Para tańcząca na weselu
Niektórzy single szukają pary na wesele lub inną rodzinną imprezę na grupach na Facebooku Fot. Shutterstock

Nie szukają miłości ani motyli w brzuchu. Szukają kogoś, kto uchroni ich przed ciekawskimi spojrzeniami i komentarzami bliskich. Dlatego w sieci szukają osoby, która podczas wesela, sylwestra, świąt czy rodzinnego spotkania odegra rolę ich partnera lub partnerki. Niektórzy są gotowi nawet za to zapłacić.

REKLAMA

Pierwszy raz natknęłam się na takie ogłoszenie tuż przed Wigilią. Internauta szukał osoby, którą mógłby zaprosić na Święta. Nie chodziło o randkę ani próbę rozpoczęcia związku. Nie szukał miłości. Miał swój świat: pochłaniającą pracę i hobby. Potrzebował po prostu kogoś, kto usiądzie z nim przy wigilijnym stole i będzie udawał przed rodziną, że są razem.

"Żeby tylko się nie czepiali, że nie ułożyłem sobie życia" – argumentował swoje poszukiwania.

Był gotowy nawet zapłacić.

"Cena do ustalenia"– zaznaczył w poście.

Pomyślałam wtedy, że to historia rodem z komedii romantycznej. Tyle że ani trochę nie była śmieszna. Bo o ile w filmie chodzi o zabawną intrygę, o tyle w życiu tego człowieka chodziło o stworzenie fikcji – byleby tylko mieć święty spokój. Uniknąć spojrzeń, pytań i konieczności tłumaczenia się z własnego życia.

Jeszcze kilka lat temu wynajęcie partnera na rodzinne spotkanie wydawało się pomysłem dość krępującym. Dziś wystarczy przejrzeć grupy na Facebooku, żeby znaleźć osoby, które szukają towarzystwa na święta, rodzinne uroczystości czy imprezy. Nie zawsze dlatego, że czują się samotne.

Największy ruch widać jednak wokół wesel. Trafiam na facebookową grupę "Partner/partnerka na wesele", do której należy już ponad 93 tys. osób.

Przyszli weselnicy wrzucają swoje zdjęcie, podają wiek, wzrost i miasto, w którym odbędzie się uroczystość. Czasem opisują swój charakter i oczekiwania. Potem pojawia się cała lista pytań: czy kandydat lub kandydatka dobrze tańczy? Czy lubi alkohol? Czy odnajdzie się przy weselnym stole? Czy potrafi rozmawiać z obcymi osobami? A przede wszystkim: czy zgodzi się wcześniej spotkać na kawę?

Część osób od razu zaznacza jednak, że nie chodzi im wyłącznie o towarzystwo na parkiecie. Potrzebują kogoś, kto podczas wesela odegra przed rodziną rolę ich partnera lub partnerki – pojawi się z nimi jako para, będzie pozował do wspólnych zdjęć i pomoże uniknąć niewygodnych pytań.

Gdy udawanie staje się prawdą

Dla Weroniki, trzydziestolatki, wizja pójścia samej na wesele była bardzo trudna. Nie chodziło tylko o zabawę w pojedynkę. Bała się pytań rodziny, komentarzy i tego poczucia, że wszyscy wokół są w parach, a ona siedzi sama przy stole.

– Nie chciałam znowu słyszeć: "A ty kiedy kogoś poznasz?", "Dlaczego jesteś sama?". Wiedziałam, że zamiast skupić się na weselu, będę myśleć o tym, jak wyglądam w oczach innych – opowiada. – Nie chciałam też współczucia. 

W jej otoczeniu nie było jednak nikogo, kto mógłby jej towarzyszyć. Wtedy trafiła na grupę na Facebooku, gdzie ludzie szukali partnerów na wesela.

– Pierwsza myśl była taka: "Boże, a co jeśli ktoś znajomy to zobaczy?". Zastanawiałam się nawet, czy nie napisać anonimowo. Ale przecież później i tak musiałabym się przedstawić, wysłać zdjęcie, porozmawiać z tą osobą – tłumaczy. 

Ostatecznie zdecydowała się zamieścić ogłoszenie pod własnym imieniem i nazwiskiem.

