
Leży na czternastu wyspach. Jedną z nich w sporej części pokrywają muzea i parki rozrywki. Zachwyca porządkiem, zadbanymi zabytkami i oryginalnymi pomysłami na wspólną przestrzeń. I – wbrew pierwszemu wrażeniu – krótki pobyt tam nie wcale nie musi uderzyć nas po kieszeniach. Sztokholm to miasto jeszcze nie do końca odkryte przez Polaków. Ja je odkryłem w odsłonie zarówno letniej, jak i zimowej, i chcę was zachęcić do tego, żebyście zrobili to samo.
Polacy uwielbiają podróżować po Europie, ale stosunkowo rzadko za swój cel obierają północ kontynentu. Trudno się dziwić, szukamy ciepła i kultowych krajobrazów, a te oferują nam Rzym, Barcelona, Wenecja czy Dubrownik. W pakiecie są tam jednak tłumy innych ludzi skuszonych aurą tych miast, które – zwłaszcza w wysokim sezonie – potrafią wykończyć i skutecznie utrudnić urlop. Jeśli potrzebujesz od tego wytchnienia, rozważ podróż do stolicy Szwecji. Mam przeczucie, że jeszcze tam nie byłeś/byłaś, bo po powrocie ze Sztokholmu spora część moich znajomych zdziwiła się, że właśnie ten kierunek obrałem sobie za cel wakacyjnej podróży.
Wszyscy znają Rzym, mało kto zna Sztokholm
Zacznijmy od szybkiego zmierzenia się ze stereotypami. Sztokholm – Szwecja – Skandynawia – czyli zimno. Może kiedyś, ale na pewno nie w obecnych czasach, kiedy w Europie mierzymy się z rekordowymi upałami. Szwecja faktycznie leży w jednej z chłodniejszych części kontynentu, ale w sezonie letnim oznacza to bardzo przyjemne temperatury dla tych, którzy w skwarze nie mogą wytrzymać. Jeśli przedział między 20 a 25 stopni jest dla ciebie wystarczający, to Sztokholm jest idealnym celem dla twojego coolcation.

Czy Szwecja naprawdę jest droga?
Czas na drugą sprawę, która skutecznie powstrzymuje sporą część osób przed wyborem Sztokholmu jako miejsca swojej podróży, czyli ceny. Tak, jest drożej niż w Polsce, i to często wyraźnie. Większość produktów czy usług kosztuje około 30 proc. więcej niż u nas, choć bywają i takie, za które zapłacimy dwa razy więcej (to między innymi alkohol, o czym później).
Jednak jeśli będziemy wiedzieli czego dokładnie szukać w Sztokholmie – a o tym jest ten tekst – to szybko okaże się, że na dwu-trzydniowy wypad wcale nie wydamy więcej niż podczas weekendu w Pradze czy Berlinie. Grunt to nastawić się na nieco mniejszy konsumpcjonizm niż zwykle, a stolica Szwecji na to zdecydowanie pozwala.
A teraz konkretnie. Za autobus z lotniska Arlanda (największego i najlepiej skomunikowanego z Polską) do centrum Sztokholmu zapłacimy niecałe 75 złotych za osobę za podróż w obie strony. Jedzie on około 45 minut (odjazdy co 10-15 minut), można tę podróż skrócić wybierając pociąg Arlanda Express, ale to już koszt rzędu 130 złotych w jedną stronę. Jeśli chodzi o klasyczny transport miejski – autobusy, tramwaje, metro, promy – to tu pojedynczy bilet ważny przez 75 minut kosztuje 16 złotych. Zanim pomyślicie, że to dużo więcej niż w Polsce, zajrzyjcie do kolejnego akapitu: komunikacja publiczna w Sztokholmie to jedna z najmocniejszych atrakcji tego miasta!
Miasto na wodzie, gdzie zwykła podróż to atrakcja
Dlaczego? Otóż w związku z tym, że stolica Szwecji jest rozłożona na obszarze 14 wysp (nie mówiąc o tym, że cały Archipelag Sztokholmski składa się z tysięcy wysp i wysepek), to spora część transportu publicznego odbywa się na wodzie. Linii promowych jest około czterdziestu i podróżowanie nimi jest fantastyczną opcją na zwiedzanie miasta – oczywiście są też typowe linie turystyczne, ale koszty podróży nimi są znacznie wyższe.
