Uczeń rozwiązuje tekst, obok arkusz maturalny z języka polskiego
Co wyniki egzaminu maturalnego mówią o poziomie wiedzy polskich uczniów? Photo by Ben Mullins on Unsplash / Shutterstock

ChatGPT rozwiązuje arkusze maturalne w kilkanaście sekund. Czy w erze sztucznej inteligencji tradycyjny egzamin dojrzałości ma jeszcze jakikolwiek sens? – Uznanie, że matura przestała być potrzebna, to nieporozumienie. Gdybyśmy poszli tą drogą, szkoły opuszczaliby ludzie całkowicie bezbronni wobec technologii – ostrzega dr hab. Maciej Jakubowski, ekonomista, socjolog, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych – Państwowego Instytutu Badawczego.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Maturę można zdać, zdobywając zaledwie 30 proc. punktów z egzaminów obowiązkowych. Co z perspektywy badacza mówi taki wynik? Jakie kompetencje powinien potwierdzać?  

dr hab. Maciej Jakubowski, dyrektor IBE PIB: Paradoksalnie, na to pytanie nie da się dziś precyzyjnie odpowiedzieć. Oczywiście na podstawie zadań z danego roku możemy próbować wnioskować, jakie umiejętności uczeń musiał posiadać, aby uzyskać taki wynik. 

System powinien być jednak skonstruowany inaczej. Progi zdawalności na maturze powinny nieść ze sobą konkretną informację. Wynik oznaczający zdanie egzaminu powinien być łatwy do interpretacji – jasno wskazywać, co dany absolwent faktycznie potrafi z matematyki czy języka polskiego. Na razie tego nie mamy. Wiemy jedynie, że ktoś "zdał na 30 procent".

Właśnie. Młody człowiek cieszy się, że zdał maturę, bo "ma 30 proc.". Czy ten próg nie daje uczniom złudnego poczucia sukcesu? W końcu otwierają się przed nimi drzwi na uczelnie. 

Pamiętajmy, że matura nie jest jedynym osiągnięciem tego młodego człowieka na jego ścieżce edukacyjnej. Wcześniej przez wiele lat musiał się uczyć, zaliczać kolejne przedmioty, zdać egzamin ósmoklasisty. Matura nie jest więc jedynym sprawdzianem ani jedyną informacją o jego wiedzy. Niemniej jednak wracamy do punktu wyjścia: z samego wyniku na poziomie 30 proc. nie dowiadujemy się zbyt wiele.

Dobrze skonstruowane egzaminy powinny mieć określone progi, które niosą za sobą jasny komunikat: wynik 30 proc. oznacza, że uczeń posiada określone podstawowe kompetencje, a wynik 60 proc. – że opanował kolejne, bardziej zaawansowane umiejętności. To jest możliwe do zrobienia. Właśnie w tym kierunku planujemy zmieniać egzaminy w przyszłości.

Powie pan coś więcej na ten temat?

Mówimy tu o zmianach, które wejdą w życie dopiero w 2031 roku, więc jest to dość odległa perspektywa. Już teraz trwają jednak dyskusje, w których Instytut Badań Edukacyjnych - Państwowy Instytut Badawczy uczestniczy wspólnie z Ministerstwem Edukacji Narodowej oraz Centralną Komisją Egzaminacyjną. Zastanawiamy się, jak te nowe rozwiązania miałyby wyglądać. Jako zaplecze eksperckie aktywnie wspieramy ten proces.

Spójrzmy na tegoroczne wyniki. Maturę zdało 81,1 proc. maturzystów. Średnia z języka polskiego i matematyki na poziomie podstawowym to 59 proc. Z rozszerzeniami bywa dużo słabiej: matematyka to 37 proc., informatyka – 40 proc. Język angielski tradycyjnie poszedł najlepiej (78 proc. na poziomie podstawowym)  Jak właściwie interpretować te liczby? Co one mówią o kondycji polskiej szkoły?

To, że w danym roku średni wynik jest wyższy lub niższy, może oznaczać tylko dwie rzeczy. Po pierwsze – sam egzamin był np. łatwiejszy, dlatego wyniki są wyższe. Po drugie – i to jest informacja, na której najbardziej by nam zależało – dany rocznik rzeczywiście ma wyższe lub niższe kompetencje.

Niestety, polskie egzaminy nie są obecnie tak standaryzowane, aby mogły udzielić nam jednoznacznej odpowiedzi na to najważniejsze pytanie.

Rozumiem. Skoro mowa o diagnozach, wiem, że czekają państwo na najnowsze wyniki badania PISA. Nasi piętnastolatkowie od lat plasują się w nim w ścisłej czołówce. Jak więc wytłumaczyć to, co dzieje się kilka lat później? Skoro polska młodzież tak dobrze radzi sobie z myśleniem matematycznym, logicznym rozumowaniem i wyciąganiem wniosków, dlaczego na maturze rozszerzonej z matematyki średni wynik wynosi zaledwie 37 proc.? Czy system gdzieś po drodze gubi ich potencjał, czy może porównuję dwie zupełnie różne grupy uczniów? 

