
Czy można być za starym na spełnianie marzeń? Moim zdaniem nie. Dlatego mimo ironicznego uśmiechu na twarzy mojej mamy, w wieku 30 lat w Singapurze spędziłam cały dzień w atrakcji rekomendowanej dla dzieci. I powiem Wam, że bawiłam się chyba jeszcze lepiej od dzieciaków biegających dookoła.
Kiedy byłam dzieckiem, zagraniczne podróże wydawały się czymś nierealnym i mało osiągalnym, zwłaszcza że mieszkałam w małym mieście. Moją wyobraźnię zawsze rozpalały wizyty w Disneylandzie pokazywane np. w programie "Dom nie do poznania". I choć od tego momentu minęło przynajmniej 20 lat, to ja nadal marzę o tych pozornie dziecięcych parkach rozrywki. Disneyland w Paryżu odwiedziłam jako 26-latka. Na chwilę przed 30. urodzinami zaliczyłam kolejne takie miejsce. Tym razem było to Universal Studios w Singapurze, które oczarowało mnie zwłaszcza jedną strefą.
Cały dzień w parku rozrywki to spełnienie marzeń każdego dziecka. I moje
Singapur, czyli kraj krezusów, był jednym z moich przystanków podczas samotnej podróży przez Azję Południowo-Wschodnią. Kiedy zaczęłam planować tam pobyt i zobaczyłam, że na tamtejszej wyspie Sentosa znajduje się Universal Studios, wiedziałam, że muszę się tam pojawić. I tak błyskawicznie stał się to najbardziej wyczekiwany punkt mojej podróży. Zwłaszcza że wcale nie była to aż tak droga wyprawa.
Całodniowy bilet do Universal Studios kosztował mnie ok. 220 zł, i to nawet na kilka dni przed terminem wizyty. To duża różnica w porównaniu z paryskim Disneylandem, gdzie ceny rosną w zależności od zainteresowania, stąd najlepiej kupować je na długo przed planowaną podróżą.
Wracając do Singapuru – ta jedna opłata wystarcza, żeby korzystać bez limitu ze wszystkich atrakcji na miejscu.
Park nie jest duży – zajmuje 25 hektarów podzielonych na 7 stref tematycznych. Podobną powierzchnię przed rozbudową zajmował również Disney Adventure Park w Paryżu i porównywanie ich jest chyba zdecydowanie lepsze niż nawiązywanie do głównego Disneylandu w stolicy Francji. W Azji mamy do dyspozycji 24 atrakcje, a mi udało się odwiedzić prawie każdą z nich. Najważniejszej nie zaliczyłam, bo w czerwcu była nieczynna, ale w zamian z kilku innych skorzystałam dwa razy.

Generalnie Universal Studios w Singapurze uchodzi za park rodzinny, przeznaczony dla dzieci. I zdecydowanie się z tym zgadzam. Ale równocześnie nie oznacza to, że 30-latka nie może tam spędzić świetnego dnia, czerpiąc przyjemność z przejażdżek i podróży do krain znanych z dzieciństwa. Tak! Kiedy przekroczyłam progi Zasiedmiogórogrodu, uśmiech nie schodził mi z ust.
Wychowałam się na Shreku! A tamtejsza przejażdżka kolejką z Kota w Butach była ciekawa ze względu na scenerię, ale i nietypowy sposób wyciągania wagoników na górę. W przypadku Enchanted Airways warto zwrócić uwagę na Ciastka, który ewidentnie miał za sobą długi wieczór pełen imprez. Takie smaczki wywołują uśmiech na twarzy.