Za cenę jednego biletu komunikacji miejskiej (kasowanego tylko poprzez błyskawiczne przyłożenie karty przy wejściu na prom) spokojnie przepłyniemy z centralnego placu Nybroplan przez zieloną wyspę Djurgarden do urokliwej przystani w Nacka Strand, wysiądziemy na chwilę na ląd i wrócimy. Promy kursują co kilkanaście minut i nawet w szczycie sezonu nie są przesadnie obłożone pasażerami.
Komunikacja miejska w Sztokholmie może nas zachwycić nie tylko swoją wodną odsłoną, ale też odsłoną podziemną. Stolica Szwecji ma bowiem jedyne w swoim rodzaju metro, które pełni jednocześnie funkcję galerii sztuki. Większość stacji oddano bowiem artystom, którzy przekształcili je w kolorowe, magiczne miejsca, sprawiające, że zwykła podróż między dzielnicami nabiera mistycznego wymiaru. Mamy więc tęczę wymalowaną na skale na stacji Stadion, mroczne motywy w Tekniska högskolan czy krajobraz rodem z odległej planety na przystanku przy sztokholmskim ratuszu. Wstęp do jedynej takiej galerii na świecie to po prostu bilet na komunikację miejską, czyli – jak wspomniałem – około 16 złotych.

Chodząc po Sztokholmie, co rusz trafiamy na oryginalne pomysły na kreowanie miejskiej tkanki. Ścisłe centrum stolicy Szwecji funkcjonuje na dwóch płaszczyznach, na niższym "piętrze" kursują samochody, wyżej nad nimi mamy przestrzenie piesze, ale też transport publiczny. Do tego całe mnóstwo drobnych rzeczy wywołujących uśmiech na twarzy i dających okazję do zrobienia sobie chwili przerwy od codziennego zgiełku. Na placu T-Centralen można zagrać w gigantyczne piłkarzyki, rozłożyć się w fotelach przypominających słynnego bączka z "Incepcji" czy pobawić się w monstrualną wersję zabawki z labiryntem i kulką w roli głównej.
Zobacz także
Jest też urokliwa starówka na wyspie
Spacer przez ścisłe centrum Sztokholmu zajmie nam wiele godzin, ale nawet nie zorientujemy się, jak szybko zleci nam ten czas. Po wyjściu z dworca autobusowego szybko trafiamy na niewielką wysepkę, na której ulokowane jest Riksdag – szwedzki parlament. Zaraz za nią zaczyna się Gamla Stan: historyczna część miasta, z Pałacem Królewskim, wąskimi uliczkami, całą masą sklepów z pamiątkami i cichymi zakątkami pięknie prezentującymi się na zdjęciach. Z każdej strony otacza nas woda, co daje wizualny efekt na swój sposób podobny do zwiedzania Wenecji. I to jest dobry trop, z tym że w Sztokholmie trudniej się zgubić, a ludzi jest zdecydowanie mniej.
Nieopodal Gamla Stan jest jeszcze jedna wyspa, na którą zdecydowanie warto się wybrać. To Skepsholmen, urokliwe, ciche i zielone miejsce, przy którym cumuje zabytkowy żaglowiec af Chapman, w centralnej części są kolorowe rzeźby, a fascynujące Modernamuseet oferuje co najmniej dwie godziny spędzone z najlepszą sztuką współczesną, starannie wyselekcjonowaną i doskonale dobraną do danego tematu wystawy.
Muzeum można opuścić... zjeżdżalnią, wcześniej podziwiając z jej szczytu panoramę miasta. A jeśli nam mało, to obok Skepsholmen jest jeszcze jedna, miniaturowa wysepka Kastellholmen, na której znajduje się niewielki zamek, doskonale widziany z wody.

Zielona wyspa pełna muzeów i lunaparków
Chcę wam opowiedzieć o jeszcze jednej wyspie, która nazywa się Djurgarden. Łatwo ją rozpoznacie z daleka, bo na jej środku znajduje się Gröna Lund, wielkie wesołe miasteczko pełne wysokościowych atrakcji, które mogą zawrócić w głowie nawet najbardziej wymagającym amatorom ekstremalnych doznań. Djurgarden to jednak też ogromne zielone tereny, po których można spacerować bez końca – wszak niegdyś mieścił się tu królewski zwierzyniec. Ale też cała masa muzeów, ulokowanych tuż obok siebie, a wśród nich skansen, muzeum ABBY, muzeum szwedzkiej kultury picia, muzeum nordyckie czy muzeum wraków.
