
W jesiennej bitwie "Lalek" pora na film Macieja Kawalskiego z Marcinem Dorocińskim i Kamilą Urzędowską. Jeśli zgrzytaliście zębami podczas seansu serialu Netfliksa, który jest wariacją na temat powieści Bolesława Prusa, to tutaj odetchniecie z ulgą. Jest elegancko, klasycznie i grzecznie – chociaż momentami aż za elegancko, za klasycznie i za grzecznie. Nie wyszła z tego pozbawiona życia ekranizacja dla maturzystów, ale wielkie kino też nie.
Kiedy w 1887 roku Bolesław Prus publikował w "Kurierze Codziennym" pierwszy odcinek "Lalki", raczej nie przypuszczał, że 139 lat później rodacy (w wolnej Polsce!) będą traktowali ją jak narodową relikwię. A do tego kłócili się, która wersja jest lepsza.
Dwie "Lalki", dwa zupełnie inne spojrzenia na powieść Bolesława Prusa
Trochę na te nowe "Lalki" poczekaliśmy. Najpierw Wojciech Jerzy Has nakręcił w 1968 roku film z Mariuszem Dmochowskim i Beatą Tyszkiewicz jako Stanisławem Wokulskim i Izabelą Łęcką. Zresztą – podobnie jak Paweł Maślona ze swoją "Lalką" Netfliksa – też rozkręcił aferę. Has, znany z poetyckiego i onirycznego stylu, odszedł od Prusowskiego realizmu. Było zbyt dekadencko, zbyt symbolicznie, a do tego Dmochowski był... zbyt przysadzisty i nie pasował do literackiego wyobrażenia kobiet o bogatym kupcu. A miało być klasycznie!
Klasycznie było jednak dopiero 10 lat później, kiedy Ryszard Ber zrobił słynny serial z Jerzym Kamasem i Małgorzatą Braunek. Wierność książce uspokoiła skołotane serca purystów. To właśnie ta wersja na dekady stała się dla uczniów i nauczycieli "jedyną słuszną" wizją powieści, wręcz pomnikową ekranizacją, która na stałe weszła do kanonu popkultury.
To dziwne, ale na kolejne "Lalki" musieliśmy czekać aż 48 lat. Pół wieku. Może wersja z Kamasem nam wystarczyła i nikt nie chciał z nią walczyć? A może twórcy bali się zmierzyć z monumentalnym dziełem narodowym? "Lalka" to przecież w Polsce świętość. Jednak kiedy już postanowiono znowu wziąć się za Prusa, zrobiono to... aż dwa razy. I to na dwa zupełnie różne sposoby.
Najpierw producent Jan Kwieciński wpadł na pomysł serialu Netfliksa, który miał być współczesną reinterpretacją klasyka, a potem Radosław Drabik postanowił wyprodukować bardziej klasyczny film kinowy. Reżyserem został Maciej Kawalski, który napisał scenariusz z Łukaszem Światowcem, a wcześniej dał nam rozkosznie świeżych "Niebezpiecznych dżentelmenów", w których Witkacy, Tadeusz Boy-Żeleński, Joseph Conrad i Bronisław Malinowski budzą się po dzikiej imprezie, żeby znaleźć trupa na kanapie i wplątać się w rewolucyjno-gangsterską intrygę.

To zresztą filmowa "Lalka" została ogłoszona jako pierwsza, choć na ekrany wejdzie dopiero 30 września – dwa tygodnie, i to na pewno nie przypadek, po serialu. Serialu, który wywołał w Polsce aferę, bo Maślona, autor znakomitego "Kosa", zrobił opowieść o Wokulskim i Łęckiej po swojemu. Od początku zapowiadał zresztą, że będzie to jego autorska interpretacja. Trudno nie porównywać obu "Lalek", choć jednocześnie... nie sposób ich porównywać. Jedna świadomie schodzi z pomnika, druga mocno trzyma się cokoła. Dwie skrajności.
Widziałam już film Kawalskiego na wielkim ekranie i mogę zapewnić wszystkich oburzonych serialem: odetchniecie z ulgą, tak jak Polacy kilka dekad wcześniej po "dziwnym" filmie Hasa. Jest pomnikowo, niestety trochę za bardzo.
