
Afera wokół Szpitala Południowego w Warszawie powinna być sprawą o pacjentach, odpowiedzialności i systemowej patologii. Tymczasem znów stała się paliwem dla politycznej wojny plemion. A najgorsze jest to, że do tej gry coraz chętniej wchodzą także ludzie, którzy nazywają siebie dziennikarzami.
Wkurza mnie ta walka plemion. Ten festiwal pogardy, igrzyska śmierci, w których najważniejsze sprawy – także te dotyczące ludzkiego życia – natychmiast zostają przemielone przez partyjne młyny.
Wkurza mnie, że jako społeczeństwo dajemy się zapędzać w kozi róg każdej stronie politycznego sporu. Że zatracamy się w bańkach własnych przekonań, a gdy przychodzi moment, w którym naprawdę powinniśmy mówić jednym głosem, znów pytamy nie o poszkodowanych, tylko o to, czy bardziej winny jest Tusk, czy Kaczyński.
Afera w szpitalu i polska choroba
Sprawa Szpitala Południowego w Warszawie ma wiele wymiarów. Są w niej pytania o system, o zarządzanie publicznymi pieniędzmi, o polityczne nominacje, o odpowiedzialność instytucji, o możliwe zaniedbania i patologie. Ale najważniejszy wymiar jest ludzki.
Jeżeli w tle pojawiają się doniesienia o śmierci pacjentów, o niezrealizowanych świadczeniach, o milionach złotych i o rozwiązaniach, które mogły faworyzować jednych kosztem drugich, to nie jest to temat do publicystycznych przepychanek ani medialnych pojedynków. To jest sprawa, w której centrum powinien stać pacjent, jego rodzina i pytanie, jak do takiej sytuacji mogło dojść.
Tymczasem znów obserwujemy dobrze znany mechanizm. Zamiast chłodnego sprawdzania faktów, mamy natychmiastowe ustawianie sprawy w politycznych okopach. Zamiast pytania o odpowiedzialność systemową, słyszymy pytanie: komu to bardziej zaszkodzi? Zamiast rozliczenia patologii, trwa walka o to, która strona wykorzysta ją skuteczniej.
Media jako zakładnicy partyjnej wojny
W jednym z "Wieczorów naTemat" Marek Magierowski powiedział, że najbardziej niepokoi go to, iż media stały się zakładnikami walki partyjnej. Mówił o dziennikarstwie plemiennym, o redakcjach podążających za linią polityczną, o mediach wciągniętych w zażartą i wyniszczającą bitwę partyjną.
– Niestety 90 proc. mediów w Polsce to są media, które podążają za linią partyjną. Wielu dziennikarzy i wiele mediów stało się zakładnikami właśnie tej zażartej, krwawej walki partyjnej – stwierdził wtedy.
Trudno się z tym nie zgodzić. Dziś zbyt często dziennikarz nie jest już kimś, kto patrzy władzy na ręce. Staje się uczestnikiem gry, komentatorem własnego obozu, adwokatem jednej strony i prokuratorem drugiej. Zbyt często nie szuka prawdy, tylko amunicji. Nie pyta, co się stało, lecz komu można tym przyłożyć.
W przypadku tak poważnej afery to szczególnie niebezpieczne. Bo gdy sprawa dotyczy zdrowia, życia i zaufania do publicznych instytucji, dziennikarstwo powinno działać odwrotnie: wyłączać polityczny hałas, porządkować fakty, pilnować śledztw, sprawdzać działania służb i instytucji, nagłaśniać patologie. Nie powinno zajmować się sobą.
Zobacz także
Człowiek znika za partyjnym sporem
Ostatnie lata przyniosły głęboką degradację publicystyki. Coraz częściej nie chodzi już o temat, tylko o zwarcie. Nie o wyjaśnienie sprawy, ale o to, kto kogo mocniej uderzył, kto kogo skompromitował, kto wygrał kolejną słowną bijatykę.
Czuchnowski kłóci się ze Stanowskim, ten pierwszy nie wiadomo po co broni władzy, ten drugi nie wiadomo po co we wszystko miesza obecną władzę. Obaj są dziennikarskimi populistami.
Spór między dziennikarzami i komentatorami staje się ważniejszy niż sama sprawa. W efekcie publiczność dostaje kolejną odsłonę medialnego freak fightu, a nie próbę ustalenia, co naprawdę wydarzyło się w szpitalu.
