Zdjęcie sterty ubrań, obok screen z profilu Fundacji Serce Miasta
Fundacja Serce Miasta pokazała, jakie dary ludzie czasami przekazują potrzebującym. Fot. Shutterstock / Facebook

Nie każdy dar jest pomocą. Czasem staje się jedynie sposobem na wyczyszczenie własnej szafy. A dla osoby, która go otrzymuje źródłem poczucia upokorzenia. Jest jeszcze jeden aspekt, o którym się zapomina. – Jeżeli 30 proc. rzeczy, które do nas trafiają, nadaje się wyłącznie do utylizacji, wydajemy tysiące złotych na pozbycie się tych ubrań, zamiast przeznaczyć te pieniądze na wsparcie naszych podopiecznych – podkreśla Lusia Żagałkowicz, prezeska i założycielka warszawskiej Fundacji Serce Miasta.

REKLAMA

Wszystko zaczęło się od posta Fundacji Serce Miasta, organizacji pomocowej dla kobiet w kryzysie bezdomności. Jej przedstawicielki pokazały zdjęcia darów, które trafiły do organizacji: niemal zużytą kredkę do oczu i dziurawe, rozerwane ubrania. Żadnej z tych rzeczy nie dało się przekazać potrzebującym.

"Serce Miasta to nie jest PSZOK" – podkreśliły we wpisie.

Zaapelowały też, żeby przed przyniesieniem rzeczy zastanowić się, czy sami chcielibyśmy je jeszcze założyć lub używać.

Fundacja podkreślała, że nie oczekuje nowych ani drogich rzeczy. Potrzebne są ubrania używane, ale czyste, sprawne i w takim stanie, w jakim sami chcielibyśmy je otrzymać.

"Kobieta w kryzysie bezdomności też chce wyglądać czysto" – zaznaczały przedstawicielki fundacji.

Zwróciły uwagę, że schludny wygląd wpływa nie tylko na komfort, ale też na to, jak osoby w kryzysie są traktowane przez otoczenie.

Pod postem szybko pojawiły się historie osób, które od lat spotykają się z podobnym problemem. Jedna z internautek opisała, że podczas zbiórek dla kobiet w ośrodkach dla cudzoziemców trafiały do niej m.in. "cekinowe suknie wieczorowe, szpilki niekoniecznie parami, stare opakowania tamponów czy bielizna ze śladami użytkowania". Jak dodała, dla dzieci przynoszono czasem zniszczone zeszyty, poplamione plecaki i kredki zużyte niemal do końca.

Inna zwróciła uwagę, że problemem bywa także niedopasowanie darów do rzeczywistych potrzeb. Jak opisała, do jej stowarzyszenia często zgłaszają się osoby, które chcą przekazać ubrania po zmarłych bliskich. Problem w tym, że nie zawsze są to rzeczy, których faktycznie potrzebują podopieczni. "Potrzebujemy dresów na gumkę, a nie garniturów i koszul" – podkreśliła.

Inni komentujący bronili jednak takiej formy przekazywania rzeczy. Ich zdaniem część ubrań można jeszcze naprawić i wykorzystać.

"Dziury na bluzie można zamaskować choćby naprasowanką, rozprucie pod pachą zszyć i będą dobre ciuchy" – przekonywała jedna z internautek.

Słyszą: "Powinni się cieszyć, że dostali polar"

Lusia Żagałkowicz, prezeska i założycielka warszawskiej Fundacji Serce Miasta, mówi, że jednym z największych problemów nie jest brak chęci do pomagania, ale sposób, w jaki wiele osób rozumie pomoc.

– Społeczeństwu często wydaje się, że jeżeli ktoś jest w kryzysie, to można dać mu cokolwiek i on powinien się cieszyć – zauważa.

Pomaganie często zaczyna się od dobrych intencji, ale nie zawsze idzie za nimi refleksja. Psycholożka i socjolożka Żaneta Rachwaniec zwraca uwagę, że przekazywanie osobom w kryzysie bezdomności czy ubóstwa zniszczonych, brudnych albo podziurawionych rzeczy najczęściej nie wynika ze złej woli, ale z braku refleksji i utrwalonych stereotypów.

– Czasami jest takie wyobrażenie, że jeżeli ktoś jest bezdomny, to on nigdy nie miał innego życia, nigdy nie widział niczego lepszego i powinien cieszyć się ze wszystkiego – tłumaczy Żaneta Rachwaniec.

Jak dodaje, szczególnie w przypadku kobiet za kryzysem bezdomności często stoją dramatyczne historie – przemoc domowa, konieczność ucieczki z domu czy sytuacje, które nagle wywróciły ich życie do góry nogami. Wiele z tych osób wcześniej funkcjonowało zupełnie inaczej, a dopiero konkretne wydarzenie doprowadziło je do kryzysu.

Jak podkreśla, takie uproszczone myślenie może wiązać się z nieuświadomionym poczuciem wyższości – przekonaniem, że osoba pomagająca znajduje się w lepszym położeniu i występuje z pozycji kogoś, kto "daje". Nie oznacza to jednak, że darczyńcy świadomie chcą kogoś upokorzyć.