Film "Lalka" Macieja Kawalskiego jest elegancki, epicki i bogaty. Czuć pieniądz
O tym, o czym jest "Lalka", większość z nas wie. Ale w skrócie: zaczyna się od wojny rosyjsko-tureckiej, na której warszawski kupiec Stanisław Wokulski (Marcin Dorociński) dorabia się majątku. Miał 30 tysięcy rubli, wrócił z 300 tysiącami. Wraca jako bogacz do stęsknionego Ignacego Rzeckiego (Marek Kondrat), który prowadzi sklep Stacha, odziedziczony przez niego po zmarłej żonie, Małgorzacie Minclowej, z którą ożenił się dla majątku.
Co zrobić z taką fortuną? Cóż, według Wokulskiego najlepiej wydać ją na kobietę. Izabela Łęcka (Kamila Urzędowska) to arystokratka, której ojciec-dłużnik roztrwonił cały majątek, w tym jej posag. I tu pojawia się Wokulski, który z pomocą swatki, pani Meliton (Agata Kulesza), postanawia dosłownie osaczyć zubożałą bogaczkę, pomagając jej zdesperowanemu ojcu i (całkowicie przypadkowo) wpadając na nią na balach i w Łazienkach.
"Lalka" Kawalskiego jest wierna książce, ale nie stuprocentowo wierna, bo żadna adaptacja taka nie jest. Nie jest to zwyczajnie możliwe, chociaż Kawalski i Światowiec robili, co mogli, żeby przełożyć liczące kilkaset stron opus magnum Prusa na film, który ostatecznie trwa aż 162 minuty (zaledwie 10 minut krócej od "Odysei" Nolana, co już samo w sobie wiele mówi). Nie ma chociażby Heleny Stawskiej, nie ma Marianny, a niektóre wątki przebudowano i zmieniono. Ale spokojnie, wszystko w bezpiecznych granicach powieści.

Jeśli chciałabym opisać film "Lalka" w dwóch słowach, byłyby to "elegancka" i "epicka". Produkcja jest naprawdę zrobiona na bogato, dopracowana w każdym szczególe, a operator Piotr Sobociński Jr. nie unika – na szczęście w zdrowej liczbie – szerokich planów ukazujących XIX-wieczne Krakowskie Przedmieście. Dawno nie oglądaliśmy tak widowiskowej polskiej produkcji.
Ogromny budżet widać na każdym kroku, ale na szczęście pieczołowita scenografia i zachwycające kostiumy nie pachną teatralnością ani sztucznością. Nie ma wrażenia, że oglądamy dekorację zbudowaną tylko po to, żeby pokazać, ile pieniędzy wydano na film. Warszawa żyje, dom Łęckich żyje, sklep żyje. Problem w tym, że jest trochę... zbyt ładnie. Owszem, przez chwilę mamy biedne Powiśle, ale oglądając "Lalkę", aż prosi się o jakieś błoto, jakieś wgniecenie w sukni, jakąś dziurę w drodze.
Stanisław Wokulski idealny, choć nie do końca. Izabela Łęcka w końcu jest człowiekiem
A Stanisław Wokulski i Izabela Łęcka? Wokulski Dorocińskiego to człowiek niemal idealny. Taki, który gdyby nie zgłupiał dla kobiety, zmieniłby Warszawę, Polskę i świat. Dobry, poczciwy, przystojny, inteligentny. Aż za. Jednak to, co w interpretacji Wokulskiego jest najbardziej intrygujące, to fakt, że Stanisław przy Łęckiej staje się zupełnie innym człowiekiem. Wszędzie indziej jest rozsądny, skuteczny, pewny siebie, wygadany i zabawny, a przy niej nagle traci głowę. To tak, jakbyśmy mieli do czynienia z dwiema wersjami tego samego człowieka, które trudno ze sobą połączyć.
