn już sam analizuje rynek. Ostatnio wrócił z Biedronki z zestawem LEGO za 32 złote i był wręcz zawiedziony, że nie było drugiego opakowania, bo przy dwóch cena spadała do 27 złotych za sztukę. Czyta cenówki, sprawdza warunki: "druga sztuka taniej", "70 proc. rabatu przy trzech". Najbardziej pilnuje tego przy książkach i sprzęcie wędkarskim – to jego pasje. Cieszy mnie to, bo on zaczyna myśleć: czy ja tego naprawdę potrzebuję, czy to się opłaca? 

Nawet młodszy, ośmiolatek, zaczął to łapać. Analizuje ceny w sklepie i mówi: "Mamo, zobacz, to kosztuje 0,99 zł. To niecała złotówka, czyli się opłaca!". To dzieje się u nich zupełnie naturalnie.

Zdarzyło się pani kiedyś "naciąć" na promocję? Nawet Królowej zdarzają się błędy?

Oszukać się nie dałam, ale raz sama popełniłam błąd – źle spojrzałam w gazetkę. Poszłam po kosmetyki przekonana, że trzecia sztuka będzie gratis. Przy kasie okazało się, że zapłaciłam o 5 złotych więcej, bo promocja obowiązywała w inny dzień i w formie 20 proc. obniżki. Pomyślałam: "Trudno, 5 złotych to nie majątek", ale to była dobra lekcja pokory. 

Nawet jak człowiek zna się na rzeczy, chwila nieuwagi wystarczy, by się pomylić.

Wspomniała pani o gazetkach. Jak wygląda pani patent na wyłapywanie najlepszych okazji? Czy to tylko tradycyjne papierowe wydania, czy ma Pani swoje aplikacje?

Wygląda to tak: co niedzielę wieczorem przeglądam gazetki obowiązujące od poniedziałku do środy. Robię listę zakupów i planuję: "Dobra, to jest w promocji, więc zrobimy to na obiad". Później sprawdzam ofertę od czwartku do niedzieli, wyłapując okazje weekendowe. Jeśli natomiast czegoś potrzebuję na już, korzystam z aplikacji typu Pan Paragon – wpisuję np. jajka, a system pokazuje mi, gdzie w tej chwili kupię je najtaniej. To świetnie oszczędza czas.

Ostatnio pokochałam też aplikacje do ratowania żywności. Kupujemy tam nadwyżki w rewelacyjnych cenach – produkty "na teraz", dzięki którym można spróbować nowości, które normalnie sporo kosztują. Ostatnio za 13 złotych trafiła nam się świetna paczka z sushi. 

Bardzo pilnuję, żeby nie wyrzucać jedzenia – jeśli coś nam nie podchodzi, staram się to komuś oddać. Do tego dochodzi Blix do gazetek i aplikacje zrzeszające lokalnych rolników, o których mówiłam w "Pytaniu na śniadanie". Można tam kupić zdrowe produkty bezpośrednio od dostawcy w bardzo uczciwych cenach.

Jak pani sobie z tym wszystkim radzi logistycznie? Śledzenie ofert i bieganie między marketami wydaje się bardzo czasochłonne.

A wcale nie jest. Wystarczy chwila z herbatą w niedzielny wieczór i przejrzenie gazetek, nawet przy serialu. Potem tylko kolejna szybka weryfikacja w czwartek rano i plan gotowy. Mam tę komfortową sytuację, że mieszkam w mieście i wszystkie markety mam "wokół komina" – Biedronka czy Netto to dystans krótkiego spaceru.

Samochodu używam tylko przy wielkich zakupach przedświątecznych, a na co dzień po prostu chodzę. To dla mnie okazja, by się dotlenić, żadna logistyczna operacja. Czasami przechodzę od jednego sklepu do drugiego w trzy minuty, kupując w jednym wędlinę na wagę, a w drugim resztę, bo jest taniej. I po drodze jeszcze filmik nakręcę. To czysta przyjemność, nie obowiązek.

A jaki był pani największy promocyjny sukces? Taki, z którego jest pani wyjątkowo dumna?

Zdecydowanie ośmiorniczki. Moje dzieci uwielbiają owoce morza, ale świeże bywają absurdalnie drogie. Raz trafiłam na okazję, której nie mogłam odpuścić: opakowanie, które regularnie kosztowało 60 złotych, kupiłam za grosze, bo kończyła się data ważności. Zostało pięć dni, więc termin był bezpieczny, a zaoszczędzona kwota – gigantyczna.