To, co jest jednak punktem absolutnie obowiązkowym na wyspie Djurgarden, to Vasamuseet, czyli muzeum zbudowane na XVII-wiecznym okręcie wojennym. "Vasa" miał być kluczową jednostką szwedzkiej floty, która w tym czasie najeżdżała między innymi Polskę. Jednak świeżo wybudowany żaglowiec miał pecha – w 1628 roku przez błędy konstrukcyjne przepłynął od stoczni zaledwie około mili morskiej, po czym... zatonął. Kiedy po gigantycznej operacji wydobyto go z wody w latach 60-tych XX wieku szybko okazało się, że jest on najlepiej zachowanym okrętem wojennym z tamtych czasów na świecie.
W Muzeum Vasa możemy więc stanąć bezpośrednio obok XVII-wiecznego giganta i przy tej okazji poznać zarówno jego krótką i tragiczną historię, jak i wszystko, co związane ze sztuką wojny, wyposażania okrętów i codziennego funkcjonowania na pokładzie w tamtych czasach. Włącznie z pokazaniem szczątków załogantów i opowiedzeniem prawdopodobnej historii ich życia i śmierci. Szwedzi rozłożyli to wszystko na czynniki pierwsze, dzięki czemu opuszczamy ekspozycję z kompleksową wiedzą, jeszcze przez długi czas oszołomieni rozmachem przedsięwzięcia.

Kuchnia? Nie zachwyca
Jeśli jest coś, czym Sztokholm ustępuje innym europejskim stolicom, to jest to gastronomia. I nie chodzi o to, że mają kiepskie knajpy. Po prostu szwedzka kuchnia nie jest specjalnie ekscytująca, a większości klasycznych dań z tego kraju i tak każdy z nas już spróbował, odwiedzając ich naczelny towar eksportowy, czyli Ikeę.
Na pewno warto wpaść na niedrogiego smażonego śledzia z budki Nystekt Stromming na wspomnianej Gamla Stan. I skosztować słodkich bułek cynamonowych z obowiązkową kawą przelewową w ramach szwedzkiej tradycji fika, czyli krótkiej przerwy od codziennych obowiązków spędzonej na luźnej rozmowie przy czymś ciepłym i słodkim. Co do reszty doświadczeń kulinarnych – śmiało możecie poszukać sobie restauracji serwujących kuchnię europejską, bo wiele nie stracicie, rezygnując z eksplorowania Szwecji na talerzu.
Sztokholm to miasto spokojne, oczywiście w sezonie widać spore rzesze turystów, ale to nic w porównaniu z miastami będącymi punktami obowiązkowymi we wszystkich przewodnikach. Nie jest też miejscem nastawionym na imprezę. Alkohol jest drogi, w większości sklepów nie kupisz piwa o mocy wyższej niż 3,5 proc., a puby i kluby nocne są schowane gdzieś poza głównymi traktami. Szwedzi zresztą regularnie przyjeżdżają pobawić się do Polski – do Gdańska czy Krakowa – bo dla nich to nasze miasta są doskonałymi lokalizacjami na imprezę. My za to możemy udać się do naszych północnych sąsiadów po wytchnienie, bo właśnie to Sztokholm jest w stanie nam zapewnić.
Idealne miejsce na city break
Zimą stolica Szwecji jest bardzo spokojna, refleksyjna i magiczna. Latem jest kolorowa, radosna, a jednocześnie nieprzytłaczająca i nietopiąca się w słońcu. Bardzo polecam ją nawet na dwudniowy wypad, z jednym bądź dwoma noclegami (dla dwóch osób jesteśmy w stanie znaleźć go w hotelu w granicach 400 złotych, na barkach jest jeszcze taniej). Fajnie zobaczyć miasto, które zbudowano na wodzie, jednocześnie niebędące Wenecją, gdzie ludzie normalnie funkcjonują, żyją swoim rytmem i nie muszą ciągle opędzać się od turystów. Pokazując jednocześnie, że wiele rzeczy da się robić wolniej i z pomysłem. To dobra inspiracja dla naszego coraz bardziej zabieganego narodu.






