
Polski budżet jest napięty jak rzadko wcześniej, a potrzeby pożyczkowe państwa mogą sięgnąć nawet 700 mld zł. Ekonomista Marek Zuber w "Rozmowie naTemat" ostrzega, że przedwyborczy festiwal nowych obietnic może sprowokować gwałtowną reakcję inwestorów. Jednocześnie przekonuje, że rosnący dług nie musi pogrążyć Polski. Pod jednym warunkiem.
Polskie finanse znalazły się w punkcie, w którym nawet kilka miliardów złotych dodatkowego wydatku wywołuje polityczną burzę. Jak mówi Marek Zuber, ekonomista i wykładowca Akademii WSB, problemem nie jest jednak pojedynczy wydatek, lecz skala całego zadłużenia, także tego znajdującego się poza centralnym budżetem.
Gość "Rozmowy naTemat" zaznacza, że rosnące zadłużenie jeszcze nie oznacza katastrofy, ale kolejny festiwal kosztownych obietnic może wystawić cierpliwość inwestorów na próbę.
Ekonomista ostrzega, że gwałtowna reakcja rynku przełożyłaby się na droższy dług i osłabienie złotego. Jednocześnie wskazuje, że Polska może bezpiecznie finansować wielkie inwestycje – pod warunkiem, że pieniądze będą budowały potencjał gospodarki, a nie napędzały wyłącznie konsumpcję.
Państwo może potrzebować prawie 700 mld zł
Najbardziej alarmująco wyglądają potrzeby pożyczkowe. Do 2020 roku wynosiły zazwyczaj nie więcej niż 150–170 mld zł rocznie. W 2024 roku wzrosły do około 450 mld, w 2025 roku do 550 mld, a obecnie – jak szacuje Zuber – mogą zbliżyć się do 700 mld zł.
Do tego szybko rosną koszty obsługi długu. Jeszcze niedawno pochłaniały 6–7 proc. dochodów budżetu. W 2024 roku przekroczyły 10 proc., rok później sięgnęły około 12 proc., a obecnie mogą dojść do 14 proc.
Kluczowa nie jest jednak wyłącznie granica zapisana w kryteriach z Maastricht. – Mam na myśli moment, w którym inwestorzy pożyczający nam pieniądze powiedzą: to już jest za dużo, więcej wam nie pożyczymy – podkreśla ekonomista.
Zobacz także
"Nie ma mowy" o kwocie wolnej 60 tys. zł
W tej sytuacji Marek Zuber nie widzi przestrzeni do realizacji najdroższych obietnic wyborczych. Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł oraz przesunięcie drugiego progu podatkowego kosztowałoby budżet łącznie około 70 mld zł rocznie.
– To było ewidentne przelicytowanie. Nie ma mowy, żeby w 2027 roku wprowadzić kwotę wolną na poziomie 60 tys. zł – ocenia Zuber.
Jego zdaniem przedwyborczy wyścig na nowe transfery społeczne może zakończyć się reakcją podobną do tej, która w 2022 roku uderzyła w Wielką Brytanię. Tam zapowiedź obniżek podatków bez cięć wydatków doprowadziła do gwałtownej wyprzedaży obligacji.
– Jeżeli polscy politycy zaczną festiwal wyborczy i kolejne dziesiątki miliardów będą chcieli wydawać na lewo i prawo, nie wykluczam takiego pstryczka w nos w Polsce – ostrzega.
W pesymistycznym scenariuszu oznaczałoby to skok rentowności obligacji i euro kosztujące nawet umowne 5,50 zł.
Dług może być szansą, ale pod jednym warunkiem
Marek Zuber nie kreśli jednak wyłącznie czarnego scenariusza. Polska do 2037 roku będzie musiała przeznaczyć około 2,5 bln zł na energetykę, obronność, kolej i inne inwestycje infrastrukturalne. Sama transformacja energetyczna ma pochłonąć około 1,2 bln zł, a inwestycje obronne około 800 mld zł.
Ekonomista przekonuje, że wzrost zadłużenia może zostać zaakceptowany przez inwestorów i Komisję Europejską, jeśli pieniądze będą budowały potencjał gospodarki. Warunkiem jest zatrzymanie jak największej części wydatków w Polsce, transfer technologii, rozwój kompetencji i tworzenie miejsc pracy.
W takim wariancie realny jest wzrost PKB na poziomie 2,5–3,5 proc. rocznie. – Dokonamy kolejnego skoku jakościowego i technologicznego – prognozuje Marek Zuber.
Alternatywą jest dalsze finansowanie konsumpcji i nowych obietnic, aż rynek sam zmusi polityków do oszczędzania.






