bar mleczny
Ceny w barach mlecznych potrafią zaskoczyć niezaokrąglonymi końcówkami Fot. Mazur Travel / Shutterstock

Ceny w barach mlecznych potrafią zaskoczyć niezaokrąglonymi końcówkami. Widok kwot rzędu 28 groszy w menu to wcale nie sprytny chwyt marketingowy. Tak działają przepisy, dzięki którym jedzenie w tych miejscach jest takie tanie.

REKLAMA

Lokale, które pamiętają jeszcze czasy PRL-u, wciąż przyciągają tłumy klientów. Tajemnica ich sukcesu tkwi w przystępnych cenach obiadów. Nie biorą się one wyłącznie z cięcia kosztów, lecz z państwowych dopłat. Ten sam system sprawia, że rachunki są dziwnie wyliczane, a na sali nie uświadczysz kelnera zbierającego zamówienia.

Rządowe dotacje i limit marży w barach mlecznych

Cały ten biznes działa na bardzo ścisłych zasadach. Zgodnie z rozporządzeniem ministra finansów z 30 marca 2015 r. (Dz.U. z 2023 r. poz. 2014) właściciel takiego lokalu może dostać od państwa dopłatę do sprzedanych posiłków.

Stawkę dotacji ustalono na 70 proc. wartości zakupionych surowców (już z podatkiem VAT) zużytych do przygotowania dotowanych dań, powiększonej o doliczony narzut. Do maja 2022 r. było to zaledwie 40 proc. Jest jednak pewien haczyk. Aby dostać te pieniądze, właściciel nie może narzucać dowolnych cen.

QUIZ: "07 zgłoś się" to był hit dla pokoleń Polaków. Ten quiz sprawdzi, jak dobrze pamiętasz Borewicza

Quiz

1 / 23 W jakim roku miał premierę pierwszy odcinek serialu "07 zgłoś się"?

Prawo mówi wprost, że marża, czyli tak zwany narzut, nie może przekroczyć 45 proc. wartości samych surowców (wcześniej limit wynosił 56 proc.). To właśnie niejako zmusza lokale do wyliczania cen co do grosza.

Jeśli bar chce wyjść na swoje, ustawia narzut tuż przy dopuszczalnym maksimum, bo każde zaokrąglenie w górę oznaczałoby przekroczenie limitu i utratę dotacji. Zaokrąglić w dół oczywiście wolno. Problem w tym, że dla lokalu żyjącego z groszowych marż to strata, na którą go nie stać.

W przypadku wyczerpania środków zapisanych na dotację w ustawie budżetowej przedsiębiorca nie musi już stosować ograniczenia narzutu. To istotne, bo pieniędzy w budżecie nie jest zbyt wiele. W 2025 r. rząd zaplanował na bary mleczne około 61,4 mln zł, czyli po raz pierwszy od lat mniej niż rok wcześniej. Jednak w tym roku było to już ponad 70 mln zł.

Skąd biorą się dziwne ceny na paragonach w barach mlecznych?

Jak to wygląda w rzeczywistości, świetnie pokazuje paragon z wrocławskiego Baru Mlecznego Jacek i Agatka. Widać na nim jasno, że klient zapłacił za placki ziemniaczane z wędzonym serem dokładnie 11,28 zł, za chłodnik z jajkiem 9,66 zł, a lemoniada owocowa kosztowała 6,05 zł.

Te końcówki nie są błędem, przypadkiem, marketingiem czy ukrytą opłatą na paragonach. To po prostu wynik działania matematycznego, a konkretne kwoty zmieniają się nawet z każdą dostawą i różnią między lokalami.

Każda zupa to ułamek kosztu hurtowego cebuli, ziemniaków czy mąki, do którego doliczany jest ustawowy procent. Do wyliczeń bierze się cenę składnika razem z podatkiem VAT. Stąd groszowe końcówki z faktury od dostawcy przenoszą się potem na cenę dania. Jeśli marchewka kosztuje nietypową kwotę za kilogram, to potrawa z niej ugotowana również musi mieć "połamaną" cenę po dodaniu narzutu.

"Połamane" ceny widzimy na paragonie także z innego powodu. Dotowany posiłek musi być zarejestrowany na kasie fiskalnej jako osobna pozycja, by można go było jednoznacznie zidentyfikować. Urzędnik musi bowiem móc sprawdzić, za co dokładnie bar dostał publiczne pieniądze.

Czym bar mleczny różni się od zwykłej restauracji?

Zwykła knajpa nie może ot tak stać się barem mlecznym i brać państwowych pieniędzy. Przepisy dokładnie określają, że musi to być zakład ogólnodostępny, bez alkoholu, sprzedający całodziennie posiłki mleczno-nabiałowo-jarskie i opierający się na samoobsłudze.

Nie może być zatem kelnerów obsługujących klientów przy stoliku. Każdy sam podchodzi do kasy, składa zamówienie, płaci, odbiera jedzenie, a po zjedzeniu sam odnosi brudne naczynia na specjalny wózek. Dzięki temu właściciel mocno tnie koszty zatrudnienia.

W oficjalnym wykazie dofinansowanych surowców, który liczy 95 pozycji, znajdziemy m.in. mąkę, kaszę, mleko, jaja, owoce, warzywa, a także przyprawy i sól. Nie ma w nim jednak mięsa ani ryb.

Jeśli właściciel chce podać schabowego, musi ustalić jego cenę rynkową bez żadnych dopłat, wliczając w to koszty mięsa i energii. Z kolei na dofinansowane składniki nałożony jest obowiązek bardzo dokładnego ich liczenia w specjalnych ewidencjach i kartach recepturowych.

To zresztą druga przyczyna cenowego rozdwojenia w menu. Korzystanie z dotacji nie ma wpływu na sprzedaż innych posiłków już bez wsparcia państwa, więc schabowy czy filet z kurczaka mogą mieć zaokrągloną, zgrabną cenę.