– Napisałam, kim jestem, na jakie wesele szukam osoby i czego oczekuję. Bo zależało mi najbardziej na tym, żeby tego faceta przedstawić przed rodziną jako oficjalnego chłopaka – wspomina.

Na jej ogłoszenie odpowiedziało kilku mężczyzn. Weronika zdecydowała się jednak na pierwszą osobę, która do niej napisała. Nie chciała iść na wesele z kimś zupełnie obcym, dlatego przed uroczystością kilka razy się spotkali.

– Chciałam po prostu sprawdzić, czy będziemy się dobrze czuć w swoim towarzystwie. Przecież mieliśmy spędzić razem kilkanaście godzin i udawać przed rodziną, że się kochamy – uzasadnia.

Na weselu przedstawiła obcego mężczyznę rodzinie i znajomym jako swojego nowego partnera. Nie chciała, żeby ktokolwiek wiedział, że poznała go przez internetową grupę.

Czemu się zgodził? Bo nie ma partnerki, lubi dobrą zabawę i ... akurat nie miał planów na ten weekend.

Ostatecznie wspólna impreza okazała się dużo mniej niezręczna, niż sobie wyobrażała. Dobrze się bawili. Wymienili nawet kilka pocałunków, żeby uwiarygodnić swój status.

Po weselu kontakt ucichł. 

Podobny scenariusz, choć z zupełnie nieoczekiwanym zwrotem akcji, poznałam dzięki komentarzowi pod jednym z ogłoszeń. Zainteresowała mnie historia Natalii, która napisała, że dwa lata temu poszła na wesele z mężczyzną poznanym właśnie w ten sposób. Dziś są razem i właśnie świętują drugą rocznicę.

Opowiedziała mi, że początkowo zupełnie nie zakładała, że z tego spotkania może wyniknąć coś więcej.

– Michał miał być po prostu osobą towarzyszącą na jeden wieczór. Szczerze mówiąc, była nawet taka chwila, kiedy pomyślałam, że fatalnie wybrałam  – wspomina ze śmiechem.

Jak opowiada, na samym weselu nie wydarzyło się nic wartego zapamiętania. Nie uderzył w nią piorun sycylijski, a jej partner z internetu wydawał się trochę… nudny. Z ulgą wróciła nad ranem do domu. 

Ale Michał nie odpuszczał. Pisał, dzwonił. 

– Chyba mnie sobie "wychodził". Pomyślałam, że warto dać tej znajomości szansę. Zaczęliśmy się spotykać i tak już zostało. Myślę, że na tej grupie jest więcej takich historii – przypuszcza Natalia.

Strach przed pytaniem: "A ty nadal sama?"

Historie Weroniki i Natalii pokazują, że takie ogłoszenia mogą prowadzić do zupełnie różnych finałów. Czasem kończą się tylko udanym wieczorem w towarzystwie kogoś poznanego przez internet, czasem niespodziewanie przeradzają się w relację. W obu przypadkach początek był jednak podobny – potrzeba uniknięcia samotnego wejścia na uroczystość i pytań, których wiele osób wolałoby nie słyszeć. 

Zdaniem psycholożki Karoliny Kownackiej potrzeba znalezienia udawanego partnera często nie wynika z samego braku związku, ale z presji otoczenia i obawy przed pytaniami bliskich.

– Myślę, że tutaj działa wiele czynników. Przede wszystkim warto rozróżnić samotność od braku partnera, bo to nie zawsze jest to samo. Wiele osób jednak utożsamia samotność właśnie z nieposiadaniem związku. Taki człowiek bywa postrzegany jako ktoś, komu coś się nie udało, kto jest nieszczęśliwy albo "poturbowany przez życie" – mówi ekspertka.

Jak dodaje, w społecznym odbiorze samotność często traktowana jest jak stan, który należy jak najszybciej zmienić.

– Osoby, które wynajmują takich partnerów, niekoniecznie boją się samego bycia bez drugiej osoby przy świątecznym stole czy na weselu. Bardziej obawiają się pytań przekraczających granice: "A ty nadal jesteś sam?", "Kiedy kogoś sobie znajdziesz?", "Może już najwyższy czas?". Pojawiają się też złote rady, współczujące spojrzenia albo biernie agresywne komentarze – tłumaczy psycholożka.

