
Polskie uczelnie promują podróże w czasie i archeologię stosowaną. W 2026 roku, gdy dokumenty podpisujemy telefonem, urzędy przenoszą usługi do aplikacji, a sztuczna inteligencja wywraca naukę do góry nogami, studenci wciąż są zmuszani do nagrywania prac dyplomowych na płyty CD. Jednocześnie akademicy roszczą sobie prawo do oceny tego, co jest AI, a co AI nie jest. Trudno chyba o lepszy symbol tego, jak bardzo część szkolnictwa wyższego rozmija się z rzeczywistością XXI wieku.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy dowiedziałem się niedawno, że polskie uczelnie wciąż posługują się bardzo zaawansowanym i "świeżym" systemem archiwizacji danych, który polega na łączeniu technologii z około XXVIII wieku p.n.e. (papieru, formalnie mam na myśli papirus) z "next-gen", ultra nowoczesną płytą CD z lat 80.
Otóż wygląda na to, że praktyka wymagania od studentów składania pracy magisterskiej, licencjackiej, inżynierskiej, a także – o zgrozo! – prac doktorskich, w formie "cyfrowej", tj. zgranej na płytę CD i w papierowej jest standardem. Nie będę tutaj robił złej prasy uczelniom, które działają w takim systemie, ale wiem w tej chwili o przynajmniej sześciu takich podmiotach, pięciu z Krakowa, jednym z Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej.
Sprawdzając szybko fora internetowe, zaczynam się zastanawiać, czy taka sytuacja nie jest jednak standardem. Przydałaby się jakaś analiza w tym zakresie.
Polskie uczelnie są jak muzeum inżynierii i techniki
Jest to oczywisty skandal i brak dostosowania do standardów XXI wieku, jakich pełno w naszej drogiej edukacji. Zastanawiając się nad tą kwestią, starałem się przywołać pamięcią, jak wiele osób, które znam, dysponuje możliwością nagrania płyty CD. Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że nie tylko nie znam chyba nikogo, kto dysponuje napędem optycznym w jednostce roboczej, ale też coraz więcej osób decyduje się na maksymalnie odchudzone urządzenia, np. chromebooki, czy kompaktowe laptopo-tablety.
Tak naprawdę z obecnej perspektywy technologicznej płyta CD niewiele różni się od napędu VHS. Różnica polega na tym, że na szczęście punkty ksero wciąż udostępniają możliwość nagrania nośników CD, a VHS (przeważnie) już nie.
Ale spokojnie, na szczęście nasze uczelnie dysponują niezwykle zaawansowanymi komputerami nabytymi np. 15 lat temu, które doskonale radzą sobie z takimi zadaniami jak wypalenie płyty. Gorzej, kiedy chcemy na nich uruchomić Google Chrome, bo wtedy możemy napotkać spore przeszkody, w postaci, nie wiem, braku wystarczającej ilości pamięci RAM, czy nagłej niewydolności procesora.
Uogólniam i szydzę, nie ukrywam tego. Ale naprawdę jest to dość niepoważne. Szczególnie że część uczelni wymaga od studentów nie tylko wypalania płyt CD, ale także drukowania prac w bardziej kompaktowy sposób, tj. upychając cztery strony na jednym arkuszu, by zajęły mniej miejsca w archiwum. Wygląda to imponująco, niezwykle czytelnie i wcale nie męczy wzroku, gdy chce się sprawdzić, co w trawie piszczy.
Jesteśmy w końcu bardzo nowoczesnym narodem, płacimy BLIK-ami, mamy te wszystkie mObywatelowe sztuczki, szczycimy się e-dowodami, jakdojadami i wyszydzamy tych przestarzałych Niemców, którzy wciąż gotówką płacą.
Uczelnie nie potrafią w cyfryzację, ale za to świetnie sobie radzą z AI i polowaniami na czarownice
Jest to wszystko o tyle absurdalne, że jak podawał Forsal.pl w zeszłym tygodniu, w okresie obron magisterskich mamy do czynienia z kryzysem proceduralnym spowodowanym AI. Uczelnie najwyraźniej nie potrafią poradzić sobie z cyfryzacją (mój wniosek), ale za to (przy zastosowaniu JSA, Jednolitego Systemu Antyplagiatowego) oskarżają studentów o wykorzystywanie sztucznej inteligencji i blokują ich prace (zabieg opisany na łamach portalu).