– Większość ludzi nie robi tego celowo. Po prostu działa według pewnych automatyzmów i schematów – tłumaczy psycholożka.

Tymczasem, jak podkreśla Lusia Żagałkowicz, kryzys nie odbiera człowiekowi tożsamości ani potrzeb, które ma każdy z nas. Ubranie nie jest wyłącznie kawałkiem materiału chroniącym przed zimnem. Jest także elementem tego, jak postrzegamy siebie i jak odbierają nas inni.

– Tak jak pani ma swój styl ubierania, tak ja mam swój. On pokazuje naszą tożsamość, naszą pewność siebie, to, jak siebie widzimy i jak chcemy, żeby widzieli nas inni – tłumaczy.

Jej zdaniem osobom w kryzysie bezdomności często odbiera się tę część człowieczeństwa. Pomoc sprowadza się do podstawowej funkcji: ma być ciepło i czysto. Tymczasem potrzeby estetyczne nie znikają tylko dlatego, że ktoś znalazł się w trudnej sytuacji.

– Jak jest zimno, to słyszą: "powinni się cieszyć, że dostali polar". I na tym ta pomoc często się kończy. A przecież po drugiej stronie nadal stoi człowiek, który ma potrzeby estetyczne, potrzebę koloru, struktury, materiału. Tak jak każdy inny człowiek na tej planecie – mówi.

Jak dodaje, odpowiednio dobrane ubranie może realnie wpłynąć na samopoczucie i sposób funkcjonowania w społeczeństwie.

– Ludzie lubią dobrze wyglądać. Nawet w kryzysie ubranie może podnieść ich status, poprawić samopoczucie i sprawić, że w autobusie czy na ławce nie czują się jak osoby wykluczone. W pewien sposób mogą znów poczuć się częścią społeczeństwa – tłumaczy.

Upokorzenie

Kiedy myślimy o pomaganiu osobom w kryzysie bezdomności, często skupiamy się na podstawowych potrzebach: jedzeniu, cieple czy środkach higienicznych. Lusia zwraca jednak uwagę, że potrzeby człowieka nie kończą się na przetrwaniu.

Wśród rzeczy, które mogą mieć znaczenie, wymienia te pozornie drobne: pumeks do stóp, zatyczki do uszu, słuchawki, perfumy czy kolczyki.

– To są rzeczy, które często wrzucamy na półkę "luksusowe". A dla kobiety kolczyki nie muszą być luksusem. Mogą być symbolem statusu, sposobem podkreślenia własnej kobiecości, poczucia, że nadal jest piękna – tłumaczy.

Jak dodaje, także drobne przedmioty związane z dbaniem o ciało mogą mieć znaczenie psychologiczne. Nie chodzi wyłącznie o komfort fizyczny, ale o odzyskanie poczucia własnej wartości i sprawczości.

A kiedy podopieczna dostaje podziurawioną bluzę, może pojawić się coś więcej niż rozczarowanie – poczucie upokorzenia. I nie jest to zjawisko nowe ani dotyczące wyłącznie osób w kryzysie bezdomności.

Alicja wychowała się w wielodzietnej rodzinie. Lata dziewięćdziesiąte były dla jej bliskich bardzo trudne – brakowało pieniędzy, rodzice chorowali, a system wsparcia społecznego dopiero się kształtował.

Pomóc chciała zaprzyjaźniona rodzina, która miała znacznie lepszą sytuację materialną, bo część bliskich mieszkała w Niemczech. Zaczęli przynosić ubrania.

– Te ubrania wyglądały, jakby były wyciągnięte z jakiejś piwnicy, z innej epoki – opowiada Alicja.

Jak wspomina, lepsze rzeczy zostawały u darczyńców, a do jej rodziny trafiały te najstarsze i najbardziej zużyte.

– Nigdy wcześniej ani później nie doznałam takiego upokorzenia – zaznacza. – Jeszcze mieli pretensje, że ja i siostry, nie jesteśmy im wdzięczne.

Lusia natomiast zwraca też uwagę, że rozmowa o kryzysie bezdomności wymaga odejścia od kolejnego uproszczenia – przekonania, że wystarczy jedna trudna sytuacja, by każdy znalazł się na ulicy.

Jak podkreśla, za każdą osobą w kryzysie bezdomności stoi inna historia. Wielu ludzi od najmłodszych lat dorastało w środowisku naznaczonym przemocą, zaniedbaniem, problemami psychicznymi czy brakiem dostępu do odpowiedniego leczenia.

– Ludzie mają różne zasoby. Jedni mogą liczyć na rodzinę, znajomych czy wcześniejsze doświadczenia, które pomagają stanąć na nogi. Inni tego nie mają i dlatego znacznie trudniej jest im wyjść z kryzysu – podkreśla.