Jak opowiada, jej pacjent usłyszał podczas świąt, że skoro nie ma jeszcze żony i dzieci, powinien płacić tak zwane bykowe. (potoczne określenie nieistniejącego dziś podatku, który miał obciążać kawalerów - przyp. red.)

– Dla mnie taki komentarz jest bezpośrednim upokorzeniem człowieka na oczach rodziny i innych osób. Tym bardziej że ktoś może być sam dlatego, że na przykład jest po trudnym, raniącym związku i potrzebuje czasu – zauważa Karolina Kownacka.

Jej zdaniem wynajęcie partnera bywa więc formą pozornej ochrony. Nie chodzi tyle o sam brak drugiej osoby, ile o lęk przed porównywaniem się z innymi i poczuciem, że nie spełnia się społecznych oczekiwań. Dla części osób pojawienie się na takim wydarzeniu samotnie wiąże się ze wstydem, poczuciem odrzucenia albo przekonaniem: "jestem gorszy". Tymczasem stan cywilny nie świadczy o wartości człowieka.

Psycholożka dodaje, że w takich sytuacjach często działa także potrzeba spełniania oczekiwań innych.

– Zamiast zapytać siebie: "Czego ja chcę?", "Jak ja się z tym czuję?", taka osoba zaczyna myśleć: "Co inni o mnie pomyślą?". Chęć uniknięcia rozczarowania rodziny albo krytycznych komentarzy sprawia, że niektórzy wolą udawać związek, niż narazić się na bolesną ocenę – tłumaczy.

Święty spokój na wynajem

Magdalena opowiada o swojej sytuacji ze śmiechem, bo w jej przypadku nie chodzi o brak relacji ani łatkę singielki. Ma ponad 40 lat i nie składa broni.

– Często jestem w związkach, próbuję, daję tym relacjom szansę, ale jakoś tak się składa, że żaden nie zostaje na stałe. I bardzo często rozstania zdarzają mi się jesienią. Ja właściwie co roku mam ten sam problem – opowiada.

A potem zbliża się sylwester.

– I nagle pojawia się pytanie: z kim ja pójdę? Nie dlatego, że nie umiem być sama albo czuję się samotna. Po prostu fajnie byłoby mieć z kim spędzić ten wieczór. Bardziej chodzi o zwykłą potrzebę spędzenia czasu z drugą osobą i uniknięcie sytuacji, w której wszyscy przychodzą parami, a ja znów muszę tłumaczyć, dlaczego jestem sama.

Dlatego zdarzało jej się szukać towarzystwa na lokalnych grupach.

Podobną potrzebę uniknięcia społecznej presji widać nie tylko przy okazji wesel. Kilka lat temu, kiedy przygotowywałam tekst o oszustach na portalach randkowych, założyłam profil na Tinderze. Wśród profili, które zobaczyłam, był też taki, który wyróżniał się już od pierwszego zdania. Mężczyzna jasno zaznaczył, że nie szuka miłości ani relacji romantycznej. Szukał osoby, która podczas konkretnego wydarzenia mogłaby odegrać rolę jego partnerki.

Nie każdy potrzebuje jednak do tego wynajętej osoby. Jedna z moich znajomych poszła o krok dalej – swojego partnera po prostu... wymyśliła. Nie chce się wiązać. Jest po przejściach i dobrze jej samej. Nie ma jednak ochoty po raz kolejny tłumaczyć tego rodzinie.

– Dla świętego spokoju wymyśliłam sobie faceta. Jest policjantem, pracuje na zmiany, często wypada mu służba akurat wtedy, kiedy są święta. Raz delegacja, raz dyżur, zawsze coś – opowiada z rozbrajającą szczerością. – Dzięki temu babcia ma spokój, a ja nie muszę po raz kolejny tłumaczyć, dlaczego nikogo nie mam.

Wentyl bezpieczeństwa

Historia wymyślonego policjanta to skrajny, ale bardzo obrazowy przykład tego, do czego może prowadzić brak społecznego przyzwolenia na bycie singlem. Karolina Kownacka zwraca uwagę, że udawany lub wymyślony partner bywa dla niektórych formą ochrony przed oceną i trudnymi rozmowami z bliskimi.