Podobnie było z krewetkami w promocji "drugi produkt 70 proc. taniej". To są momenty, kiedy oszczędność jest najbardziej odczuwalna. Pokazuję to potem synom: "Patrzcie, drugie opakowanie mamy niemal za darmo". Na owocach morza oszczędzam chyba najwięcej.

Czy zdarzają się pani zakupowe pułapki? Na przykład kupowanie nadmiaru rzeczy tylko dlatego, że są tanie?

U mnie to nie przejdzie. Gdybym miała zapłacić pełną cenę za coś, co mogłoby nam nie smakować, byłoby mi szkoda pieniędzy. Jeśli chodzi o kosmetyki, to kupuję tylko to, czego używam, a nie co jest przecenione. 

Jeśli chodzi o jedzenie, to też są to przemyślane decyzje. U nas nic się nie marnuje. Właśnie teraz, przed wylotem do Bułgarii, ogłosiłam rodzinie, że kuchnia jest zamknięta. Musimy wyjeść wszystko, co zostało w lodówce. Plan jest prosty: schabowe, potem zupa szczawiowa, a w weekend czyścimy półki. Jak ktoś będzie głodny, zrobi się omlet. Wszystko przerabiamy na zapiekanki albo mrozimy. Nie ma opcji, żeby cokolwiek wylądowało w koszu.

Musi mieć pani w domu potężną zamrażarkę!

Właśnie nie! Mam standardową, ale za to idealnie zorganizowaną. Produkty świeże z krótką datą mam poukładane chronologicznie – to pewnie zboczenie zawodowe z pracy w handlu. Ale jeśli chodzi o produkty sypkie, mąki, kasze czy konserwy, to jestem prawdziwym preppersem.

Mam nawet wodę ponalewaną w pięciolitrowe baniaki – w razie czego najpierw się w niej umyjemy, a potem zużyjemy do toalety. Moja szafa z zapasami jest pełna: mąki, miody, syropy... Wszystko sprawdzone, z dobrą datą. Mogłabym nie robić zakupów przez pół roku i spokojnie byśmy przeżyli.

Co na to pani mąż? Nie boi się, że zamieni pani dom w magazyn?

Śmieję się, że gdybym była milionerką, to zamiast basenu wybudowałaby bunkier. Mąż wtedy mówi: "Dziękuję ci Boże, że nie jesteśmy milionerami!". On oczywiście komentuje moje zapasy, ale ja wiem swoje. Jak widzę kukurydzę w promocji "2+2 gratis", to biorę tyle, ile pozwala limit na paragonie. Mam taką wielką szafę, do której wchodzę czasem z latarką, żeby wszystko przejrzeć i poukładać. Ja tych rzeczy nie kolekcjonuję – ja je zużywam i na bieżąco uzupełniam.

Tłumaczę mężowi: "Zobacz, to się przyda". Nie daj Boże spadnie taki śnieg, że nie będzie się chciało iść do sklepu – my mamy wszystko. Zimą robimy sobie taki "chillout", że możemy nie wychodzić z domu przez kilka dni. Mamy świeże drożdże, mamy suche... Czego by dusza nie zapragnęła, wszystko jest pod ręką.

Ludzie w komentarzach bywają jednak okrutni. Zarzucają pani, że tanie jedzenie nie jest zdrowe i że przez takie oszczędzanie wyląduje pani u lekarza. Jak pani na to reaguje?

Jestem technikiem handlowcem, nie dietetykiem, ale przecież ja czytam składy! Kupując mięso mielone, pilnuję, by było to "100 proc. z szynki". Weźmy makarony: jest znana marka i ten najtańszy z marketu – często mają identyczne składy, a przepłacamy tylko za logo. 

Ostatnio, jak wystąpiłam w telewizji, to rozmawiałam z panem, który zawsze kupował najdroższe pesto, aż porównał etykiety. To marketowe miało lepszy skład. 

Tańsze jedzenie nie musi być złej jakości. W szkole uczono mnie, że ogromna część ceny to koszty marketingu i opakowania. Nasz chleb z marketu kosztuje niecałe 3 złote, a dietetycy potwierdzają, że ma świetny skład. Dla kogoś, kto liczy każdy grosz, to jest po prostu bardzo dobry wybór.

A czy ten internetowy hejt kiedykolwiek przeniósł się do realnego życia? Ktoś panią zaczepił przy kasie?

Nigdy! Wręcz przeciwnie, ludzie robili sobie ze mną zdjęcia nawet na Malcie. W szkole moich dzieci też jest świetna atmosfera. Dorośli bywają po prostu "bohaterami internetu". Nawet u nas, w Namysłowie, są osoby, które hejtują mnie na Facebooku, a na żywo uśmiechają się i są fałszywie miłe. Najgorsze jest to, że ja często doskonale wiem, co te osoby same kupują, bo przez lata pracowałam w sklepie i widziałam ich koszyki. Teraz taka osoba wypisuje, że ona to tylko najdroższą kaczkę kupuje, a ja myślę: "Dziewczyno, przecież ja wiem, jak ty żyjesz". Ten hejt służy im tylko do dowartościowania się.