Zdecydowanie można, a nawet trzeba łączyć te kwestie. Wyniki badań międzynarodowych dają nam bardzo dobrą wiedzę diagnostyczną. Kluczowe jest jednak to, jak te narzędzia działają. Zarówno PISA, jak i badania PIRLS czy TIMSS, które przeprowadzamy w czwartych klasach szkoły podstawowej, opierają się na bardzo precyzyjnych, wystandaryzowanych skalach. Pokazują one dokładnie, jaki odsetek uczniów znajduje się na konkretnym poziomie umiejętności.

To, że Polska osiąga wysoką średnią – wyższą niż wiele krajów europejskich – nie oznacza automatycznie, że wszyscy nasi uczniowie prezentują satysfakcjonujący poziom. Spora część młodzieży nadal znajduje się poniżej tzw. drugiego poziomu, który uznaje się za absolutne minimum pozwalające na dalszą naukę i sprawne funkcjonowanie we współczesnym społeczeństwie.

W badaniach międzynarodowych przede wszystkim porównujemy się z innymi krajami. I rzeczywiście, pod tym względem polski system edukacji wypada znacznie lepiej niż większość systemów w Europie. Nie oznacza to jednak, że jest tak dobry, jak byśmy chcieli – nadal daleko nam do krajów Azji Wschodniej, które wyraźnie dominują w tych zestawieniach.

dr hab. Maciej Jakubowski

ekonomista, socjolog, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych

A jak to się ma do matury? Na słabe wyniki egzaminów rozszerzających składa się kilka czynników. Po pierwsze – jak już wspominałem – wartość diagnostyczna polskiego egzaminu maturalnego jest niska. Wiemy jedynie, czy uczeń poradził sobie z konkretnym zadaniem, ale niewiele mówi nam to o jego szerszych kompetencjach. Po drugie, sam próg zdawalności na poziomie podstawowym jest ustawiony tak nisko, że zdanie matury nie wymaga od uczniów szczególnie wysokich umiejętności.

A co pana zdaniem odróżnia uczniów, którzy osiągają bardzo dobre wyniki, od tych, którzy zatrzymują się na przeciętnym poziomie? 

Przygotowanie do matury to także kwestia techniki – zdawania egzaminów po prostu trzeba się nauczyć. Warto poznać zasady zarządzania czasem, przećwiczyć różne typy zadań i dokładnie analizować arkusze z poprzednich lat. To jeden z najskuteczniejszych sposobów przygotowania.

Jednak tym, co naprawdę odróżnia osoby osiągające bardzo dobre wyniki od tych, które wypadają przeciętnie, jest sposób pracy z materiałem. Nie wystarczy rozwiązać zadanie, sprawdzić odpowiedź i przejść dalej. Trzeba zastanowić się, czego dane zadanie uczy, jakie umiejętności sprawdza i co jeszcze wymaga dopracowania.

Wielu uczniów podchodzi do nauki zbyt automatycznie. Tymczasem umiejętność krytycznej oceny własnych postępów i świadomego planowania nauki przydaje się nie tylko na maturze, ale również później – na studiach i w życiu zawodowym.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

ChatGPT jest dziś w stanie rozwiązać większość arkuszy maturalnych w kilkanaście sekund i uzyskać bardzo wysoki wynik. Co to mówi o obecnej formule egzaminu? 

Matura sprawdza wiedzę ogólną – taką, którą dobrze wykształcony człowiek powinien posiadać, i to nie tylko na poziomie podstawowym. Trudno więc oczekiwać, żeby sztuczna inteligencja, bazująca na ogromnych zasobach informacji stworzonych przez ludzi, nie potrafiła sobie z takim egzaminem poradzić.

Rozwiązania tych zadań są dostępne w sieci. Internet zawiera ogromną ilość informacji na każdy z tych tematów, więc AI bez większego problemu potrafi wygenerować poprawne odpowiedzi.

Nieporozumieniem byłoby jednak wyciąganie z tego wniosku, że skoro sztuczna inteligencja zdaje maturę, to sam egzamin przestał mieć sens. To prowadziłoby do przekonania, że tej wiedzy i tych umiejętności w ogóle nie trzeba już zdobywać.

Gdybyśmy poszli tą drogą, szkoły opuszczaliby ludzie całkowicie bezbronni wobec technologii – niezdolni do krytycznej oceny tego, co podsuwa im algorytm. Byliby jedynie biernymi odbiorcami gotowych rozwiązań. Trzeba pamiętać, że sztuczna inteligencja sama z siebie niczego nie tworzy – przetwarza wiedzę i treści wytworzone wcześniej przez ludzi.

Żeby korzystać z AI skutecznie i odpowiedzialnie, trzeba mieć dobrze opanowane podstawy oraz solidną wiedzę w konkretnej dziedzinie. Dopiero wtedy można wykorzystywać to narzędzie świadomie i krytycznie – właściwie formułować pytania oraz oceniać otrzymywane odpowiedzi. Bez takiego edukacyjnego fundamentu nie będziemy umieć w pełni wykorzystać możliwości tej technologii.

