Trump sprowadzi do Polski drożyznę? Marek Tatała o populizmie, inflacji, PKB i Ukraińcach. Zobacz "Wieczór naTemat".
Trump sprowadzi do Polski drożyznę? Marek Tatała o populizmie, inflacji, PKB i Ukraińcach. Zobacz "Wieczór naTemat". fot. naTemat

Antyukraińskie hasła mogą dobrze działać w kampanii wyborczej, ale gospodarczo są dla Polski strzałem w stopę – przekonuje Marek Tatała. Ekonomista w "Wieczorze naTemat" mówił też o kosztownych dopłatach do paliw, monopolu BIK i niejasnościach przy udzielaniu kredytów oraz opłacie, za którą ostatecznie zapłacą kupujący telefony i komputery.

REKLAMA

Sytuacja na Bliskim Wschodzie ponownie staje się coraz bardziej napięta, a nieprzewidywalne decyzje Donalda Trumpa mogą uderzyć również w portfele Polaków. Rosnące ceny ropy i gazu rodzą pytanie, czy najbliższe miesiące przyniosą kolejny powrót drożyzny? Gościem "Wieczoru naTemat" był Marek Tatała, ekonomista i prezes Fundacji Wolności Gospodarczej.

W rozmowie z Pawłem Orlikowskim nie unikał ostrych ocen. Jego zdaniem Polska weszła w niebezpieczny okres, w którym politycy coraz chętniej ścigają się na obietnice, rozdawnictwo i antyimigranckie emocje. Tymczasem stan finansów publicznych wymaga ostrożności, a sytuacja demograficzna sprawia, że bez pracowników z zagranicy rozwój kraju będzie coraz trudniejszy.

Antyukraiński klimat może nas słono kosztować 

Najmocniej wybrzmiał wątek Ukraińców pracujących w Polsce. Marek Tatała podkreślił, że debata publiczna coraz częściej odrywa się od danych, a politycy największych partii pozwalają, by ton nadawała głośna, radykalna mniejszość.

– Badania pokazują, że w latach 2021–2023 nawet jedna piąta wzrostu gospodarczego mogła wynikać z pracy imigrantów z Ukrainy. Z kolei badania Deloitte i agendy ONZ ds. uchodźców pokazują, że tylko Ukraińcy w samym 2024 roku odpowiadali za 2,7 proc. naszego PKB, czyli prawie 100 mld zł – mówił.

Ekonomista przypomniał przy tym doświadczenia Polaków w Wielkiej Brytanii. Tam również powtarzano, że przybysze zabierają pracę, obniżają płace i nadmiernie korzystają z systemu socjalnego. Badania tego nie potwierdzały, lecz emocjonalna narracja stała się jednym z paliw Brexitu.

– To bardzo szkodliwe dla polskiej polityki, że mamy licytację na antyukraińskość. Ta społeczność jest ważnym czynnikiem wzrostu gospodarczego, rozwoju naszej gospodarki i rynku pracy. Powinniśmy raczej myśleć, co zrobić, żeby osoby z Ukrainy chciały tu zostać na stałe i w ten sposób łagodziły naszą słabą sytuację demograficzną – przekonywał Tatała.

Zmowa w bankowości?

Kolejnym mocnym fragmentem rozmowy była sprawa Biura Informacji Kredytowej. UOKiK bada, czy częste pytania o kredyt mogły obniżać scoring klienta. Marek Tatała uważa, że pokazuje to słabość prywatnego monopolisty i potrzebę dopuszczenia konkurencji na rynku informacji kredytowej.

Ekonomista użył obrazowego porównania. Wyobraźmy sobie, że za samo zapytanie w porównywarce cen – produkt, który chcemy kupić staje się droższy lub mniej dostępny. Taki właśnie jest absurd z utrudnianiem udzielania kredytów przez "zbyt wiele zapytań" w BIK. To wyjaśnić ma postępowanie. Warto dodać, że BIK to nie jest państwowa instytucja tylko prywatny podmiot.

– Może dochodzić do tak kuriozalnych sytuacji jak karanie ludzi za to, że zbyt często pytają o cenę kredytu. To jest karanie klienta za świadomość, porównywanie ofert i próbę wyboru najlepszej z nich – podkreśla Tatała.

Jak dodaje, największym problemem jest monopol. Scoring BIK to trochę czarna skrzynka, o której nie do końca wiemy, jak działa. Na świecie skutecznie funkcjonują modele, gdzie na rynku informacji kredytowej działa kilka podmiotów, stosujących różne systemy oceny. Klient ma szanse na wybór najlepszej opcji, w Polsce jesteśmy tego pozbawieni.

Rozwiązanie problemu wymagałoby zmiany ustawy i dopuszczenia innych podmiotów. Obecnie działający system został skonstruowany pod koniec lat 90., gdy system finansowy w Polsce znacząco odbiegał od obecnego. Zdaniem ekonomisty, obecne zamieszanie wokół BIK i tego, czy stosował nieuczciwe praktyki to idealny moment, by sprawą zajęli się również politycy.

Opłata, za którą zapłacą klienci

Ekonomista ostro skrytykował również rozszerzenie opłaty reprograficznej na telefony i komputery. Według niego nie ma danych potwierdzających, że użytkownicy masowo kopiują na tych urządzeniach utwory w ramach dozwolonego użytku.

Przypomnijmy, Ministerstwo Kultury rozporządzeniem, bez większych konsultacji i tuż przed majówką wprowadziło dodatkową opłatę. Pieniądze, poprzez organizacje zbiorowego zarządzania, mają trafiąc w ręce artystów.

– Ministerstwo twierdzi, że takie kopiowanie było wręcz masowe. Zapytałem w trybie dostępu do informacji publicznej o jakiekolwiek dane i ministerstwo ich nie posiada. Wprowadziło więc zmianę na podstawie własnego widzimisię, a nie danych – stwierdził.

Marek Tatała nie ma wątpliwości, że producenci i sprzedawcy przerzucą koszt na klientów. W efekcie za rozwiązanie wywalczone przez wąską grupę interesu zapłacą wszyscy kupujący sprzęt.

Budżet nie udźwignie każdej obietnicy

Ekonomista ostrzegł też, że kondycja polskich finansów publicznych pozostawia coraz mniej miejsca na kolejne kosztowne programy i przedwyborcze prezenty. Polska ma już szóste najwyższe wydatki publiczne w relacji do PKB w Unii Europejskiej i wyprzedziła pod tym względem wszystkie kraje skandynawskie.

Tatała przekonywał, że świadczenia powinny trafiać przede wszystkim do osób rzeczywiście potrzebujących, dlatego programy takie jak 800 plus należałoby objąć progami dochodowymi. Automatyczna weryfikacja dochodów pozwoliłaby ograniczyć wydatki bez likwidowania samej pomocy, a zaoszczędzone środki mogłyby zostać przeznaczone na bezpieczeństwo, ochronę zdrowia lub usprawnienie sądów.

Rachunek za populizm

Z rozmowy z Markiem Tatałą wyłania się więc jasne ostrzeżenie: politycy mogą obiecywać tańsze paliwo, nowe świadczenia, przywileje dla kolejnych grup i ochronę przed zagraniczną konkurencją, ale rachunek ostatecznie zawsze płacą obywatele – w podatkach, wyższych cenach lub słabszym wzroście gospodarczym.

Polska nadal ma szansę rozwijać się szybciej niż większość Europy, jednak wymaga to stabilnych finansów, otwartego rynku pracy, większej konkurencji i państwa, które wydaje pieniądze sprawnie, zamiast ulegać kolejnym grupom interesu.