Boli to panią?

Mnie to nigdy nie bolało. Znam swoją wartość, kocham siebie i co najważniejsze nikomu nie wyrządzam krzywdy. Na Facebooku bywa taki jad, że lepiej nie gadać, ale boleć – nie boli. Mam dystans. 

Proponowała pani niedawno dania komunijne w wersji oszczędnej. Co powiedziałaby pani mamie, która chce zrobić skromną uroczystość, ale panicznie boi się oceny rodziny?

Powiedziałabym jej, żeby przede wszystkim zmieniła znajomych. Ja usuwam złą energię ze swojego życia. Wolałabym spędzić komunię tylko z mężem i dzieckiem, niż zaprosić kogoś, kto będzie mnie obgadywał. Nie będę udawała osoby, którą nie jestem, tylko po to, by się przypodobać ciotce. Nie wezmę kredytu na obiad rodzinny, żeby rodzina była zadowolona. Nie pasuje ci – nie przychodź. Życie jest zbyt krótkie, by stresować się opinią innych.

Czy przez te zasady rozpadły się pani jakieś relacje?

Jeśli ktoś wnosi tylko złą energię, to nie utrzymuję z nim kontaktu. Życie jest takie krótkie: dzisiaj jesteś, jutro cię nie ma. Wolę się nie odzywać, niż ciągle kłócić.

Dalsza część wywiadu poniżej

A na czym nie oszczędza pani nigdy? Są takie rzeczy, które muszą być z górnej półki?

Na wyposażeniu domu nie uznaję kompromisów. Ale przede wszystkim nigdy nie odmawiam dzieciom. Jeśli chodzi o owoce morza, ryby czy owoce – nie ma dyskusji. Ostatnio syn zapytał o arbuza. Promocja się skończyła, ale nawet nie spojrzałam na cenę. On go lubi, więc mu go kupię. 

Jeśli chodzi o ubrania, to moi synowie są bardzo rozsądni. Czasem to my musimy ich namawiać na droższy zakup, jak porządne buty, w których potem chodzą dwa sezony.

Bardzo lubimy jeździć do Selgrosu czy Makro po świeże homary czy raki. Wtedy w ogóle nie patrzę na koszty, bo wiem, że to zjedzą i sprawia im to frajdę. Na dzieciach nie oszczędzam.

Powiedzieć dziecku: "Odłóż to, nie stać nas", to jest dla mnie najprzykrzejsza myśl.

Jeśli wygra pani 10 milionów w totolotka i będzie mogła sobie sprawić ten wymarzony bunkier, to kanał o oszczędzaniu zniknie z sieci?

Mówiłam już mężowi: będzie i bunkier, i kanał! Dalej bym nagrywała, bo co innego miałabym robić? Na pewno jeszcze więcej byśmy podróżowali, ale pasja by została. Uczę dzieci szacunku do pracy, bo nic z nieba nie spadnie – chyba że te miliony. Bunkier... to pewnie zostanie w sferze marzeń, ale kto wie?

Co by pani powiedziała ludziom, dla których używanie kuponów promocyjnych i bieganie za rabatami to wciąż "obciach"?

Że oszczędzam na zakupach, bo lubię. Przecież jeśli zaoszczędzę na jedzeniu, mogę kupić dziecku wymarzone buty za tysiąc złotych. Serce mnie boli, gdy widzę ludzi, którzy muszą wybierać między lekami a jedzeniem. I co, taka babcia ma nie skorzystać z kuponu, bo sąsiad ją wyśmieje? Ten sąsiad jej w niczym nie pomoże. Życie ma się jedno i nie zamierzam go spędzić pod niczyje dyktando.

Moja mama wciąż pyta, jak ja daję radę z tym hejtem, a ja odpowiadam, że swoją pasją oszczędzania przecież nikogo nie krzywdzę. 

A moja teściowa to w ogóle jest najlepsza. Dopinguje mnie: "Rób swoje!". Jak jedziemy do niej na święta, to sama mnie zagania: "Nagrywaj tutaj filmik, co jemy!". Ostatnio żartowała: "Schowamy mięso pod bigos, niech piszą w komentarzach, że mięsa nie było!". Takie wsparcie to skarb.

Ludzie gadali i będą gadać, a ja idę swoją drogą.