
Nielegalne usługi pogrzebowe, zaniedbania i ciała, które rozkładały się w szpitalnej chłodni? To ujawnione przez Onet ustalenia, które miały dziać się w prosektorium w UCK WUM w Warszawie znanym lepiej jako szpital na Banacha. Placówka oddała zarządzanie chłodnią prywatnej firmie, co wedle relacji świadków miało doprowadzić do prawdziwego koszmaru.
W aferze w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego widać sporo podobieństw do tej ze Szpitalem Południowym, gdzie oprócz nieprawidłowości na SOR pojawiły się wstrząsające doniesienia o nielegalnych procederach w tamtejszym prosektorium. Tam mowa była nawet o "handlu zwłokami".
Afera z prosektorium Szpitala Południowego trafiła do prokuratury, a koordynator prosektorium wyleciał z pracy. Teraz dowiadujemy się o makabrycznych scenach, które mogły rozgrywać się w innej znanej warszawskiej placówce.
Skandaliczne warunki i domniemane bezczeszczenie zwłok w UCK WUM
W lutym 2024 roku władze szpitala na Banacha przekazały zarządzanie chłodnią prywatnej firmie pogrzebowej. Portal Onet ustalił, że krok ten mógł doprowadzić do tragicznych w skutkach zaniedbań. Z relacji byłych pracowników wynika, że ciała pacjentów pozostawione przez bliskich miały nie być nigdzie przenoszone i leżały w lodówkach z dodatnią temperaturą przez długie miesiące.
W efekcie zwłoki miały ulegać głębokiemu rozkładowi i czernieć. Informatorzy opisali szokujący przypadek porzuconego niemowlęcia oraz dorosłej kobiety, w przypadku której w worku miały gromadzić się już płyny. "Zapach był straszny, przechodził na inne ciała w tej samej lodówce. Kiedy ją otwierałem, czuć było go w całym pomieszczeniu" – wyznał jeden z byłych pracowników.
Sytuację miał pogarszać zepsuty sprzęt. Firma miała spierać się z administracją szpitala o to, kto wyłoży środki na naprawę chłodni. Z braku miejsca w sprawnych komorach, zmarli mieli być tymczasowo przenoszeni do niedziałających urządzeń.
Zobacz także
Podejrzenie korupcji i możliwa monopolizacja usług pogrzebowych
Na terenie placówki medycznej bezwzględnie zakazane jest reklamowanie i świadczenie usług funeralnych. Mimo to zakład pogrzebowy miał bez przeszkód nagabywać bliskich. Onet opisuje mechanizm, w którym żałobnicy mieli być odsyłani do prosektorium na identyfikację jeszcze przed otrzymaniem karty zgonu. To właśnie tam miano zachęcać ich ofertami usług.
W prosektorium miał działać nielegalny magazyn z urnami oraz trumnami drewnianymi i kartonowymi. Według świadków właścicielka firmy potrafiła rzekomo przekonać do swoich usług nawet 30 rodzin w miesiącu. Dokumenty miały być podpisywane pospiesznie w pokoju socjalnym.
"Krzyczeli na rodzinę, ludzie nie mieli czasu się zastanowić" – wspomina cytowany przez Onet pracownik. Rachunki za pogrzeby miały często nie mieć uzasadnienia, zamożniejsi żałobnicy mieli płacić więcej, a transakcje miano chętnie rozliczać w gotówce bez wydawania pokwitowań.
Brak nadzoru i ignorowanie procedur szpitalnych
Cały domniemany proceder miał trwać bez reakcji władz uniwersyteckich. Szpitalne procedury wymagały powiadomienia Działu Prawnego w ciągu siedmiu dni od porzucenia ciała, a następnie przekazania sprawy do opieki społecznej. Z relacji wynika, że nikt jednak tego nie egzekwował. Sanepid podczas kontroli w sierpniu 2025 roku w ogóle nie sprawdził zawartości lodówek i stanu znajdujących się tam szczątków.
Właścicielka firmy miała iść o krok dalej. Onet ustalił, że planowała zatrudnić swoją zaufaną współpracownicę w dziale statystyki medycznej. Miało chodzić o to, by całkowicie zmonopolizować dostęp do osób po stracie i naganiać klientów już przy pierwszym kontakcie z administracją.
Reakcja uczelni na publikację pozostawia wiele do życzenia. Rzecznik WUM uznał materiał za niepoważny, a władze wydały oświadczenie, z którego wynika, że na obecnym etapie "nie stwierdzono nieprawidłowości" i uniwersytet czeka na kroki organów ścigania.
Szpital kategorycznie odpiera zarzuty i wydaje oświadczenie
W odpowiedzi na wcześniejszą publikację Onetu, w której ujawniono wewnętrzne dokumenty dotyczące kierowania żałobników do zakładu pogrzebowego, placówka opublikowała komunikat.
Szpital "kategorycznie protestuje przeciwko jakimkolwiek nieprawdziwym informacjom medialnym" i ocenia zarzuty o nielegalnym procederze jako "całkowicie nieuzasadnione i bezpodstawne".
Jak tłumaczy rzeczniczka prasowa UCK WUM Barbara Mietkowska, kontrowersyjny obowiązek wizyty bliskich w chłodni przed wydaniem karty zgonu to celowa procedura. Ma ona chronić przed wydaniem i pochówkiem niewłaściwego zmarłego.
Szpital przyznaje, że do pomyłki przy wydawaniu ciała doszło w trakcie pandemii COVID-19. "W obowiązującym systemie prawnym brak jest bowiem możliwości sprostowania karty zgonu bądź wydania jej duplikatu" – czytamy w oficjalnym stanowisku.
Placówka tłumaczy wdrożenie rygorystycznych rozwiązań swoją rozproszoną strukturą. To tak naprawdę aż trzy szpitale kliniczne, w których rocznie odbywa się 162 tys. hospitalizacji.
Władze UCK WUM odniosły się też do zarzutów o nagabywanie klientów przez prywatnego wykonawcę. Według komunikatu szpital "nie otrzymał żadnych skarg od rodzin zmarłych Pacjentów na zachowanie Wykonawcy dzierżawiącego pomieszczenia i chłodnię w przedmiocie rzekomych ofert organizacji pogrzebu".
Placówka dodała jednocześnie, że upublicznienie przez portal wewnętrznej instrukcji narusza jej majątkowe prawa autorskie i bezpośrednio uderza w dobre imię Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego.






