
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W relacjach romantycznych potrafią namieszać już na samym początku. – Miałam przed laty w pracy koleżankę, która traktowała randki jak darmową stołówkę. W ogóle nie była zainteresowana tymi facetami. Trochę przestaje mnie więc dziwić, że niektórzy tak bardzo pilnują swojego portfela – opowiada Ilona. Bartłomiej Borys, psychoterapeuta, psycholog i terapeuta relacji: – Rachunek może być tylko pretekstem.
Wracasz z nieudanej randki. Wieszasz płaszcz, zdejmujesz buty. Oddychasz z ulgą. Nagle – dźwięk WhatsAppa. Zerkasz na smartfon: "Hej. Oboje wiemy, że nic z tego nie będzie. Podsyłam numer do BLIK-a na 18 zł za twoje latte". Unosisz w niedowierzaniu brwi.
Robisz screena, wrzucasz go do mediów społecznościowych. I patrzysz, jak posypują się komentarze: "Ale skąpiec!", "Żenada!", "Co za brak klasy!", "Gołodupiec, dobrze, że już więcej się nie spotkacie!".
Upajasz się nimi.
1000 zł na pierwsze randki
Jeszcze rok temu Kasia pewnie sama pisałaby takie komentarze. Dziś, choć nadal nie pochwala proszenia o zwrot pieniędzy po randce, na mężczyzn patrzy z dużo większą wyrozumiałością.
Stało się to po tym, jak jej brat zaczął intensywnie randkować. Szuka tej jednej, jedynej, z którą zostanie na resztę życia.
– Dopiero wtedy zobaczyłam, jaki to jest dla faceta koszt. Kilka wyjść w miesiącu i nagle znika tysiąc złotych na relacje, które kończą się po dwóch godzinach – opowiada. – Sama od niedawna jestem singielką i jak w końcu otworzę się na znajomości, to zacznę chyba proponować podział pół na pół.
Ilona: – Miałam przed laty w pracy koleżankę, która traktowała randki jak darmową stołówkę. I to nie byle jaką! Korzystała z Badoo, wtedy chyba nawet Tindera jeszcze nie było. Pod koniec miesiąca, gdy brakowało jej pieniędzy, umawiała się z facetami do drogich restauracji. Nawet jej się nie podobali. Bezczelnie ich wykorzystywała.
Dziś takie zachowanie ma nawet swoją nazwę: foodie call. To określenie sytuacji, w której ktoś umawia się na randkę nie dlatego, że rzeczywiście jest zainteresowany poznaniem drugiej osoby, ale przede wszystkim po to, żeby zjeść w restauracji na jej koszt. Sama randka staje się więc właściwie sposobem na darmowy posiłek.
Ilona, mimo że jest tradycjonalistką i uważa, że to mężczyzna powinien płacić za romantyczną kolację, przyznaje, że po tamtej historii zaczęła dostrzegać także inną perspektywę.
– Faceci w dzisiejszych czasach nie mają lekko. Z jednej strony chcemy równouprawnienia, niezależności i równego traktowania, a z drugiej – wciąż oczekujemy, że to facet zapłaci na randce. Sama zaczęłam się zastanawiać, czy to do końca fair. Może warto czasem wziąć na siebie rachunek za kolację czy drinka?
S*ks za kolację
Magda płaci zawsze za siebie. Ma 42 lata i za sobą bolesny rozwód. Od trzech lat chodzi na randki. Na razie zaowocowały jednym krótkim i dość letnim związkiem. Szuka więc dalej.
– Mam paranoję chyba w drugą stronę, bo nawet jeśli facet się wyrywa, to ja nie daję za siebie zapłacić. Nie chcę, żeby później uznał, że skoro zapłacił za kolację, to jestem mu winna.
Zna ten mechanizm z własnego doświadczenia. Kilka miesięcy po rozwodzie pewien uroczy i czarujący mężczyzna zabrał ją do wykwintnej, bardzo drogiej restauracji. "Zapraszam i płacę" – uprzedził jej pytające spojrzenie.
