
Po zarzutach o mobbing i kuriozalnej batalii o lody za czerwony pasek wydawało się, że poziom absurdu w Biurze RPD osiągnął sufit. Najnowszy incydent – zakończony wyrokiem sądu o "przemocy instytucjonalnej" i wysłaniem trzylatków do domu dziecka – pokazuje jednak, że urzędowa nadgorliwość Moniki Hornej-Cieślak stała się źródłem niebezpiecznego kryzysu.
Sąd zarzucił jej użycie autorytetu urzędu z powodu osobistej urazy, a politycy żądają jej natychmiastowego odwołania. To nie jest jednostkowy przypadek. To już cykl skandali wokół Moniki Hornej-Cieślak: od ulicznego starcia z matką, przez cenzurowanie szkolnych tradycji, po mroczne tło w postaci doniesień o mobbingu w jej własnym biurze.
Uliczna sprzeczka z rzeczniczką i trzylatki w placówce. Sąd miażdży działania Moniki Hornej-Cieślak
Gdy pod koniec listopada 2023 roku Monika Horna-Cieślak obejmowała urząd Rzeczniczki Praw Dziecka, w mediach zapowiadano nową erę – erę empatii, dialogu i wrażliwości na krzywdę najmłodszych. Warto przypomnieć, że mec. Horna-Cieślak została kandydatką KO na RPD w zaskakujący sposób – tuż przed głosowaniem większość demokratyczna zamieniła wcześniej promowanego kandydata na prawniczkę, której nazwisko było wówczas szerzej nieznane.
Dzisiaj, po serii głośnych incydentów, po wrażliwości zostały głównie puste deklaracje, a sam urząd zmaga się z głębokim kryzysem wizerunkowym i prawnym.
Przed kilkoma miesiącami światło dzienne ujrzały pierwsze oskarżenia o mobbing w Biurze RPD. Samo Biuro zaprzeczało, jakoby w instytucji dochodziło do mobbingu czy naruszania praw pracowniczych. Horna-Cieślak dodawała, że biuro nie stosuje żadnych form inwigilacji pracowników.
Chwilę później wybuchła kuriozalna wojna o lody za czerwony pasek, więc wielu obserwatorów zakładało, że granica kompromitacji została osiągnięta. Błąd.
Wrzesień 2026. Uliczna sprzeczka, presja na służby i trzylatki w domu dziecka
Najnowsza sprawa, ujawniona przez portal Zero.pl, brzmi jak scenariusz z filmu grozy, w którym państwowy aparat uderza w obywatela na podstawie osobistej urazy urzędnika.
14 sierpnia 2026 roku na warszawskiej Białołęce doszło do ulicznego incydentu. Monika Horna-Cieślak zauważyła kobietę, która gwałtownie pociągnęła swoje dziecko i na nie nakrzyczała. Gdy RPD zwróciła jej uwagę, usłyszała wulgarne słowa. Matka tłumaczyła później, że pociągnęła dziecko, bo to wbiegało prosto na jezdnię.
To, co wydarzyło się później, uruchomiło nieprawdopodobną machinę. Wezwani na miejsce policjanci nie znaleźli podstaw do natychmiastowej interwencji. Następnego dnia wywiad przeprowadził kurator sądowy – również nie widział żadnych przesłanek do odbierania dzieci.
Pracownik biura RPD dzwonił bezpośrednio do sędziego, przekonując do odebrania dzieci – co w praktyce sądowej jest działaniem absolutnie nietypowym i naciskiem. Decyzja o zabraniu dzieci zapadła w weekend podczas spotkania na policji z udziałem samej rzeczniczki oraz komendanta stołecznego i pewnej funkcjonariuszki.
Ta właśnie policjantka wydała nakaz opuszczenia mieszkania przez rodziców i zakaz zbliżania się do dzieci w wieku 3 i 4 lat. Zeznała później, że nie widziała na oczy ani dzieci, ani rodziców, a z taką procedurą spotkała się pierwszy raz w karierze. Ponieważ w weekend nie zorganizowano opieki zastępczej, dwoje małych dzieci trafiło bezpośrednio do placówki opiekuńczej.
Sąd rodzinny po zbadaniu sprawy nakazał natychmiastowe oddanie dzieci rodzicom, nie zostawiając na działaniach RPD suchej nitki. Sędzia wskazał na ryzyko wywołania u dzieci głębokiej traumy oraz skrytykował fakt, że Horna-Cieślak występowała w sprawie jednocześnie jako świadek i strona.