To, że ktoś nagłaśnia możliwą patologię, nie czyni go automatycznie bezbłędnym i kryształowym. Ale to, że nie jest kryształowy, nie daje innym prawa, by zamiast faktami okładać go insynuacjami i argumentami z "czterech liter". Taka logika zabija debatę publiczną. I odwraca uwagę od tego, co najważniejsze. Bo dziennikarz nie powinien stawiać w centrum siebie. Nie powinien stawiać w centrum drugiego dziennikarza. Powinien stawiać w centrum człowieka, który ucierpiał na tej patologii.
"Moja prawda jest mojsza"
Jest w "Dniu świra" scena rozrywanej flagi z godłem Polski. Orzeł krwawi. Marek Koterski pokazał w niej polityków, którzy rozszarpują wspólnotę dla własnych interesów.
Z perspektywy 2026 roku trzeba powiedzieć więcej: dziś tego orła rozrywamy wszyscy po równo. Politycy, komentatorzy, media, ale też społeczeństwo, czyli wyborcy, kiedy bezrefleksyjnie powtarzamy podprogowe przekazy własnych obozów.
"Moja prawda jest mojsza niż twojsza" – ta diagnoza sprzed lat wraca dziś z nową siłą. Każda strona ma własny zestaw faktów, własny język, własnych bohaterów i własnych zdrajców. Nawet w sprawie, która powinna wymuszać elementarną powagę, natychmiast uruchamia się mechanizm: nasi kontra wasi.
A przecież praktyka pokazuje, że Polaków potrafią jednoczyć sprawy trudne i wielkiej wagi. Wojna, walka z komuną, pandemia, pomoc Ukraińcom – w momentach próby potrafimy zdać egzamin. Z reguły tylko na chwilę. Problem zaczyna się później. Gdy fala wielkich emocji opada, znów stajemy nadzy, pełni wzajemnych pretensji, gotowi wytykać innym ich wady, nie widząc własnych.
To nie jest symetryzm. To przyzwoitość
Sprawa Szpitala Południowego jest zbyt poważna, by redukować ją do partyjnej przepychanki. Za patologie systemowe odpowiadają często różne ekipy, różne decyzje, różne zaniedbania i różne interesy. Dlatego nie powinien mieszać się w to ani Donald Tusk, ani Jarosław Kaczyński jako polityczni gracze próbujący ugrać swoje. A jeżeli będą próbowali, rolą mediów jest to obnażać, nie wzmacniać.
Niech pracuje prokuratura. Niech działają odpowiednie służby. Niech dziennikarze sprawdzają dokumenty, decyzje, przepływy pieniędzy, odpowiedzialność konkretnych osób i instytucji. Niech zadają pytania wszystkim, niezależnie od barw partyjnych. Ale niech nie robią z ludzkiej tragedii kolejnego odcinka wojny plemion.
To nie ma nic wspólnego z symetryzmem. To jest zwykła ludzka i społeczna przyzwoitość. Gdy sami znajdziemy się w potrzebie, ręki nie poda nam ani Tusk, ani Kaczyński. Może ją podać najbliższa rodzina, sąsiad, kolega z pracy, ktoś stojący obok. I nie powinno mieć wtedy żadnego znaczenia, czy głosował na Trzaskowskiego czy Nawrockiego, na Tuska czy Kaczyńskiego.
Nie dajmy się rozgrywać
Ludwik Kotecki ostatnio w naTemat zaapelował, by nie dawać politykom robić sobie wody z mózgu. Mówił to w kontekście gospodarki i populistycznych haseł, ale ta myśl trafia znacznie szerzej. Nie dajmy sobie robić wody z mózgu ani politykom, ani dziennikarzom, którzy coraz częściej zachowują się jak polityczni funkcjonariusze.
Przy tak poważnych sprawach trzeba wyłączyć plemienne odruchy i włączyć empatię. Trzeba przestać pytać, komu to służy, a zacząć pytać, kto ucierpiał, kto zawinił i jak sprawić, by to się nie powtórzyło.
Bo jeśli nawet w sprawach życia i śmierci nie potrafimy wyjść poza partyjne barwy, to problemem nie jest już tylko polityka. Problemem jesteśmy my wszyscy.