I to zostało pokazane wyśmienicie. Widać, jak Wokulski w sekundę zmienia się, kiedy pojawia się obok Izabeli. Dorociński znakomicie gra mimiką i spojrzeniem człowieka uwikłanego w obsesję i miłość, który próbuje się wyrwać, ale nie może. Człowieka, który nagle zapomina języka w gębie i podejmuje irracjonalne decyzje. Jednocześnie – i to jest świetne w scenariuszu – nie robi się z niego ofiary. Film pokazuje, jak Wokulski, choć działa w dobrej wierze, osacza Izabelę, nie daje jej przestrzeni na oddech i pozwala się wodzić za nos. Jest momentami irytujący, żałosny, budzi litość i złość.

Podczas gdy Marcin Dorociński jest absolutnie znakomity w tej bardzo ludzkiej interpretacji Wokulskiego, Kamila Urzędowska nie ma za bardzo czego grać. Jest piękna, posągowa, elegancka, choć i ona na szczęście jest ludzka. Nie jest jedynie "złą, wredną kobietą", nie jest też demonizowana. Wie, że została wychowana w określony sposób i doskonale zna swoją funkcję. Wciąż jest dumna, złośliwa i miejscami okrutna, ale została uczłowieczona, co zdecydowanie działa na korzyść tej interpretacji Łęckiej.
Jednocześnie dobrze wybrzmiewa feministyczny aspekt tej postaci. Bez niego trudno dzisiaj przecież interpretować Izabelę, która była przecież uwikłana w patriarchalny kontekst swojej epoki. Jeśli chce zabezpieczyć swoją przyszłość, tak naprawdę może przede wszystkim wyjść za mąż – dla pieniędzy, bez miłości. Chciałaby grać w teatrze, może pójść na uniwersytet? Nie ma szans. Jest zamknięta w upadającym świecie, w którym nie ma żadnej sprawczości.
Łęcka boi się o swój los, pieniądze i przyszłość, a obecność Wokulskiego – dwa razy starszego od niej kupca, który nagle jest wszędzie – cały czas jej o tym przypomina. I właśnie dlatego to ona jest w filmie Kawalskiego "lalką": wszyscy chcą coś robić za nią, wszyscy chcą decydować za nią. Nawet słynna scena w pociągu podkreśla tutaj, że jej los właściwie nie należy do niej.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Obsada "Lalki" jest gwiazdorska, ale wyszło zbyt arystokratycznie
Gwiazdorska obsada, którą od początku chwalił się film, robi ogromne wrażenie. Błyszczy Dorociński, który mistrzowsko pokazuje zagubienie obsesyjnie zakochanego człowieka. Marek Kondrat rozczula, Agata Kulesza kradnie każdą scenę i pokazuje, że jest wybitna w komedii (sceny z panią Meliton i Wokulskim są najlepsze w filmie), Maria Dębska jest idealną Wąsowską, Andrzej Seweryn sprawia, że Tomasz Łęcki jest jednocześnie żałosny i komiczny, a Maja Komorowska to czysta klasa.
Oglądanie tak imponującej obsady przypominało trochę wspomnianą "Odyseję", kiedy w epizodycznych scenach nagle wyskakują wielcy aktorzy. Nie wszyscy jednak dowożą. Filip Pławiak jest zwyczajnie nudnym Ochockim, a przesadnie szarżujący Mateusz Damięcki i Borys Szyc wchodzą w kamp, który do tej opowieści nie do końca pasuje.
A czego brakuje najbardziej? Mocnego komentarza społecznego. W książce kluczowy jest przekrój przez klasy rozwarstwionego społeczeństwa, a tutaj ten świat jest znacznie mniejszy. "Biedota" pojawia się głównie w tle, filmowa "Lalka" jest przede wszystkim arystokratyczna. Przywodzi mi na myśl serial "Downton Abbey", w którym, owszem, mamy służbę, ale głównie chodzi o laurkę pod adresem hrabin i hrabiów.
W "Lalce" Kawalskiego z jednej strony arystokracja jest znudzona, próżna, niewiele robi. Z drugiej strony wszystko jest przedstawione tak pięknie i estetycznie, że momentami aż chciałoby się z nimi posiedzieć, pobawić i wypić wino. Przez to nie do końca wybrzmiewa krytyka arystokracji, która była przecież bardzo mocna w powieści Prusa. Brakuje wyraźnego i stanowczego komentarza, że ten świat właściwie powinien już odejść, jest reliktem epoki, wymiera. Brakuje krytyki, mocnych wniosków, własnego odczytania powieści.
