
Stefan Michalak miał zobaczyć dwa niezwykłe obiekty nad Falcon Lake, podejść do jednego z nich i zostać trafiony strumieniem gorącego gazu. Oparzenia, spalone ubrania i radioaktywna próbka gleby uczyniły z jego relacji jeden z najsłynniejszych przypadków UFO w Kanadzie. Jak było naprawdę?
Stefan Michalak miał stanąć twarzą w twarz z tajemniczym pojazdem, usłyszeć głosy z jego wnętrza i zostać dotkliwie poparzonym podczas startu maszyny. Incydent z Falcon Lake uznano za jeden z najlepiej udokumentowanych przypadków UFO na świecie. Jednak policyjne raporty, zmieniające się obrażenia i kolejne sprzeczności rzucają na opowieść Polaka zupełnie nowe światło.
Maj 1967 roku, dzikie tereny kanadyjskiej Manitoby. Urodzony w Polsce Stefan Michalak samotnie szuka kwarcu, gdy spłoszone gęsi kierują jego wzrok ku niebu. Dostrzega dwa czerwone obiekty. Jeden odlatuje, drugi ląduje około 50 metrów dalej.
Michalak obserwuje go przez pół godziny, szkicuje, a potem robi coś, co trudno uznać za ostrożne. Podchodzi, nawołuje załogę po angielsku, polsku i rosyjsku, zagląda do środka i dotyka rozgrzanej powierzchni.
Strumień ognia i ślady na ciele
Według jego relacji obiekt zaczął się obracać, a z bocznej kratki buchnął gorący gaz. Ubranie Michalaka stanęło w płomieniach, a na klatce piersiowej pojawiły się oparzenia. Chwilę później pojazd odleciał. Mężczyzna miał później cierpieć na nudności, bóle głowy, osłabienie i utratę apetytu.
Brzmi jak historia z filmu science fiction, ale sprawą zajęli się policjanci, kanadyjskie siły powietrzne i badacze UFO. Były spalone ubrania, szkice obiektu, próbki gleby oraz ślady promieniowania.
Wątpliwości i nowe "dowody"
Pierwsze poważne rysy na historii pojawiają się już kilka godzin po zdarzeniu. Policjant, który spotkał Michalaka przy drodze, opisał go jako podekscytowanego i zachowującego się tak, jakby był pijany lub mocno skacowany. Michalak nie chciał pokazać spalonej koszuli, nie zgodził się na podwiezienie do lekarza i odmówił wskazania miejsca lądowania. Tłumaczył, że nie chce rozgłosu.
Jeszcze tego samego dnia sam zgłosił się jednak do lekarza i skontaktował z gazetą. Wkrótce ukazał się artykuł pod tytułem "I was burned by UFO" (tłum. "Zostałem poparzony przez UFO"). Ta sprzeczność jest tylko jedną z wielu.
Zobacz także
Najbardziej rozpoznawalnym dowodem są regularne rzędy punktów na ciele Michalaka, rzekomo odpowiadające kratce w statku. Problem w tym, że bezpośrednio po incydencie lekarze, policja i dziennikarka widzieli nieregularne, plamiste oparzenia pierwszego stopnia. Charakterystyczny wzór pojawił się dopiero w styczniu 1968 roku, osiem miesięcy później, na dodatek w innym miejscu niż pierwotne obrażenia.
Wątpliwości dotyczą też ubrania. Ślady mogły powstać na płasko rozłożonej tkaninie, a część wypaleń znajdowała się tam, gdzie Michalak nie miał żadnych obrażeń. Także jego szkic nie pasuje do opowieści. Zawiera elementy, które mógł zobaczyć dopiero po podejściu do pojazdu.
Radioaktywna próbka czy mistyfikacja?
Michalak długo nie chciał zaprowadzić śledczych na miejsce. Wrócił tam wcześniej z inną osobą, zabrał przedmioty i próbki, choć proszono go, by niczego nie ruszał. Jedna z próbek wykazała podwyższony poziom promieniowania, ale późniejsze pomiary na miejscu nie potwierdziły niebezpiecznego skażenia. Eksperci dopuszczali naturalne pochodzenie śladów albo kontakt z materiałami zawierającymi rad.
Czy Michalak naprawdę spotkał pojazd nieznanego pochodzenia? Czy próbował ukryć rzeczywistą przyczynę oparzeń? A może opowieść o UFO miała odstraszyć innych od wartościowego złoża kwarcu?
Całe śledztwo "Biura Tajemnic" pokazuje krok po kroku, dlaczego przypadek Falcon Lake przez dekady fascynował badaczy – i dlaczego dziś równie mocno przemawia do wyobraźni sceptyków. Odcinek obejrzysz na naszym kanale YouTube pod tym linkiem.






