
Polska znów poderwała swoje myśliwce. W piątek tuż po godzinie 7 rano Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało o rozpoczęciu "operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej". Ma to oczywiście związek z kolejnymi rosyjskimi atakami na Ukrainie.
Komunikat DORSZ pojawił się o 7:17. Centrum Operacji Powietrznych uruchomiło dostępne siły i środki, a naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego przeszły w stan gotowości. Wojsko zapewnia, że sytuacja jest na bieżąco monitorowana.
Aktualizacja: po godzinie 9 Dowództwo Operacyjne RSZ zakończyło operację. Szczegóły niżej.
Dlaczego Polska znów poderwała myśliwce 18 września?
Powód jest ten sam co przy wcześniejszych tego typu komunikatach w tym roku: rosyjskie ataki rakietowe i dronowe na sąsiedni kraj, które zmuszają polską armię do wzmożonej czujności przy wschodniej granicy.
Jak podkreślono w komunikacie, "działania te mają charakter prewencyjny i są ukierunkowane na zabezpieczenie przestrzeni powietrznej" – przekazało Dowództwo Operacyjne RSZ. Dowództwo zaznaczyło też, że działania obejmują przede wszystkim rejony przyległe do terenów zagrożonych, czyli pas wzdłuż granicy z Ukrainą.
Na razie nie ma informacji o naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej ani o zakończeniu operacji. Podobne incydenty w tym roku kończyły się zwykle po kilku godzinach, gdy Rosja przerywała nocne naloty na Ukrainę i wojsko wracało do standardowej gotowości.
Aktualizacja:
O 9:02 Dowództwo Operacyjne RSZ poinformowało o zakończeniu operacji. Lotnictwo wojskowe zakończyło działania podjęte w związku z rosyjskimi uderzeniami na Ukrainę, a naziemne systemy obrony powietrznej i rozpoznania radiolokacyjnego wróciły do standardowej działalności operacyjnej.
"Nie zaobserwowano naruszenia przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej" – przekazało dowództwo, dodając, że wojsko nadal monitoruje sytuację na Ukrainie i pozostaje w gotowości.
Dzień wcześniej dwa huki w Łodzi. Za wybuchami stały myśliwce z Łasku
W czwartek przed południem podobny alarm wywołał w Polsce prawdziwą panikę. Jak pisaliśmy w naTemat, mieszkańcy Łodzi usłyszeli dwa potężne huki, od których zatrzęsły się okna i ściany bloków w mieście oraz okolicznych miejscowościach, między innymi w Koluszkach i Zgierzu.
Szybko się okazało, że za hukiem stały dwa myśliwce F-16 z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku, poderwane alarmowo w związku z wykryciem drona zbliżającego się do polskiej granicy.
Co stało za tym odgłosem? "Przekroczenie bariery dźwięku przez odrzutowce" – wyjaśniła podkom. Kamila Sowińska z Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. Maszyny przekroczyły barierę dźwięku, lecąc nisko nad województwem łódzkim, przez co huk był wyjątkowo mocny.
Dron był zaledwie 4 kilometry od polskiej granicy. Równolegle Rządowe Centrum Bezpieczeństwa rozesłało dwa kolejne alerty do mieszkańców Podkarpacia i Lubelszczyzny.
Zobacz także
Co mówił Tusk o scenariuszu Rosji wobec NATO?
Kilka godzin po premier Donald Tusk odniósł się w Sejmie do zagrożenia ze strony Rosji, wskazując najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższe miesiące.
– Istnieje realne ryzyko, że na teren państw NATO na wschodniej flance mogą wlatywać drony – mówił premier, dodając, że oficjalna narracja mogłaby wtedy sprowadzać takie incydenty do przypadku, bez realnej odpowiedzi sojuszu.
Tusk zwrócił też uwagę, że Polska w pewnym sensie już jest ofiarą tej taktyki, bo ostatnie ataki dronów odrzutowych miały miejsce zaledwie kilka kilometrów od polskiej granicy. Dodał, że zapowiadany wcześniej częściowy rozejm energetyczny między Rosją a Ukrainą, o którym mówił prezydent USA, jak dotąd się nie ziścił.
To samo wystąpienie premier wykorzystał, by nawiązać do rocznicy sowieckiej agresji na Polskę, a wcześniej w tym tygodniu wojsko informowało o zestrzeleniu drona nad Litwą przez myśliwce NATO.