Gdy Horna-Cieślak starła się z matką, a kobiecie odebrano dzieci, Biuro RPD broniło się stanowiskiem, że rzeczniczka była świadkiem "silnej i gwałtownej przemocy psychicznej i fizycznej" i miała prawny obowiązek podjęcia działań.
Reakcja polityczna była błyskawiczna: były premier Mateusz Morawiecki nazwał rzeczniczkę "niebezpieczną hejterką" i zaapelował o jej dymisję, a poseł Paweł Jabłoński (Rozwój Plus) zapowiedział wniosek do prokuratury.
Zobacz także
Czerwiec 2026. Absurdalna wojna o lody i cenzurowanie paska
Zanim doszło do tragedii na Białołęce, Monika Horna-Cieślak zasłynęła wywołaniem ogólnopolskiej burzy wokół... darmowych lodów dla dzieci.
W czerwcowym okresie zakończenia roku szkolnego kultowa Lodziarnia pod Dębem w Pszczynie ogłosiła, że po 25 latach zawiesza tradycję rozdawania darmowych gałek dzieciom ze świadectwem z czerwonym paskiem. Właściciele wskazali, że otrzymali z Biura RPD pismo, w którym pouczano ich, że nagradzanie wyłącznie najlepszych uczniów może wykluczać inne dzieci i wywoływać presję psychiczną.
Owo pisemne "dyskredytowanie czerwonego paska" spotkało się z ogromną falą oburzenia społecznego. Zarzucono RPD ideologiczny absurd i ingerencję w prywatny biznes. Gdy darmowe lody za czerwony pasek wywołały burzę, rzeczniczka zapewniała, że "nie było żadnego zakazu", i zapowiadała wspólne wydarzenie dla wszystkich dzieci z regionu.
Sprawa wpisała się w szerszy spór o to, czy czerwony pasek to już przeżytek, skoro polskie szkoły masowo wprowadzają kolorowe wyróżnienia za wolontariat, sport czy kreatywność. Gdy jednak sprawa stała się wizerunkowym pożarem, Horna-Cieślak ratowała się pośpieszną wizytą w Pszczynie i wspólnymi zdjęciami na tle lodziarni. Smak absurdu jednak pozostał.
Mroczne tło wewnątrz urzędu. Oskarżenia o mobbing
Do dopełnienia obrazu należy dodać sytuację wewnątrz samego Biura Rzecznika Praw Dziecka. Dziennikarskie śledztwa (m.in. materiały opublikowane na łamach TVN24) odsłoniły bardzo trudne kulisy pracy pod kierownictwem Moniki Hornej-Cieślak.
Byli i obecni współpracownicy rzeczniczki opisywali przypadki niewłaściwego traktowania, niesprawiedliwej presji psychicznej, wprowadzania atmosfery zastraszenia i stosowania praktyk noszących znamiona mobbingu. Powstał porażający kontrast: osoba, która z mocy ustawy ma stanowić tarczę chroniącą przed przemocą psychiczną i fizyczną, we własnym gabinecie stawała się obiektem poważnych skarg ze strony podwładnych.
Instytucja na zakręcie
Rzecznik Praw Dziecka powinien być urzędem obdarzonym powagą, rozwagą i najwyższymi standardami prawnymi. Kiedy jednak szefowa tej instytucji zostaje oskarżana przez podwładnych o mobbing, ingeruje w lokalne inicjatywy dla dzieci pod hasłem walki z "wykluczeniem przez oceny", a na koniec używa aparatów państwowych po prywatnym starciu na ulicy, co kończy się wyrokiem sądu mówiącym o "przemocy instytucjonalnej" wobec trzylatków, pojawia się pytanie o dalszy sens sprawowania przez nią mandatu.
Tym bardziej że realnych problemów nie brakuje. Prowadzona przez nas akcja naTemat o przemocy wobec dzieci pokazała, że w Polsce do dziś nie istnieje żaden zbiorczy rejestr dzieci, które zginęły z rąk rodziców lub opiekunów – a mówimy o co najmniej trzydziestu ofiarach rocznie.
Dwie potężne afery w jeden kwartał, podbudowane wewnętrznymi zarzutami mobbingowymi, to dla państwowej instytucji stojącej na straży dobra dzieci o dwie afery za dużo.






