"Kultura to nie pajacowanie". Skiba wyjaśnia Mentzena ws. pieniędzy dla artystów.
"Kultura to nie pajacowanie". Skiba wyjaśnia Mentzena ws. pieniędzy dla artystów. fot. naTemat

Krzysztof Skiba nie gryzie się w język. W "Wieczorze naTemat" ostro odpowiada Sławomirowi Mentzenowi, broni artystów i kultury, a przy okazji diagnozuje polską politykę jako coraz bardziej podobną do stand-upu. – Kłamstwo lepiej się sprzedaje, bo jest proste – mówi.

REKLAMA

Krzysztof Skiba w "Wieczorze naTemat" komentuje polską politykę, w tym zachowanie i słowa Sławomira Mentzena, ale i szeroko – populizm politycznych "elit". Odnosi się do sytuacji artystów. Podkreśla, że kultury nie można mylić z pajacowaniem, a sztuki z rozrywką. Mówi też, dlaczego – jego zdaniem – politycy coraz częściej udają stand-uperów, a proste hasła wygrywają z prawdą.

W rozmowie wracamy też do największych przebojów Big Cyca: "Makumby", "Ballady o smutnym skinie", "Berlina Zachodniego" i piosenek, które po latach nadal budzą emocje. Skiba opowiada o ironii, granicach satyry oraz poprawności politycznej.

"Mentzen nie ma pojęcia"

Mentzen nie ma pojęcia o kulturze. Podejrzewam, że niestety też nie ma pojęcia o ekonomii. To, co mówi o Ukrainie czy o Unii Europejskiej, wcześniej powiedział Ławrow od Putina. On w zasadzie nawet nie mówi nic oryginalnego. Powtarza po kimś, jest takim rosyjskim megafonem – uważa Krzysztof Skiba.

Satyryk uderza też w sposób, w jaki politycy opowiadają o artystach. Jego zdaniem łatwo jest pokazać kilka znanych nazwisk z show-biznesu i wmówić ludziom, że "biedni podatnicy będą utrzymywać bogate gwiazdy". Tyle że prawdziwy problem wygląda zupełnie inaczej.

– Mentzen, jak każdy polityk, jest sponsorowany przez państwo. I to właśnie on zaczął wojnę z artystami. Powiedział, że artyści są na utrzymaniu, że domagają się emerytur i tak dalej. Wykazał kompletny brak wiedzy o kulturze. Kultura i sztuka to nie jest tylko, jak on to określił, jakieś pajacowanie – podkreśla.

"Ja nie jęczę o emeryturę. Chciałem się ująć za biednymi"

Skiba wprost odcina się od narracji, że chodzi mu o własne pieniądze. Przypomina, że od lat prowadzi firmę, płaci składki i nie walczy o siebie. Mówi o tych, których zazwyczaj nie widać: muzykach filharmonii, aktorach offowych scen, ludziach po akademiach, którzy przez lata pracują za słabe stawki i na niestabilnych umowach.

– Drodzy państwo, nie. Ja będę miał swoją emeryturę. Naprawdę ten problem emerytur nie dotyczy mnie. Ja chciałem się ująć za biednymi. Moja mama nauczyła mnie, że trzeba zawsze stawać w obronie słabszych – podkreśla.

Skiba mówi o poczuciu elementarnej przyzwoitości. O tym, że nie każdy artysta jest celebrytą z czerwonego dywanu. I o tym, że w Polsce najłatwiej wzbudzić gniew, gdy temat kultury wrzuci się do worka z nazwiskami, które same proszą się o społeczną irytację.

– Mnie chodziło na przykład o skrzypków z filharmonii. Żeby dostać się do szkoły muzycznej, akademii muzycznej, trzeba być naprawdę bardzo zdolnym. Później studiujesz pięć lat. Później jesteś skrzypkiem czy fagocistą w wielkiej filharmonii albo orkiestrze, gdzie pracujesz na śmieciówkach. Zarabiasz naprawdę marne pieniądze – tłumaczy.

Polityka jak stand-up. "Bach, bach, bach i na końcu puenta"

Najciekawsza diagnoza Skiby dotyczy jednak nie samego Mentzena, ale mechanizmu, który wyniósł takich polityków. Populizm działa, bo jest prosty. Bo nie wymaga niuansów. Bo mieści się w krótkim filmiku, ciętym zdaniu, efektownej puencie.

Kłamstwo jest lepiej opakowane. Kłamstwo się lepiej sprzedaje, bo kłamstwo jest proste. Prawda często ma różne odcienie. Prawda często nie jest prosta. Trzeba widzieć całe spektrum spraw w kontekście jakiegoś wydarzenia. A populizm opiera się na prostych hasłach, prostych sloganach – mówi Skiba.

I właśnie dlatego, jego zdaniem, politycy coraz częściej zachowują się jak stand-uperzy. Tyle że różnica jest zasadnicza: komik odpowiada za żart, polityk za państwo.

– Politycy coraz częściej mają tendencję do naśladowania artystów, na przykład stand-uperów. W telewizji sprzedają się przedstawiciele takiej czy innej partii, którzy mówią krótko i zawsze mają jakiś dowcip albo ostre sformułowanie. Dziennikarze to uwielbiają. Nie możesz mówić za długo, bo dzisiejszy widz zgubi się przy dziesiątym zdaniu. Dobrze jest mówić: bach, bach, bach i na końcu puenta – ocenia.

"Makumba" – to dziś by nie przeszło?

W rozmowie wróciły też stare utwory Big Cyca: "Ballada o smutnym skinie", "Berlin Zachodni" i "Makumba". Piosenki, które kiedyś śpiewała cała Polska, dziś czytane są przez zupełnie inne wrażliwości. Skiba nie ucieka od tego napięcia, ale broni intencji i kontekstu.

– To jest pewna stylizacja. Ale oczywiście zawsze znajdą się tacy, którzy nie mają poczucia humoru i będą tłumaczyć, że to jest biały człowiek, który nabija się z czarnoskórych. Wystarczy przeanalizować tekst. Z tekstu wynika, że jest antyrasistowski. Na końcu to jest historia miłosna, bo on zakochuje się w Polce i zakłada z Polką rodzinę – mówił o "Makumbie".

Skiba do dziś trafnie punktuje to, co najbardziej absurdalne w polityce i społeczeństwie. Można nie zgadzać się z każdą jego oceną. Można uważać, że momentami przesadza. Ale trudno odmówić mu jednego: ma słuch do polskich absurdów. A w tej rozmowie ten słuch prowadzi go do wyjątkowo mocnej puenty. Jego zdaniem, mamy już przedsionek idiokracji, a świat pęka od nadmiaru głupoty.