
Wiele podróżujących osób śmieje się z tych, którzy stoją w kolejkach do samolotów. W tym roku latałam już 12 razy i tylko 2 razy nie było mnie w ogonku do wejścia na pokład. Szybko przypomniałam sobie, dlaczego lubię być jedną z pierwszych osób w samolocie.
Osoby stojące w kolejkach do boardingu są bardzo często wyśmiewane. Internetowi szydercy żartują, że amatorzy boją się, iż samolot im odleci. Prawda jest jednak taka, że takie rozwiązanie jest po prostu o wiele lepsze dla pasażerów, ale i dla samego przebiegu lotu. Dlaczego? Już wam wszystko wyjaśniam.
Zawsze wchodzę do samolotu jako jedna z pierwszych. Chodzi o moją wygodę
Nie będę ukrywać, że moim podstawowym celem przy szybkim wejściu na pokład jest po prostu wygoda. Zwłaszcza kiedy widzę, że boarding odbywa się przez rękaw, bez dodatkowej wycieczki krajoznawczej busem po płycie lotniska.
Dzięki temu, że szybciej wejdę na pokład, mam większe szanse na znalezienie wolnego miejsca w schowku nad głową na mój plecak. Mam 172 cm wzrostu i to wystarcza, żeby wsunąć nogi pod fotel przede mną. Ale kiedy większość tej przestrzeni zajmuje plecak, robi się mało wygodnie. Zwłaszcza jeśli czekają mnie np. 3-4 godziny bez możliwości swobodnej zmiany pozycji przez bagaż pod nogami. Naprawdę współczuję osobom, które są zbyt wysokie, żeby wyprostować nogi pod fotelem, dla nich to, które miejsce w samolocie wybrać, ma jeszcze większe znaczenie.
Pod koniec sierpnia leciałam liniami PLL LOT i nieco zagapiłam się na Lotnisku Chopina. Wchodząc jako jedna z ostatnich, o wolnym miejscu w schowku bagażowym mogłam już zapomnieć. W drodze powrotnej ustawiłam się w kolejce szybciej, ale ponieważ Embraery 195 we flocie PLL LOT nie mają wielkich schowków, miejsca na mój plecak i tak zabrakło. Efekt? Musiał stać obok moich nóg. Niestety ze względu na stelaż był zbyt duży, żeby zmieścić się pod siedzeniem. Spełniał co prawda wymogi wymiarowe dla walizki kabinowej, a niektóre linie lotnicze czepiają się bagażu podręcznego nie bez powodu, ale przestrzeni w schowku na niego zabrakło. Dobrze, że lot trwał tylko godzinę, a fotele były na tyle szerokie, że nie przeszkadzałam pasażerowi obok. Warto przy tym pamiętać, że Ryanair podkręca kontrole bagażu, więc u innych przewoźników problem z plecakiem może zacząć się już przy bramce.

Nie śpieszysz się z wejściem na pokład? Spowalniasz lot
Wygoda w schowaniu plecaka do schowka to jednak niejedyny powód, dla którego nie warto czekać z wejściem do ostatniej chwili. Trzeba pamiętać, że im wcześniej wejdziemy do samolotu, tym mniejsze będzie ryzyko opóźnienia startu. Nie da się bowiem ukryć, że to właśnie pasażerowie zajmujący swoje miejsca są przyczyną wielu poślizgów na lotniskach.
Zobacz także
Roszady miejsc, wielokrotne przekładanie bagażu, bo "a może daj mi jednak tę torebkę tutaj na dół", i blokowanie korytarza powodują, że maszyna zalicza opóźnienie. Dodatkowo wchodzenie na pokład nie odbywa się płynnie przez cwaniaków, którzy uważają, że mają jeszcze czas i czekają na "Final Call", czyli ostateczne wezwanie. Gdyby każdy stanął w kolejce, czekając na sprawne wejście, albo przynajmniej podchodził do bramki, kiedy ogonek się kurczy, cały proces boardingu przebiegałby znacznie szybciej.
Dzięki temu ryzyko opóźnienia byłoby mniejsze. Przy odrobinie szczęścia pojawiłaby się nawet szansa na to, żeby samolot wystartował przed planowaną godziną. Do tego co prawda potrzebna jest zgoda w kontroli ruchu lotniczego, ale teoretycznie taka szansa istnieje. Nad skracaniem procedur pracuje zresztą także port, sama testowałam niedawno wielką zmianę na Lotnisku Chopina, która wyraźnie przyspiesza kontrolę bezpieczeństwa. Dlatego zamiast przed kolejnym lotem śmiać się z osób w kolejce, lepiej rusz się z miejsca i przyspiesz proces boardingu. Pomożesz w ten sposób innym i sobie.