– Gdybyśmy mieli pewność, że nasza rodzina akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy, prawdopodobnie nie uciekalibyśmy się do takich rozwiązań. Jeżeli z doświadczenia wiemy, że otaczają nas ludzie wspierający, nie musimy obawiać się oceny, ataku czy dotykania naszych bolesnych miejsc. Wtedy łatwiej mówić o trudnych dla nas sprawach – tłumaczy psycholożka.

Jak jednak zaznacza, nie każdy ma umiejętność stawiania granic i obrony przed krytyką.

Karolina Kownacka zauważa też, że za potrzebą ukrywania braku partnera stoi jednak coś więcej niż pojedyncze pytania przy rodzinnym stole. To szerszy kulturowy schemat, w którym od najmłodszych lat uczymy się, że "udane życie" powinno wyglądać według określonego wzoru: partner, ślub, rodzina.

– Jako społeczeństwo często dostajemy komunikat, że pełnię szczęścia człowiek osiąga dopiero wtedy, kiedy jest w związku. Nadal funkcjonuje przekonanie, że druga osoba ma dopełnić nasze życie i że właśnie związek jest symbolem sukcesu, dojrzałości i spełnienia. Tymczasem poczucie własnej wartości i satysfakcja z życia nie powinny zależeć od statusu związku. Zdrowa relacja może wzbogacać życie, ale nie jest warunkiem tego, żeby było ono wartościowe – podkreśla psycholożka.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Chwilowa ulga czy ucieczka?

Wokół życia bez partnera narasta dziś wiele emocji, a w przestrzeni publicznej coraz częściej mówi się o tak zwanej pladze samotności. Zdaniem Karoliny Kownackiej warto jednak spojrzeć na ten temat szerzej.

– Stosunek ludzi do tego zjawiska jest bardzo skrajny. Część osób mówi, że ludzie stali się bardziej wybredni w wyborze partnera. Ja jednak nie oceniałabym tego tak zero-jedynkowo. Myślę, że wiele osób po prostu zaczyna rozumieć, że druga osoba nie jest kimś, kto ma wypełnić całe nasze życie. To my jesteśmy odpowiedzialni za swoją wartość, swoje marzenia i poczucie szczęścia – tłumaczy.

I dodaje: – Zmienia się także podejście do samotności. Wiele osób dochodzi do wniosku, że lepiej być samemu niż tkwić w nieszczęśliwych czy krzywdzących relacjach. W poprzednich pokoleniach często dostawaliśmy przekaz, że lepiej być w jakimkolwiek związku niż samemu.

Czy stworzenie fikcyjnej relacji na potrzeby rodziny rzeczywiście rozwiązuje problem?

– Wynajęcie partnera może przynieść chwilową ulgę, ale nie rozwiązuje źródła problemu. Osobie, która decyduje się na taki krok, początkowo może się wydawać, że to dobre rozwiązanie, bo pozwoli uniknąć konfrontacji z bliskimi, niewygodnych pytań, lęku przed oceną i wpychania w określone schematy. Ale tak naprawdę nie rozwiązuje przyczyny – ostrzega.

Jak dodaje, takie zachowanie może wręcz wzmacniać przekonanie, że ktoś sam w sobie nie jest wystarczający.

Taka osoba może utwierdzać się w myśleniu: "Jakiś jestem wadliwy", "Jestem gorszy", "Skoro nie mam partnera albo partnerki, to coś jest ze mną nie tak". To wiąże się z napięciem, koniecznością podtrzymywania kolejnych kłamstw i ciągłą obawą, że prawda wyjdzie na jaw. Jeżeli bliscy odkryją kłamstwo, może pojawić się wstyd, poczucie utraty zaufania i jeszcze większy lęk przed oceną.

Karolina Kownacka

psycholożka

Kluczem do odzyskania spokoju nie jest więc znalezienie kogoś do pary na jeden wieczór, ale zmiana myślenia o sobie i własnej wartości.

– Największą siłą i czymś, co może dawać człowiekowi stabilizację, jest zaakceptowanie swojej sytuacji i świadomość, że bycie singlem nie oznacza bycia gorszym albo niekompletnym. Każde życie ma swoją historię, a jego dużą wartością jest to, że jest plastyczne i może się zmieniać – podsumowuje Karolina Kownacka. – To, że dziś jesteśmy singlem na weselu, nie oznacza, że będziemy nim także w przyszłym roku. Życie cały czas się zmienia.