To może być każdy z nas

Żaneta Rachwaniec dodaje, że właśnie dlatego tak ważne jest pokazywanie historii konkretnych osób. Łatwiej jest nam empatyzować z kimś, kto przestaje być anonimowym "bezdomnym" czy "biednym człowiekiem", a staje się osobą z własną przeszłością.

– Jeżeli ktoś myśli o osobie w kryzysie bezdomności, często wydaje mu się, że to sytuacja, która nigdy nie mogłaby go dotyczyć. A warto pokazywać, że kryzysy dotykają ludzi podobnych do nas. Jeżeli ktoś przynosi na przykład połamane i zużyte kredki do oczu, może inaczej spojrzałby na tę sytuację, gdyby usłyszał historię kobiety, która kiedyś miała dobrą pracę, ale musiała uciekać z domu przed przemocą i znalazła się w kryzysie. Taka historia może bardziej skłonić do refleksji, a jednocześnie nie będzie uderzać w dumę osoby pomagającej – zauważa.

Problem pojawia się jednak wtedy, gdy ktoś próbuje zwrócić uwagę darczyńcom, że ich sposób pomagania może być nietrafiony. Zamiast refleksji często pojawia się oburzenie: "to ja już nic nie dam", "nie doceniacie mojego gestu".

Żaneta Rachwaniec tłumaczy, że taka reakcja jest naturalnym mechanizmem obronnym. Krytyka dotyka bowiem nie tylko konkretnego zachowania, ale też tego, jak widzimy samych siebie.

– Jeżeli ktoś konfrontuje nas z czymś, czego nie zauważyliśmy albo czego nie chcieliśmy widzieć, to zazwyczaj pierwszą reakcją nie jest wdzięczność i powiedzenie: "dzięki, nie spojrzałam na to w ten sposób". Częściej pojawia się złość – wyjaśnia.

Jak dodaje, szczególnie trudno przyjąć taką informację, gdy dotyczy pomagania. Wiele osób buduje swój obraz wokół przekonania: "jestem dobrym człowiekiem, pomagam innym".

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Lusia zwraca też uwagę na konsekwencje nietrafionych darów. Zniszczone rzeczy, zamiast trafić do potrzebujących, stają się dla fundacji dodatkowym problemem. 

– Tu nawet nie chodzi o czas sortowania. Problem w tym, że w Warszawie tekstyliów nie można po prostu wyrzucić do zwykłego śmietnika. Trzeba je zawieźć do odpowiedniego punktu, do PSZOK-u, a jako fundacja ponosimy koszt ich utylizacji – wyjaśnia.

Jak tłumaczy, dla osoby prywatnej oddanie kilku worków zużytych ubrań nie jest dużym problemem, ale dla organizacji pozarządowej oznacza spore wydatki.

– Jako fundacja jesteśmy traktowani jako jednostka prawna, więc po prostu za to płacimy. Jeżeli 30 proc. rzeczy, które do nas trafiają, nadaje się wyłącznie do utylizacji, wydajemy tysiące złotych na pozbycie się tych ubrań, zamiast przeznaczyć te pieniądze na pomoc – podkreśla.

To nie śmietnisko

Podobny problem znają także osoby działające na rzecz zwierząt. Ania z Olsztyna, która od lat wspiera bazarki charytatywne, mówi, że organizacje pomocowe często muszą mierzyć się z darami, których nie da się już wykorzystać.

– Zdarzało się, że trzeba było wprost powiedzieć: nasza fundacja to nie jest śmietnisko. Część rzeczy, zamiast trafić do sprzedaży, musiała zostać wyrzucona, bo nie nadawała się już do niczego – opowiada.

Jak dodaje, wiele osób nie widzi pracy, która stoi za przyjmowaniem i przekazywaniem darów. Każda rzecz musi zostać sprawdzona, przygotowana i odpowiednio zagospodarowana.

– To jest ogrom pracy. Każdą rzecz trzeba przejrzeć, sfotografować, opisać, wystawić, a potem jeszcze rozliczyć, spakować i wysłać. To się samo nie zrobi – mówi Ania.

Jej zdaniem pomaganie wymaga nie tylko dobrych chęci, ale też odpowiedzialności za to, co przekazuje się dalej.

Lusia Żagałkowicz zapytana o najbardziej zaskakujące dary, nie musi się długo zastanawiać.

– Brudne majtki i płetwy – odpowiada.

Dlatego – zdaniem psycholożki – ważne jest, by organizacje mówiły nie o tym, że ktoś "źle pomaga", ale jasno określały, czego potrzebują.

– Dobrze jest, jeżeli organizacje jasno określają, jakie rzeczy przyjmują, a jakich nie. Wtedy można powołać się na konkretne zasady, a nie oceniać człowieka – tłumaczy Żaneta Rachwaniec.

Jak zauważa, komunikat: "nie przyjmujemy rzeczy zniszczonych, zużytych czy brudnych, bo takie są nasze zasady" brzmi zupełnie inaczej niż: "to, co przyniosłeś, jest niewłaściwe".