
Jarosław Kaczyński przestaje kontrolować własną partię, Mateusz Morawiecki buduje niezależne zaplecze, a politycy PiS coraz odważniej sprawdzają, ile naprawdę znaczy dziś słowo prezesa. Mirosław Oczkoś mówi w naTemat, że lider prawicy znalazł się w pułapce. Jeśli ukarze buntowników, może doprowadzić do rozłamu, a jeśli się cofnie, pokaże, że jego polityczna siła jest już tylko wspomnieniem.
To miał być pokaz dyscypliny, ale może stać się publicznym testem słabości Jarosława Kaczyńskiego. Ultimatum postawione środowisku Mateusza Morawieckiego nie zatrzymało byłego premiera, który nadal demonstruje niezależność, organizuje własne wydarzenia i skupia wokół siebie coraz liczniejsze grono polityków. Po raz pierwszy od lat prezes PiS nie rozgrywa konfliktu na własnych warunkach. To inni zmuszają go do reakcji i czekają, czy odważy się wykonać ruch, który może rozsadzić partię od środka.
Dr Mirosław Oczkoś, ekspert ds. marketingu i wizerunku politycznego, adiunkt SGH w "Rozmowie naTemat" ostrzega, że na obecnym politycznym zamieszaniu korzystają przede wszystkim populiści.
Kaczyński w pułapce
Na prawicy trwa walka, której Jarosław Kaczyński nie jest już w stanie kontrolować tak jak dawniej. Ultimatum postawione ludziom związanym ze środowiskiem Mateusza Morawieckiego miało pokazać siłę prezesa PiS, ale może jedynie ujawnić jej brak. Były premier ma własne zaplecze, pieniądze i sprawniejszy marketing polityczny, a przede wszystkim nie musi wykonywać nerwowych ruchów.
– Kaczyński staje się postacią trochę szekspirowską: jakiej decyzji by nie podjął, i tak traci. Pytanie tylko, czy traci dużo, czy mało. I czy traci w momencie, w którym jeszcze może się podnieść – ocenia dr Mirosław Oczkoś.
Zdaniem eksperta dawny hegemon prawej strony sceny politycznej został skutecznie oskrzydlony przez Konfederację, Grzegorza Brauna i otoczenie Karola Nawrockiego. Jednocześnie wewnątrz PiS rośnie pokolenie polityków, które nie chce już bezwarunkowo podporządkowywać się prezesowi.
– Partie wodzowskie mają to do siebie, że można wyciąć dowolną osobę w dowolnym momencie. To jest wygodne, bo ma się dostęp do pieniędzy i list wyborczych. Ale w tej formule Prawo i Sprawiedliwość na pewno nie będzie już istniało – twierdzi.
Zobacz także
Tusk gra w Lidze Mistrzów, ale przegrywa komunikację
Mirosław Oczkoś ostro ocenia też sposób działania obozu rządzącego. Jego zdaniem Donald Tusk potrafi prowadzić skuteczną politykę międzynarodową, ale nie umie przełożyć jej na krajową opowieść, która byłaby zrozumiała i przekonująca dla wyborców.
– Nie ma strategii komunikacji. Są doraźne taktyki komunikacyjne, najczęściej wynikające z reakcji na kryzys. Kiedy staje się naprzeciwko ludzi zdeterminowanych i lepiej rozumiejących marketing polityczny, efekty mogą być opłakane – ostrzega.
Populiści czekają na niską frekwencję
Jego zdaniem największym zagrożeniem nie musi być nawet bezpośredni odpływ wyborców do skrajnej prawicy. Wystarczy, że rozczarowani sympatycy demokratycznej koalicji zostaną w domach. Oczkoś przypomina, że wyborcy nie są skazani na poparcie rządu tylko dlatego, że nie chcą głosować na nacjonalistów.
– Może nie zagłosują na tych, którzy chcą nas wyprowadzić z Unii, ale mogą zostać w domu. Zmobilizowani wyborcy prawej strony po prostu pójdą. A przy niskiej frekwencji populiści są górą i to mnie najbardziej przeraża – powiedział Oczkoś.
Cała rozmowa to znacznie szersza diagnoza polskiej polityki: od możliwego rozpadu PiS, przez ambicje Morawieckiego i rolę Nawrockiego, aż po antyukraińską propagandę, słabość komunikacji rządu i rosnącą siłę skrajności.