Po kolacji zaproponował, żeby pojechali do jego mieszkania. Kiedy odmówiła, jego zachowanie nagle się zmieniło. Stał się napastliwy i przykry, zaczął też wypominać jej kolację.
– Wtedy nagle zrozumiałam, że ta jego hojność wcale nie była bezinteresowna. Najwyraźniej oczekiwał czegoś w zamian. Skoro zapłacił za drogą kolację, to ja miałam mu się za to odwdzięczyć, wiadomo czym. Obrzydliwe – wzdryga się.
Od tamtej pory Magda woli sama regulować rachunek. Nawet jeśli mężczyzna nalega, że chce zapłacić.
Bartłomiej Borys, psychoterapeuta, psycholog i terapeuta relacji: – Zapłacenie za drugą osobę nie powinno być absolutnie traktowane jako jakakolwiek inwestycja, która daje prawo do czegokolwiek. A już na pewno nie do czynności sek*ualnych jakichkolwiek. Absolutnie to nie jest o tym.
Ekspert zastrzega, że bez znajomości kontekstu trudno jednoznacznie ocenić konkretną sytuację. Kluczowa jest jednak intencja.
– Jest pewna granica między przyjmowaniem czyjejś wolności a wykorzystaniem jej. I to chyba leży przede wszystkim w takiej intencji uczciwości – zauważa. – Jeśli ktoś idzie na spotkanie, bo chce poznać drugą osobę, a ta z własnej woli proponuje zapłacić za kolację, trudno mówić o wykorzystaniu. Inaczej jest wtedy, gdy od początku nie ma uczciwej intencji poznania drugiej osoby.
Bartłomiej Borys
psychoterapeuta, psycholog i terapeuta relacji
Oddaj za łańcuszek
Jak widać, pieniądze mogą skomplikować relację, która ledwo się zaczyna. Po rozstaniu potrafią jednak wrócić ze zdwojoną siłą. Wtedy zdarza się, że byli partnerzy zaczynają rozliczać wspólne życie niemal co do złotówki.
Do Anieli, krótko po rozstaniu, odezwał się były partner. Chciał się z nią spotkać. Nie miała na to ochoty – bała się, że znów będzie naciskał na powrót. A ona już zatrzasnęła drzwi za ich związkiem.
Ostatecznie jednak się zgodziła.
Szybko okazało się, że tym razem nie chodzi o powrót. Były partner miał dla niej coś zupełnie innego – rozliczenie wspólnych wydatków.
Aniela
dostała rachunek po rozstaniu
Lista była długa: połowa kosztów paliwa za wyjazd nad morze, gorąca czekolada wypita w kawiarni w listopadzie, karnisze, które kupił do ich wspólnego mieszkania. Na końcu pojawił się nawet złoty łańcuszek, który dostała od niego na urodziny.
Dziś Aniela mówi, że ta wyliczanka ostatecznie rozwiała jej wątpliwości dotyczące rozstania.
– Paradoksalnie to wiele mi uświadomiło. Wcześniej zastanawiałam się jeszcze, czy na pewno dobrze zrobiłam, że go zostawiłam. Po tym rozliczeniu nie miałam już wątpliwości.
Pieniędzy nie oddała, ale zdjęła z szyi łańcuszek i go zwróciła.
Takie sytuacje dotyczą nie tylko kobiet.
Marek pamięta, że kiedy rozstawał się z partnerką, ona również zaczęła wypominać mu wydatki z całego okresu ich związku. Nie chciała zwrotu pieniędzy, ale wykrzykiwała za co i kiedy płaciła.
– Wyrzuciła z siebie wszystko. Że dopłaciła za nasz weekend w SPA, a to ja powinienem opłacić całość, że kupowała mi markowe ubrania czy karmę dla mojego psa. Nagle okazało się, że właściwie przez cały ten czas byłem jej coś winien. W pewnym momencie zaczęła nawet wyliczać, ile razy to ona płaciła za zakupy czy rachunki.