Zamiast tego dostajemy ładną opowieść o arystokracji, która jest elegancka i świetnie się bawi, ale okazuje się niefajna, bo nie chce wpuścić do swojego świata bardzo fajnego człowieka. Nowa "Lalka" jest przede wszystkim romansem – bardziej interesuje ją to, co zauroczenie i zakochanie robią z człowiekiem czynu, niż to, jak zmienia się świat i społeczeństwo. Problem w tym, że "Lalka" jako opowieść o miłości jest tylko wycinkiem całej, niezwykle barwnej powieści Prusa i niestety jej najnudniejszym fragmentem.

Widowisko pełną gębą, ale bez wielkiej myśli
Wnioski? Film jest świetnie zagrany, pięknie zrealizowany i wygląda zachwycająco. Widowisko kinowe pełną gębą. Brakuje mu jednak również umowności – wszystko jest pokazywane dosłownie, ekspozycja bywa łopatologiczna, a zasada show, don't tell konsekwentnie łamana. Film nie zawsze ufa widzowi, że ten sam pewne rzeczy zrozumie i sobie dopowie. Kłują też liczne teatralne momenty – recytowanie poezji, i to kilkukrotnie, czy sztywne cytaty wprost z książki, które chwilami sprawiają wrażenie dopisanych na siłę, specjalnie dla maturzystów.
"Lalce" brakuje przez to finezji i lekkości, choć sam film jest przecież dynamiczny, zabawny i żywy. Chce oddać ducha książkowego oryginału, ale jednocześnie ma w sobie energię, której momentami chciałoby się więcej. Można odnieść wrażenie, że Kawalski – podobnie jak w "Niebezpiecznych dżentelmenach" – chciał puścić wodze, odejść trochę od kanonu i troszeczkę strącić "Lalkę" z pomnika. Najlepszym dowodem jest choćby nagłe pojawienie się Bolesława Prusa jako dziennikarza – cudowny smaczek. Ostatecznie reżyser został jednak mocno zamknięty w ramach "eleganckiej, wiernej adaptacji" dzieła narodowego. Nie mógł rozwinąć skrzydeł i to czuć.
Ma to też swoją cenę. "Lalka" momentami zbyt kurczowo trzyma się książki, próbuje zmieścić w sobie za dużo i jest zwyczajnie za długa. Zakończenie dłuży się niemiłosiernie i powinno być o połowę krótsze. 162 minuty to sporo, szczególnie kiedy film próbuje opowiedzieć tak rozbudowaną powieść i nie jest magicznym eposem Homera o dziesięcioletniej tułaczce itackiego króla, pełnej olbrzymów i syren.
Na szczęście Kawalskiemu udało się najważniejsze: nie opowiada "Lalki" w nudny, podręcznikowy sposób. Jego film nie jest z papieru, nie powstał wyłącznie pod szkolne pielgrzymki i nie służy za streszczenie przed maturą. Udowadnia, że klasyczne adaptacje mogą być współczesne bez przerabiania ich na siłę, a przy tym nie muszą być ani paździerzowe, ani trącić myszką.
To kino udane i widowiskowe, ale niestety nie wybitne. Budżet i genialna obsada to nie wszystko. Potrzebny jest jeszcze pomysł, który wychodzi poza samą powieść. I wcale nie chodzi o to, żeby przerabiać ją na współczesną modłę, wzorem "Lalki" Netfliksa. Zupełnie nie. Film może być nawet najwierniejszą ekranizacją, ale musi mieć duszę. Musi mieć coś więcej niż bycie ładnym, przyzwoitym i porządnym. Musi coś mówić.
A ta "Lalka" mówi w sumie przede wszystkim tyle, że miłość potrafi zniszczyć człowieka, a XIX wiek był paskudny dla kobiet i dłużników. Szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że większość widzów będzie zachwycona i wyjdzie z kina, triumfalnie wykrzykując: "No i to jest "Lalka"!" (choć część zapewne wyjdzie też znudzona). Czy bycie ładnym, bogatym i eleganckim filmem z kosmiczną obsadą wystarczy, żeby stać się klasyką? Zobaczymy.
Film "Lalka" wchodzi do kin 30 września.






