
Dr Emil Jędrzejewski udzielił wstrząsającego wywiadu. Były ordynator chirurgii Warszawskiego Szpitala Południowego opisywał przerażającą skalę patologii na oddziale ratunkowym. Padły mocne oskarżenia dotyczące ukrywania zgonów, a w tle pojawiają się wielka polityka i kolesiostwo.
W naTemat pisaliśmy w tym tygodniu, że prokuratura prześwietli aferę w Warszawskim Szpitalu Południowym, ale wokół placówki znów gęstnieje atmosfera. A teraz wywiad udzielony przez sygnalistę obnaża możliwe tragiczne w skutkach decyzje i pokazuje obraz miejsca bez odpowiedniego nadzoru. Wszystko to miało doprowadzać nawet do śmierci pacjentów.
Niedoświadczony rezydent u władzy i "traktowanie ludzi jak fantomy"
Z relacji byłego ordynatora wynika, że główną rolę w dramatycznych wydarzeniach mógł odgrywać Dawid Kacprzyk. Były już członek Koalicji Obywatelskiej oraz lekarz na zaledwie pierwszym roku specjalizacji otrzymał ogromne wpływy i miał nieformalnie zarządzać warszawskim SOR-em, tworząc tam niesławny "salonik dla VIP-ów".
Młody lekarz skończył studia w czasie pandemii, kiedy "kontakt pacjentem jeden na jeden był bardzo ograniczony", bo był "głównie online". Według sygnalisty, między innymi ta zdalna edukacja mogła doprowadzać do tragedii. – Tam giną ludzie, bo ktoś się uczy – wyznał dr Emil Jędrzejewski podczas rozmowy w Kanale Zero.
Lekarz uważa, że Kacprzyk zachowywał się względem pacjetnów nieprofesjonalnie. – Traktuje ludzi jak fantomy, a jeżeli fantom się popsuł, to zmienia dokumentację, że on już był popsuty – oskarżał medyk.
W wywiadzie usłyszeliśmy również wstrząsającą historię zmarłego w szpitalnej łazience mężczyzny. Pielęgniarki miały odnaleźć zwłoki po trzech-czterech godzinach od przyjęcia. Aby "markować" i sfałszować braki w dokumentacji, zmarłemu miano wykonać pośmiertnie badanie tomografem.
Zobacz także
Zmowa milczenia i bezskuteczne błagania o pomoc
W warszawskim szpitalu personel miał wiedzieć o narastających nadużyciach. Z relacji wynika, że panowała tam jednak "zmowa milczenia" i wszyscy się bali stracić pracę i mieć zniszczoną karierę. Tymczasem pacjenci wciąż narażeni byli na niebezpieczeństwo na izbie przyjęć.
Dr Jędrzejewski postanowił jednak wziąć sprawy w swoje ręce. Chirurg interweniował bezpośrednio u dyrekcji szpitala. W rozmowie z Krzysztofem Stanowskim stwierdził, że jego raporty zostały zlekceważone. Wtedy przyszedł czas na ostateczność.
19 lipca 2025 roku ordynator wysłał wiadomość na WhatsAppie do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Apelował o pilny ratunek dla bezbronnych i natychmiastowe wyrzucenie rezydenta.
"Panie prezydencie, nie mogę milczeć. Po prostu nie mogę jako lekarz, który operował w swoim życiu ponad 40 tys. pacjentów" – napisał w wiadomości. Ratusz również zignorował to wołanie o pomoc, a sporna do dziś pozostaje kwestia, czy Trzaskowski wiedział o sytuacji w Warszawskim Szpitalu Południowym odpowiednio wcześnie.
Zemsta za ujawnienie prawdy. Ordynator sam stracił pracę
Bohater całego wywiadu zapłacił wysoką cenę za działania sygnalizatorskie, a młody rezydent długo pozostawał bezkarny. Emil Jędrzejewski twierdzi, że miało to wynikać z zażyłych relacji z władzami Warszawy. To właśnie wokół takich układów, w których uprzywilejowane elity leczą się bez kolejek, wybuchła największa burza.
Zaledwie dwa miesiące po wysłaniu apelu do prezydenta miasta, szpital rozwiązał rozwiązał umowę o pracę z tak doświadczonym chirurgiem. Dopiero po nagłośnieniu sprawy przez media w placówce ruszyły czystki kadrowe i cały zarząd został odwołany na wniosek prezydenta stolicy.
Preteksty do zwolnienia ordynatora uważane są przez niego za absurdalne. – Wymyśla mi się jakieś rzeczy typu zginęła komuś proteza – opisywał. Kolejnym rzekomo wyssanym z palca pretekstem było rzekome Kasprzyka przez ordynatora. Jędrzejewski historię tę opisuje inaczej.
"Ty mały gnojku, nie możesz mi powiedzieć w twarz i się odwracam" – miał krzyknąć dr Jędrzejewski do rezydenta przed jedną z lekarskich odpraw. Awantura miała zamknąć się wyłącznie w wulgarnej wymianie zdań bez rękoczynów.
Patryk Słowik w naTemat ostro o układach lekarzy: System wali się na naszych oczach
Patryk Słowik, dziennikarz Zero.pl, w "Rozmowie naTemat" opowiedział o kulisach sprawy Warszawskiego Szpitala Południowego, w tym gigantycznych zarobkach i "cudownych" dyżurach młodego polityka. – Okazało się, że pan Dawid ma tak wielki talent, że bywał w dwóch miejscach jednocześnie – stwierdził z ironią publicysta.
Podkreślił przy tym, że bagatelizowanie tematu jest błędem. – Mamy tylko dwa śledztwa prokuratury, trzy konferencje Donalda Tuska, cztery konferencje Rafała Trzaskowskiego, kilkadziesiąt osób zwolnionych – wyliczał Słowik, który wpadł na trop tej afery
Uważa, że największym skandalem nie jest wcale istnienie "saloniku VIP", ale partyjna legitymacja umożliwiająca omijanie kolejek do badań. Zwykli pacjenci czekają na diagnozę miesiącami, podczas gdy elity załatwiają sobie wizyty od ręki.
Dziennikarz zauważa, że politycy decydujący o kształcie publicznej opieki zdrowotnej nie muszą się nią w ogóle przejmować, ponieważ dla nich ten system po prostu działa bez zarzutu. Zostali po prostu całkowicie odklejeni od realiów przeciętnego obywatela.
Słowik przestrzega jednocześnie przed nagonką na całe środowisko lekarskie, podkreślając, że winny jest brak reform i układy. – My idziemy po prostu w przepaść i tego nie zmieniamy – podsumował.
Trzaskowski zareagował na wywiad. Będzie wniosek do prokuratury
Rafał Trzaskowski przed północą, czyli niedługo po publikacji materiału w Kanale Zero, odniósł się do sprawy. Chce dokładnego prześwietlenia okresu, gdy obaj medycy pracowali w strukturach Warszawskiego Szpitala Południowego.
"Zwrócę się jutro (24 czerwca - red.) z wnioskiem do Prokuratora Generalnego o pilne podjęcie przez prokuraturę stosownych czynności wyjaśniających" – zadeklarował polityk. Służby będą musiały więc teraz ustalić, ile prawdy kryje się w relacji byłego ordynatora chirurgii.






