
W tle niepokojących doniesień o możliwych ruchach Kremla szczególną uwagę przyciąga jeden z krajów bałtyckich. Jest tam grupa ponad 160 tys. osób, których status może w przyszłości stać się dla Rosji wyjątkowo wygodnym pretekstem.
Według niedawnych doniesień zachodnich mediów, w tym "Wall Street Journal" i "Politico", Moskwa może przygotowywać się do ograniczonego ataku lądowego na Łotwę, Estonię lub Litwę. Wcześniej o niepokojących doniesieniach wywiadowczych wspominał nawet Donald Tusk, nazywając kolejne miesiące "krytycznymi".
Nie jest to novum – o potencjalnym zagrożeniu na północno-wschodniej flance NATO mówi się od dłuższego czasu. Jednak to wydarzenia z ostatnich kilku dni sprawiły, że o możliwości nastąpienia ataku jest coraz głośniej.
Całe NATO spogląda na północny wschód
W tym tygodniu oczy komentatorów politycznych z całego świata skupiły się na dwóch stolicach – Moskwie i Rydze. Moskwie, bo odwiedził ją nieoczekiwanie John Ratcliffe – szef amerykańskiego wywiadu. Rydze, bo tuż przed wizytą na Kremlu i tuż po niej, dyrektor CIA lądował właśnie tam.
Wiele osób upatruje w tej sytuacji analogii do inwazji na Ukrainę w 2022 roku. Kilka miesięcy przed nią, w listopadzie 2021 roku na Kremlu pojawił się William Burns, ówczesny szef CIA. Na zlecenie Joe Bidena udał się do Moskwy, aby przekonać Władimira Putina do odstąpienia od planów pełnoskalowej inwazji. Burns udał się także do Kijowa, tuż przed tym, jak doszło do ataku.
Obecnej sytuacji przypisuje się wymiar symboliczny. Tym razem USA zdecydowały się jednak na okazanie solidarności ze swoim sojusznikiem – Łotwą, przypomnijmy: członkiem NATO i Unii Europejskiej, zanim podjęte zostały rozmowy z Kremlem.
O samych rozmowach na szczycie wiemy niewiele – Donald Trump twierdzi, że dotyczą one kwestii "półrutynowych", a ich celem jest zakończenie wojny na Ukrainie. Na inny scenariusz wskazują przecieki, które dotarły do uszu zachodnich mediów. Według nich sytuacja jest bardzo poważna, a Rosja może szykować się do kolejnej inwazji, równolegle do tej prowadzonej obecnie w Ukrainie. Kluczowy w tym wszystkim ma być zastój rosyjskiej maszyny wojennej, która nie jest w stanie poczynić postępów na południowym froncie. Jednocześnie ma możliwość zasiania chaosu na północy i "sprawdzenia", czy NATO będzie zainteresowane adekwatną odpowiedzią.
Ryga w tej grze nie jest miejscem przypadkowym. Kraje bałtyckie już teraz są polem hybrydowej bitwy, ale to w przypadku Łotwy zagrożenie może być największe. Wskazują na to dotychczasowa polityka Kremla i wewnętrzna sytuacja kraju, w którym w latach 90. pojawił się nietypowy problem – o ile słowo "problem" może w ogóle zostać użyte w kontekście setek tysięcy osób.
Łotewscy nieobywatele – w kraju żyje 160,5 tys. osób "obcych"
Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku Łotwa przeszła przez szereg trudnych reform systemowych. W ich trakcie powstał pewien byt prawno-administracyjny, pewna osobna kategoria obywatela. Chodzi tu o nieobywateli, tzw. nepilsoņi, którzy mieszkają na terytorium tego kraju, ale nie posiadają ani łotewskiego, ani żadnego innego obywatelstwa.
Ich status reguluje ustawa "O statusie obywateli byłego ZSRR nieposiadających obywatelstwa Łotwy ani innego państwa". Jednocześnie według stanowiska władz w Rydze, a konkretniej tamtejszego Rzecznika Praw Obywatelskich, nie są to osoby uznawane za bezpaństwowców i mogą korzystać z dużej liczby praw obywatelskich, ale nie wszystkich.
W zakresie ich praw jest ochrona za granicą, prawo do stałego pobytu, równe prawa socjalno-ekonomiczne, prawo do edukacji i prawo do nabycia obywatelstwa w dowolnym momencie poprzez naturalizację. Jednocześnie takie osoby nie mają praw wyborczych.