Jest to zresztą kompletnym absurdem, gdyż algorytmy nie mają zdolności bezwzględnego rozpoznania, czy dany tekst jest wygenerowany w AI. Z doświadczenia dodam, że zgłaszali się do mnie studenci, którzy pisząc prace, osobiście szukali osoby "doświadczonej contentowo", która pomoże im w ich humanizacji (w ramach dozwolonej pomocy, konkretniej: korekty stylistycznej).
Dodam, że prośby humanizacji dotyczyły prac pisanych ewidentnie przez ludzi, bo pełnych błędów, kalek językowych, nietypowych dla AI zabiegów stylistycznych. Problemem w ich przypadku była precyzja i struktura, która sprawiała, że algorytmy wykrywające AI potrafiły pokazać wyniki bliskie 100 proc.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
By było jeszcze zabawniej, poszczególne LLM-y stosują subtelnie różne od siebie języki i są takie, które na wykrywacze AI są nieszczególnie podatne. Ot ciekawostka. Efekt jest taki, że jeśli komuś będzie bardzo zależało na ominięciu wykrywaczy AI, przełączy się na odpowiedni model i oszuka całą tę fasadę piętnastominutowym researchem i wykorzystaniem publicznego modelu.
Naprawdę kusi mnie, by publicznie powiedzieć, którego konkretnie, ale to nie wchodzi w grę. Wykorzystywania AI w przypadku prac naukowych decydujących o dyplomie (i często uprawnieniach zawodowych) nie popieram, a szczególnie tej ordynarnej i mającej przede wszystkim na celu zafałszowanie rzeczywistych kompetencji.
Dobijając jednak do brzegu (i dobijając samego siebie) dodam jednak, że w praktyce nikt nie ma jasnej odpowiedzi na to, jak poradzić sobie z AI-slopem i w nauce, w rzeczywistości i w contencie internetowym. Uczelnie nie są pod tym względem osamotnione, ale niech przynajmniej przestaną udawać, że wiedzą, o co chodzi.
A jak to powinno wyglądać? Garść irytującej prywaty
Wracając jednak do płyt CD. Nie jest tak, że uczelnie mają z góry narzuconą konieczność tworzenia archiwów, które się o nie opierają. Przykład znam z autopsji, bo moja uczelnia z tak dziwnych pomysłów zrezygnowała dawno temu. Nie wiem, czy sytuacja dotyczy każdego wydziału Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale w przypadku Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej (bardzo dźwięczny i wdzięczny skrótowiec: WZiKS), a konkretniej Instytutu Psychologii Stosowanej, takiego skansenu nie doświadczyłem. Podobnie jak wielu innych rozwiązań rodem z epoki parowozów, ale o tym może innym razem.
Co więcej, uniwersytet nie wymagał ode mnie przekazania mu fizycznej kopii pracy (bo i w sumie po co). A sam fakt posiadania fizycznej kopii nie był w żaden sposób sprawdzany w trakcie obrony. Nie wiem nawet, czy na UJ istnieje formalny wymóg posiadania takiej wersji pracy, ale pewnie nie, bo przecież możliwa jest też obrona zdalna (rzadko i w konkretnych sytuacjach) albo przynajmniej była, kiedy się broniłem, choć ja z tego nie skorzystałem. Co do pracy magisterskiej, wydrukowałem ją, oprawiłem, przyniosłem na "ostatni dzień na uczelni" i po powrocie do domu odstawiłem na półkę, by jej nigdy więcej nie otworzyć.
Otworzyć w kontekście fizycznym, bo wszystkie informacje na jej temat mam i we własnych plikach, i na stronie UJ, i w paru innych systemach. Przecież i tak nie będę szukać informacji w wersji papierowej. Ale sama oprawa wygląda dość ładnie.