Jakie kompetencje – pańskim zdaniem – będą najcenniejsze na rynku pracy za 10–15 lat?

Zdecydowanie te fundamentalne, które już dziś staramy się mierzyć na maturze: rozumowanie matematyczne, czytanie ze zrozumieniem, interpretacja tekstów i umiejętność pracy z nimi. To one nadal będą kluczowe.

Oczywiście sztuczna inteligencja świetnie radzi sobie z tego typu zadaniami, ale człowiek wyposażony w dobrze rozwinięte kompetencje analityczne i umiejętność krytycznego myślenia potrafi wykorzystać jej możliwości znacznie lepiej. Nie chodzi o bezrefleksyjne przyjmowanie odpowiedzi, lecz o ich ocenę, rozwijanie i twórcze wykorzystanie.

Z badań wynika jednak niepokojący trend. Większość uczniów korzysta dziś ze sztucznej inteligencji na skróty. Mają do zrobienia zadanie, proszą algorytm o odpowiedź i na tym kończą. Nie próbują zrozumieć problemu, nie pogłębiają tematu, nie zadają dodatkowych pytań. To jedno z największych wyzwań dla współczesnej szkoły: przekonać młodych ludzi, że nadal muszą zdobywać wiedzę i samodzielnie myśleć, jeśli chcą odnaleźć się w świecie zdominowanym przez AI.

Nie obawia się pan, że w ten sposób doprowadzimy do wzrostu analfabetyzmu funkcjonalnego?

Bardzo się tego obawiam. Coraz częściej obserwuję – zarówno wśród uczniów, jak i studentów – że sięgają po te narzędzia przy rozwiązywaniu każdego, nawet najdrobniejszego problemu.

W szkole czy na uczelni często jeszcze to wystarcza. Jednak w życiu zawodowym problemy są znacznie bardziej złożone. Świat będzie coraz wyraźniej dzielił się na tych, którzy mają solidne podstawy i potrafią stale rozwijać swoją wiedzę, oraz na tych, którzy takich kompetencji nie zbudowali.

Osoby z mocnym fundamentem będą umieć wykorzystywać sztuczną inteligencję w sposób, który znacząco zwiększy ich produktywność i otworzy przed nimi zupełnie nowe możliwości. Już dziś to obserwujemy. Natomiast ludzie pozbawieni podstawowej wiedzy przedmiotowej nie będą umieli ani krytycznie ocenić podpowiedzi algorytmu, ani twórczo ich wykorzystać. Bez solidnych podstaw po prostu się to nie uda.

Dlatego uważam, że w przyszłości przewagę zyskają ci, którzy przez całe życie rozwijają swoją wiedzę i kompetencje. Ci natomiast, którzy poprzestaną na absolutnym minimum, będą znacznie bardziej narażeni na zastępowanie przez sztuczną inteligencję.

Na ile wyniki matur są dziś realnym wskaźnikiem przygotowania młodego człowieka do wejścia na rynek pracy? Czy pracodawców w ogóle interesuje to, jak komu poszedł ten egzamin? A może matura i rynek pracy funkcjonują dziś zupełnie niezależnie od siebie?

Dyplom ukończenia szkoły, a później także uczelni wyższej, wciąż ma dużą wartość. Badania rynku pracy jednoznacznie pokazują, że tzw. premia za wykształcenie nadal istnieje. Pracodawcy cenią umiejętności, które kształtuje system edukacji.

Kiedy jednak pytamy o to wprost – zarówno pracodawców, jak i samych pracowników – często słyszymy, że wiedza zdobyta w szkole do niczego im się nie przydała. To złudzenie. Nie zawsze dostrzegamy, jak duże znaczenie mają kompetencje wyniesione ze szkoły. To właśnie one sprawiają, że jesteśmy w stanie szybko opanować wiedzę potrzebną w konkretnym zawodzie, uczyć się nowych rzeczy czy nawet całkowicie się przekwalifikować.

Badania pokazują jednoznacznie: im wyższe kompetencje bazowe, tym wyższe zarobki i lepsza pozycja na rynku pracy. Takie osoby są bardziej elastyczne i łatwiej odnajdują się w zmieniającej się rzeczywistości.

Czyli zależność między sukcesem edukacyjnym a sukcesem zawodowym wcale nie osłabła?

Nie, ona po prostu się zmieniła. Kiedyś liczył się przede wszystkim sam dyplom – "papier" był główną miarą sukcesu. Dziś sam dokument nie ma już takiego znaczenia, choćby dlatego, że znacznie więcej osób kończy studia.

Pracodawcy oczywiście uwzględniają wykształcenie przy zatrudnianiu i na początku kariery często wiąże się ono z wyższym wynagrodzeniem. W dłuższej perspektywie o sukcesie zawodowym decyduje jednak przede wszystkim to, jak szybko potrafimy się uczyć, adaptować do zmian i rozwijać swoje kompetencje.

To właśnie te fundamentalne umiejętności sprawiają, że dwie osoby z tym samym dyplomem mogą po kilku latach znaleźć się w zawodowo zupełnie innym miejscu.