
Gdy słucha się deklaracji Ministerstwa Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, można ulec złudzeniu, że Polska wreszcie staje się bezwzględnym terytorium dla pijanych kierowców. A potem przychodzi szara rzeczywistość, czyli obywatelskie zatrzymanie kierowcy z 2,7 promilami i decyzja prokuratury, która po prostu puszcza go wolno.
Scenariusz z soboty 18 lipca wyglądał jak fragment sensacyjnego filmu, choć stawką było ludzkie życie. Na autostradzie A1 pod Częstochową kierowcy dostrzegają Audi, którego styl jazdy jednoznacznie wskazuje, że za kółkiem siedzi osoba będąca śmiertelnym zagrożeniem. Z ich relacji wynika, że kierowca miał jechać szybko, zjeżdżać z pasa, slalomem omijać inne auta, a podróż zakończyć dopiero po wjechaniu w prawidłowo jadącą ciężarówkę. Chciał też zamienić się z pasażerem miejscami, by uniknąć odpowiedzialności. Inni uczestnicy ruchu wykazują się godną podziwu postawą i dokonują zatrzymania obywatelskiego.
Na miejsce przyjeżdża policja i bada stan trzeźwości 37-latka. Bilans jest porażający: blisko 2,7 promila alkoholu w wydychanym powietrzu, dwa aktywne sądowe zakazy prowadzenia pojazdów i na deser cofnięte uprawnienia do kierowania decyzją starosty. To książkowy wręcz przykład drogowego bandyty, w którego wymiar sprawiedliwości miał uderzać z pełną mocą. A co robi prokuratura, gdy obywatele podają jej przestępcę na tacy?
Prokurator pełniąca dyżur – znajdująca się pod nadzorem Zastępcy Prokuratora Rejonowego w Lublińcu – uznała, że nie ma potrzeby stawiania zarzutów od ręki ani stosowania jakichkolwiek środków zapobiegawczych. Mężczyzna po prostu przespał się w policyjnym areszcie, spakował swoje rzeczy i... poszedł do domu.
Zatrzymanie obywatelskie pijanego kierowcy na A1. Prokuratura się pogrążyła
To sytuacja wręcz absurdalna. Niby rząd bierze na cel recydywistów z zakazami prowadzenia, a Waldemar Żurek jeszcze niedawno głośno zapowiadał, że "nie da żyć" m.in. kierowcom siadającym za kółkiem po pijanemu. Wydawano specjalne wytyczne dla prokuratorów, rozmawiano o konfiskatach aut i wnioskowaniu o bezwzględne areszty.
Zobacz także
Tymczasem na poziomie Polski powiatowej okazuje się, że prokurator w starciu z człowiekiem, który mając 2,7 promila i dwa zakazy pędził autostradą, rozkłada ręce i nie widzi podstaw do zdecydowanego działania.
Dla obywateli to jasny sygnał: wasze bohaterstwo i ryzyko podjęte na autostradzie nic nie znaczą. Reagujecie, narażacie się, po czym państwo wypuszcza zagrożenie na wolność w kilkanaście godzin. Dla drogowych recydywistów to również sygnał, że sądowe zakazy to tylko papierowe deklaracje, a prokuratura i tak nie zastosuje wobec nich dolegliwych środków, o ile spawa nie stanie się głośna.
Pijany kierowca z A1 nie usłyszał zarzutów. Waldemar Żurek reaguje
Trzeba oddać Prokuratorowi Generalnemu, że po wybuchu medialnego skandalu reakcja była natychmiastowa. Waldemar Żurek nakazał prokuratorowi krajowemu Dariuszowi Kornelukowi podjęcie działań. Została "podjęta decyzja o odwołaniu zastępcy prokuratora rejonowego w Lublińcu, do którego obowiązków należało sprawowanie nadzoru nad czynnościami prokuratorów pełniących dyżury zdarzeniowe w tej jednostce". Ponadto sprawa zostanie przekazana do Prokuratury Okręgowej w Częstochowie. Wszczęto też postępowanie służbowe wobec prokurator pełniącej dyżur 18 lipca.
To cieszy, ale jednocześnie obnaża głęboki kryzys systemowy. Czy w tym państwie prawo i bezpieczeństwo mają działać dopiero wtedy, gdy o sprawie napiszą największe portale informacyjne w kraju? Nie da się zarządzać bezpieczeństwem drogowym za pomocą konferencji prasowych i ręcznego sterowania z poziomu ministerstwa. Jeśli na samym dole machina urzędniczo-prokuratorska działa nawykowo, leniwie i bez poczucia odpowiedzialności, to nawet najsurowsze wytyczne Prokuratora Generalnego pozostaną jedynie pustym sloganem, który można włożyć między bajki.
Obywatele zrobili swoje – powstrzymali potencjalną tragedię. Czas, aby prokuratura zaczęła w końcu działać tak, jak od lat obiecuje to każda kolejna władza.