– Mam wrażenie, że ona to podsumowanie musiała robić jeszcze w trakcie związku, bo nikt by tego nie spamiętał, co ile kosztuje. I to było dla mnie najbardziej przykre – dodaje.
Psycholog: W ogóle nie chodzi o pieniądze
Jak tłumaczy Bartłomiej Borys, w dyskusji o płaceniu na randkach warto oddzielić od siebie trzy kwestie: społeczne oczekiwania, dobrowolność i wykorzystywanie drugiej osoby.
– Sam fakt, że jedna osoba częściej płaci, nie musi oznaczać nierówności czy wykorzystania. Jeśli robi to dobrowolnie i taki układ jej odpowiada, to w porządku – podkreśla.
Jego zdaniem problem zaczyna się wtedy, gdy pojawia się poczucie przymusu – na przykład przekonanie, że mężczyzna z definicji powinien opłacić rachunek albo że osobie zapraszającej nie wypada zaproponować podziału kosztów. Tym bardziej że współczesne randkowanie często oznacza spotkania z kilkoma potencjalnymi partnerami w krótkim czasie. Jeśli za każdym razem za kolację czy drinki płaci ta sama osoba, może się to stać odczuwalnym obciążeniem finansowym.
– Dlatego z mojej perspektywy nie widzę niczego niestosownego w zaproponowaniu podziału rachunku. Nie znaczy, że to skąpstwo – mówi.
Bartłomiej Borys przestrzega też przed pochopnym ocenianiem kogoś jako osoby "bez klasy" tylko dlatego, że nie pokrywa całego rachunku. Powody mogą być różne: od możliwości finansowych po doświadczenia i przekonania wyniesione z domu.
– Ktoś może na przykład zarabiać mniej albo po prostu uważać partnerski podział kosztów za naturalny, bo na przykład tak było zawsze w domu – zauważa.
Jego zdaniem ważniejsza od sztywnego podziału rachunku jest wzajemność.
Bartłomiej Borys
psychoterapeuta, psycholog i terapeuta relacji
Borys zwraca uwagę, że pierwsza randka często staje się okazją do pokazania się z najlepszej strony, zamiast do szczerej rozmowy o tym, czego potrzebujemy od relacji.
– To jest świetna okazja, żeby pomówić też o tym, czego ja potrzebuję od relacji, czego ja nie chcę. Jeśli nie jesteś mi w stanie tego dać, to myślę, że nie ma sensu też inwestować kolejnych zasobów w takich sytuacjach – mówi.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
A co dzieje się z pieniędzmi, kiedy relacja się kończy? Zdarza się, że po rozstaniu partnerzy zaczynają rozliczać wcześniejsze gesty i prezenty.
– Z mojego doświadczenia wynika, że takie zachowania biorą się ze złośliwości. Częściej pojawiają się przy rozstaniach, które nie przebiegały za porozumieniem stron, lecz gdy jedna osoba chciała zakończyć relację bardziej niż druga – mówi ekspert.
I dodaje: – Emocjonalne rozczarowanie absolutnie nie powinno powodować, że po fakcie wystawiamy drugiej osobie rachunek za kolację, wyjazdy, prezenty, karmę dla psa czy cokolwiek innego. Jeżeli coś było prezentem lub dobrowolnym gestem w trakcie związku, nie staje się automatycznie długiem tylko dlatego, że relacji już nie ma.
Inaczej wygląda sytuacja w przypadku rzeczywistych zobowiązań, takich jak pożyczki czy wspólne mieszkanie lub samochód. Tu zasady podziału warto ustalić już na początku.
Zdaniem Borysa także podczas randki rachunek może być tylko pretekstem. Pod spodem często kryją się pytania o znaczenie drugiej osoby w relacji.
– Taki konflikt o rachunek za kolację może w rzeczywistości oznaczać: czy jestem dla ciebie ważny, czy mnie doceniasz, czy nie traktujesz mnie jak portfel. Pod tym mogą być zupełnie inne mechanizmy, w których w ogóle nie chodzi o pieniądze – podsumowuje.





