Rafał Trzaskowski z nietęgą miną
Nawet jeśli mamy do czynienia z "zamówieniem na Trzaskowskiego", to mowa o objawach, a nie przyczynie. Fot. Shutterstock

Najpierw Szpital Południowy, milionowe zarobki lekarzy i zignorowany sygnał od ordynatora, teraz zwolniony sygnalista z ZDM i referendum "w trybie Miszalskiego" na horyzoncie. Kalendarium afer wokół Rafała Trzaskowskiego wygląda jak ułożone przez sztab konkurencji. Tyle że nikt niczego nie musiał tu specjalnie tworzyć. Wystarczyło nie produkować konkurencji takich "smaczków" w warszawskim ratuszu.

REKLAMA

Gdyby ktoś chciał napisać scenariusz politycznego upadku prezydenta Warszawy, trudno byłoby wymyślić coś lepszego niż to, co dzieje się dziś. Najpierw afera w Szpitalu Południowym, potem czystki w zarządzie i radzie nadzorczej, a także wiadomość, że Rafał Trzaskowski wiedział o nieprawidłowościach dużo wcześniej, niż twierdził.

A na koniec, jakby ktoś naprawdę chciał dogrzać temat, kolejna historia sygnalisty – tym razem z ZDM, który dostał od Trzaskowskiego ochronę na piśmie, a i tak wyleciał z pracy. Brzmi jak fabuła napisana przez sztab wyborczy konkurencji. Tyle że przeciwnicy Trzaskowskiego po prostu korzystają z okazji, które on sam im sprokurował.

Afera w Szpitalu Południowym. Dawid Kacprzyk i 1,6 mln zł bez specjalizacji

Zacznijmy od sprawy Dawida Kacprzyka – koordynatora SOR-u w Szpitalu Południowym i radnego Koalicji Obywatelskiej, który bez specjalizacji zarządzał oddziałem ratunkowym i zarobił na dyżurach 1,6 mln zł. Na papierze, bo fizycznie nie mógł być w dwóch miejscach naraz, a na rzekomej bilokacji został przyłapany przez dziennikarza Patryka Słowika.

Pikantna polityczna otoczka musiała zachęcić media do zajęcia się tematem. Radny KO, koledzy z partii podejmowani poza kolejką i plotki o "saloniku VIP" – to wszystko zrobiło z tej historii coś więcej niż lokalny skandal kadrowy. Dziś mamy co najmniej dwa śledztwa prokuratury, kilkadziesiąt zwolnień i serię konferencji prasowych, na których prezydent Warszawy musiał się tłumaczyć z czegoś, czym – jak sam deklarował – osobiście zarządza.

Tu właśnie zaczyna się najsłabszy dla Rafała Trzaskowskiego fragment. Bo nie chodzi już o to, że w mieście pracował lekarz-milioner. Chodzi o to, że – jak wynika z doniesień medialnych – dr Emil Jędrzejewski alarmował prezydenta stolicy o nieprawidłowościach już w lipcu 2025 roku.

A Trzaskowski najpierw twierdził, że nic nie wiedział. Potem tłumaczył się, że prywatna wiadomość na komunikatorze to nie jest formalny kanał zgłoszeń. Brzmi nawet rozsądnie od strony proceduralnej, ale politycznie jest fatalne. Prezydent miasta tworzy wrażenie, że ochrona przed nieprawidłowościami zależy od tego, czy sygnał trafi na właściwy formularz, a nie od tego, czy w ogóle zaistniał...

Sygnalista z ZDM zwolniony mimo pisemnej ochrony Trzaskowskiego

I wtedy, jakby w idealnym momencie dla każdego, kto chciałby pokazać hipokryzję włodarza Warszawy, portal Stanowskiego wyciąga kolejny "kompromat".

Na światło dzienne wychodzi teraz sprawa z Zarządu Dróg Miejskich. Pracownik ZDM zgłosił podejrzenie niegospodarności, przeszedł całą formalną procedurę, w listopadzie 2025 roku dostał od samego Trzaskowskiego pisemne potwierdzenie statusu sygnalisty.

Sonda

Jak oceniasz Rafała Trzaskowskiego w roli prezydenta Warszawy?

70 odpowiedzi

A jak opisują w swoim nowym materiale Patryk Słowik i Jakub Styczyński, dwa miesiące później człowiek ten został zwolniony między innymi za pisanie skarg do władz miasta. Korespondencję, którą wysłał do prezydenckiego sekretariatu, ratusz odesłał prosto do dyrekcji jednostki, na którą się skarżył.

Co gorsza, kolejne rewelacje o tym, co dzieje się w kulisach warszawskiej władzy, wypłynęły tuż po burzliwej sesji rady miasta, na której Rafał Trzaskowski zachęcał warszawiaków do korzystania z formalnej ścieżki zgłoszeń i mówił o ochronie sygnalistów. Trudno wyobrazić sobie lepszą ilustrację rozjazdu między słowami a praktyką.

Sondaże zaufania i pytanie o zamówienie polityczne na Trzaskowskiego

Efekty ujawnienia takiego sposobu zarządzania miastem widać już w sondażach zaufania – Trzaskowski spadł do najniższego poziomu w swojej karierze, daleko za Sikorskim, Tuskiem i Kosiniak-Kamyszem. Na razie cała ta seria afer nie przekłada się jeszcze na notowania Koalicji Obywatelskiej w skali kraju, ale Polacy w kolejnych badaniach jasno wskazują, kogo obwiniają za całą sytuację.

Za to akolici Trzaskowskiego bronią go, krzycząc, że to ewidentnie zamówienie polityczne. I kiedy człowiek pracujący dla mediów, które za rozpętaniem afery stoją, rusza z organizacją referendum ws. zrzucenia prezydenta Warszawy ze stołka, takie opinie dziwić nie mogą. Kto wie, być może czas oceni ich prawdziwość.

Problem w tym, że KO i spółka, zamiast płakać o "nagonce medialnej" i politycznym wykorzystaniu sprawy, powinni pochylić się nad własnymi błędami. Opozycja korzysta z każdej z tych historii, a moment ich nagłośnienia być może jest zbyt wygodny, by uznać go za przypadek. Tyle że to jest już objaw, a nie przyczyna.

Przecież przeciwnicy polityczni nie zmuszali władz Warszawy do utrzymywania patologii w szpitalnych kadrach. Nikt za Trzaskowskiego nie zignorował też wiadomości na WhatsAppie. Nikt z konkurencji nie podpisał za niego pisma o ochronie sygnalisty, które potem wylądowało na biurku osoby, na którą sygnalista się skarżył itd. itp.

Wystarczyło robić swoją robotę, dobrze rządzić i nie dawać konkurencji pretekstów. Tyle.