Mariusz Błaszczak na tle żołnierzy
Mariusz Błaszczak skompromitował się wypowiedzią o NATO Fot. Shutterstock / canva

Mariusz Błaszczak w jednej wypowiedzi zdążył podważyć sens artykułu 5 NATO, zaprzeczyć wielu swoim działaniom z przeszłości i skompromitować PiS w oczach całego świata i Europy. Były minister obrony nie chce bowiem potwierdzić, że w razie rosyjskiej napaści na państwa bałtyckie mogłyby one liczyć na pomoc polskich żołnierzy. A przynajmniej nie w sytuacji, gdyby to Błaszczak odpowiadał za naszą armię.

REKLAMA

Ta wypowiedź zostanie z Błaszczakiem na długo

Polscy żołnierze powinni bronić Polski – ta wypowiedź Mariusza Błaszczak z Radia ZET z 1 września 2026 roku na pewno oburzyłaby Mariusza Błaszczaka z 2022 i 2023 roku, kiedy ten jako minister obrony narodowej podejmował decyzje, które zapewniły Ukrainie przetrwanie. I który wtedy zdawał sobie sprawę z tego, jak ważna jest solidarność w obliczu rosyjskiej napaści. I który traktował NATO jako sojusz o wiele większy niż – jak dziś sobie go wyobraża – de facto dwustronna relacja Polski z USA.

Bogdan Rymanowski zadał we wtorkowy poranek Błaszczakowi bardzo proste pytanie: "jeśli Rosjanie zaatakują Estonię, Łotwę bądź Litwę - czy polscy żołnierze powinni im pójść z odsieczą?". Były szef MON, oprócz wspomnianych słów o obronie Polski (w domyśle: tylko Polski), zaczął mówić, jak to Błaszczak o... Donaldzie Tusku. "Rząd, który Polską rządzi, powinien nawiązywać jak najlepsze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. A to nie jest jasne, dlatego że Tusk jest antyamerykański i proniemiecki. Tusk rządzi. Jeśli sobie nie radzi, powinien podać się do dymisji". Dalej było też coś o tym, że ewentualna obrona sojuszników przez Polskę "zależy od okoliczności".

"To podważenie najważniejszej zasady NATO"

Słowa byłego szefa MON szybko obiegły internet. – Mariusz Błaszczak w zasadzie podważył dziś najważniejszą zasadę NATO, artykuł 5. Traktatu, który mówi o wzajemnej pomocy państw sojuszniczych w razie ataku na jakiekolwiek z nich. 1 września. W rocznicę wybuchu wojny, która zaczęła się właśnie od tego, że wolny świat uznał, że cudzy problem nie jest jego problemem – skomentował rzecznik rządu Adam Szłapka.

– Skandaliczna wypowiedź. Rosja testuje granice naszej solidarności. Każda wypowiedź, która podważa art. 5, zwiększa prawdopodobieństwo wojny – ocenił Maciej Konieczny z Partii Razem.

Faktycznie kontekst obchodzonej tego dnia 87. rocznicy wybuchu II wojny światowej jeszcze bardziej wpłynął na to, że słowa Błaszczaka zaczęły się gęsto rozchodzić po sieci. PiS uruchomił więc mechanizm obronny. Nieudolny, bo znów opierający się na... Tusku.

Wicerzecznik partii Mateusz Kurzejewski opublikował cytaty z premiera mające udowodnić, że to Donald Tusk kwestionował artykuł 5. NATO. Problem w tym, że przytaczane słowa z końca kwietnia "Chcę wierzyć, że artykuł 5 nadal obowiązuje, ale czasami mam pewne wątpliwości" były osadzone w kontekście gróźb opuszczenia Sojuszu Północnoatlantyckiego przez Donalda Trumpa (tak, tego Trumpa, który dla Błaszczaka jest jedynym sensownym sojusznikiem). Ogłoszonych 2 kwietnia, szczęśliwie wciąż niezrealizowanych.

Smutna przemiana na gorsze Błaszczaka i PiS

Czy takie zachowanie Błaszczaka powinno dziwić? Nie, jeśli obserwujemy przemianę Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich miesiącach. Z partii, której rząd był największym na świecie jastrzębiem w sprawie ukraińskiej, PiS stał się partią antyukraińską, ścigającą się w tej dyscyplinie już nawet nie z Konfederacją, a Grzegorzem Braunem. Stąd pomysły deportacji z Polski niepracujących Ukraińców czy wstrzymania jakiejkolwiek pomocy temu krajowi z powodu nierozliczenia się ws. Wołynia. Taki jest pomysł PiS na siebie od momentu, gdy jego kandydatem na premiera jest Przemysław Czarnek, a już zwłaszcza po zrzuceniu balastu w postaci nieco bardziej umiarkowanego stronnictwa Mateusza Morawieckiego.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że Mariusz Błaszczak całkowicie w ten sposób przekreśla to, co rząd jego i Mateusza Morawieckiego robił po lutym 2022 roku. Nie ma wątpliwości, że to w sporej mierze dzięki Polsce Ukraina była w stanie obronić swój kraj przed najazdem Rosjan, którzy podeszli prawie pod Kijów, a jednak zostali spod niego wyparci, również przy udziale polskiego sprzętu. Dzisiejszy Błaszczak określiłby ten czas "wielkim rozbrajaniem Polski", i oczywiście nie przyjmowałby do siebie informacji, że gdyby Putin błyskawicznie zajął Ukrainę, to dziś wojna mogłaby już trwać w całej Europie Środkowej.

Dziś Mariusz Błaszczak i jego ekipa nie rządzą Polską. Nie mają więc wpływu na decyzje o wysłaniu naszych żołnierzy z odsieczą do naszych najbliższych sojuszników. Ale być może w 2027 roku wrócą do władzy. I jeśli wtedy ktoś napadnie nasz kraj, jakiś cyniczny premier czy prezydent któregoś z państw NATO będzie mógł łatwo wyciągnąć z teczki słowa Błaszczaka z września 2026 roku. Skoro "Polacy muszą bronić Polski", to dlaczego tego samego miałby nie powiedzieć Niemiec, Francuz czy Brytyjczyk?