Nieobywatele często pochodzą z rodzin, które pojawiły się na Łotwie w okresie radzieckim. Nie kwalifikowali się do automatycznego nabycia obywatelstwa. Ich status miał być tymczasowy – chodziło o zapewnienie czasu na naturalizację lub wybór innego państwa (w domyśle: Rosji), z którym taka osoba mogłaby związać się prawnie. Na samym początku funkcjonowania ustawy nieobywatele na Łotwie mogli stanowić do 30 proc. populacji. Niestety, o "tymczasowości" nie może tu być mowy – takie osoby wciąż stanowią w kraju liczną mniejszość.
Według najnowszego raportu za rok 2025, opublikowanego w ramach łotewskiego oficjalnego portalu statystycznego, nieobywatele stanowią 8,7 proc. populacji Łotwy, co przekłada się na 160,5 tys. osób. Ich udział w demografii kraju spada, jednocześnie rośnie liczba osób z łotewskim obywatelstwem.
Choć wygląda to na ciekawostkę z prawa międzynarodowego, kwestia nepilsoņi jest bardzo znacząca z perspektywy obecnych doniesień na temat potencjalnych kroków Kremla. Mimowolnie mogą stać się oni głównymi aktorami w kolejnym militarnym teatrze reżyserowanym przez Władimira Putina.
Nepilsoņi mogą stać się narzędziem ruskiego miru
Federacja Rosyjska w swoim przekazie bardzo często nawiązuje do sentymentu wyzwoleńczego. Agresywne działania, za którymi stoi Kreml, potrzebują wyraźnego pretekstu – względów humanitarnych lub, jakże szlachetnej, "obrony" własnych obywateli. Rosyjska konstytucja przewiduje przecież obowiązek chronienia przedstawicieli narodu, nawet jeśli znajdują się za granicami kraju.
Artykuł 61 ustęp 2 Konstytucji Federacji Rosyjskiej
Szczególnie że granice z perspektywy Kremla to kwestia względna – tak jak to miało miejsce w Osetii Południowej i Abchazji, czy obecnie w Donbasie. Tak samo, jak obywatelstwo – rodak za granicą to też rodak. A co do środków tej opieki i ochrony – nie muszą ograniczać się do dyplomacji. Mogą i przyjmują formę interwencji militarnej, co zdarzyło się przynajmniej dwukrotnie – właśnie w przypadku Gruzji i Ukrainy.
Nepilsoņi są od dawna celem działań hybrydowych i dezinformacyjnych. Warto jednak zwrócić uwagę, że mówimy tu o dość podatnym gruncie – o "obcych", o "nieobywatelach", o osobach, które nie mają praw gwarantowanych im przez demokrację. To grupa, która ma prawo czuć się marginalizowana i dyskryminowana przez państwo, na którego terenie mieszka. Jednocześnie w ich przypadku kuszącą może wydawać się więź kulturowa z "rodakami" zza granicy. Szczególnie że ci w swoim przekazie deklarują chęć powitania ich z otwartymi ramionami, a politykę Łotwy nazywają "apartheidem XXI wieku" – to akurat określenie użyte przez Siergieja Ławrowa kilka lat temu.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
W tej chwili Federacja Rosyjska traktuje nieobywateli jako mniejszość rosyjską, jako część rosyjskiego miru (tzw. sootieczestwiennicy – krajanie, rodacy). Wskazuje się tu m.in. na to, skąd takie osoby przybyły i to, jakim językiem posługują się na co dzień. Językiem, wokół którego na Łotwie toczą się zresztą dyskusje. W przestrzeni publicznej pojawił się nawet pomysł, aby rosyjski stał się drugim językiem państwowym. Doprowadziło to zresztą do referendum w 2012 roku.
Referendum, w którym 75,04 proc. uczestników odrzuciło taką propozycję. Choć były regiony (głównie na granicy z Rosją), gdzie większość opowiadała się za zmianami.
Choć nieobywatele są grupą zróżnicowaną (część z nich w ogóle nie ma związku z Rosją, a przybyli na Łotwę z Białorusi, Ukrainy czy nawet Polski), Rosja nie potrzebuje ich poparcia do podjęcia działań w ich imieniu. Kreml może wykorzystać ich sytuację w ramach swojej wielkiej agendy anty-NATO. Mają wszystko, czego maszynie propagandowej potrzeba – wizję uciśnionej grupy "rodaków", której odbierane są prawa, język i tożsamość. Nic, tylko ruszać na ratunek.