Zróżnicowane atrakcje i lekki przesyt nowymi technologiami
Oprócz wspomnianego Shreka na miejscu czeka was jeszcze 6 innych stref – Minionki, Mumia, Jurassic Park, Hollywood, Nowy Jork, Sci-Fi City (Battlestar Galactica i Transformers), a ich wystrój stoi na mistrzowskim poziomie. Chodząc między kamienicami, miałam wrażenie bycia w Nowym Jorku, a budynki w strefie Minionków były jak wyjęte ze świata tej popularnej animacji. I na tym właśnie polega magia takich miejsc – przenoszą nas choć na chwilę do zupełnie innej rzeczywistości, w której marzenia stają się prawdą, a postacie z bajek ożywają.
Dwie czołowe atrakcje tego parku to rollercoastery Battlestar Galactica – najwyższy na świecie pojedynek dwóch rollercoasterów – a także Revenge of the Mummy. Pierwszy z nich był niestety nieczynny podczas mojej wizyty, ale za to Mumia dała mi zdrowy zastrzyk porannej adrenaliny (na podobne emocje bliżej domu też jest szansa, bo Energylandia buduje nowy rollercoaster). Przejażdżka odbywa się w całości w zamkniętej przestrzeni i ciemności, przez co nie wiecie, co czeka was za moment. Na pętlach 360 stopni moje śniadanie próbowało wrócić, skąd przyszło, ale przecież o taki zastrzyk emocji w tym chodzi.
Trzecią perełką parku w Singapurze jest Transformers The Ride: The Ultimate 3D Battle. Tak, to jedna z licznych atrakcji wykorzystujących technologię 3D, a nawet 4D. Podobne znajdują się również w strefie Shreka, gdzie w zamku poznajecie dalsze losy Lorda Farquaada, a także w świecie Minionków, gdzie czeka was pogoń za uciekającym prezentem.
I te technologie robią wrażenie, ale jednak byłam nimi nieco rozczarowana. Żadna technika nie zastąpi przecież prawdziwej przejażdżki i wiatru we włosach. Z tym właśnie przekonaniem stanęłam w kolejce do przygody w świecie Transformersów. I był to zupełnie inny poziom! Wagonik przesuwa się tam między kolejnymi scenami, a ogromny ekran sprawia, że naprawdę ma się wrażenie bycia świadkiem widocznych na nim wydarzeń. Do tego dochodzi jeszcze dopasowana sceneria. Efekt WOW był tak duży, że po chwili jechałam tam po raz drugi.

Jeżeli atrakcje 3D mają wyglądać tak jak w przypadku Transformersów, jestem na tak. Rozumiem też, że przy ograniczonej przestrzeni jest to po prostu idealna opcja na zmieszczenie większej ich liczby. Niemniej fanką i zwolenniczką raczej nie zostanę – dla mnie są bardziej dodatkiem niż główną zachętą do wizyty w parku.
Zobacz także
30-latka na zdjęciu ze Shrekiem. Zrobiłabym to po raz kolejny
Podobnie jak w Disneylandzie, na ulicach Universal Studios w Singapurze nie brakowało postaci znanych z bajek. Kiedy zobaczyłam, że pod zamkiem w Zasiedmiogórogrodzie nie ma kolejki do zdjęcia ze Shrekiem i Fioną, oczywiście zrobiłam sobie wspólne zdjęcie. Tym bardziej że gdzieś w domowym archiwum mam bardzo podobne, zrobione z przebierańcami z Łeby. Na tym drugim miałam jednak jakieś 10 lat. Radość w obu przypadkach była jednak taka sama.

Ale dobijmy do mety. Czy dorosła osoba może bawić się dobrze w rodzinnym parku rozrywki? Oczywiście, że tak. Atrakcje w Singapurze były zróżnicowane pod kątem różnych grup wiekowych. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest pielęgnowanie wewnętrznego dziecka. Zamiast zmieniać się w sztywnych i poważnych dorosłych, wiecznie zabieganych i zestresowanych, trzeba umieć znaleźć w sobie tę iskrę dziecięcej radości. Ja nadal ją mam i pielęgnuję. Wam także to polecam.
Tym bardziej że jako dorosłych stać nas nie tylko na wizytę w parku czy w ogóle podróż tam, ale i na drobne szaleństwa w sklepach z pamiątkami, które kosztują krocie (kubek to wydatek ok. 40-60 zł), ale przypominają później o tych krótkich chwilach dziecięcej radości. Teraz czekam na otwarcie nowego parku Universal Studios pod Londynem.






