
Finał procesu dotyczącego śmierci 8-letniego Kamilka z Częstochowy, która wstrząsnęła całą Polską. Sąd skazał na 25 lat więzienia ojczyma i na 16 lat matkę chłopczyka. Oboje odpowiedzieli m.in. za zabójstwo.
Proces w sprawie śmierci Kamilka z Częstochowy toczył się za zamkniętymi drzwiami. Sąd Okręgowy ogłosił dziś nieprawomocnym wyrok. Uznał oboje opiekunów winnych niewyobrażalnej tragedii ośmiolatka, którą opisywaliśmy w reportażu naTemat.
Wyrok za śmierć Kamilka z Częstochowy
"Dawid B. - ojczym maltretowanego dziecka został skazany na 25 lat więzienia, a Magdalena B. na 16 lat. Sąd skazał mężczyznę m.in. za zabójstwo. Matka chłopca odpowiedziała za pomoc w zabójstwie i za znęcanie się" – przekazało TVN24.
Sędziowie uznali bezwzględną winę Dawida B., który dopuścił się zbrodni w warunkach recydywy i ze szczególnym okrucieństwem. Z kolei Magdalena B. została ukarana za to, że zamiast chronić syna, ułatwiała mężowi zadawanie cierpienia.
Przed wymiarem sprawiedliwości stanęli także krewni, którzy każdego dnia mijali skatowane dziecko. Na ławie oskarżonych zasiedli ciotka Aneta J. oraz wuj Wojciech J., których pociągnięto do odpowiedzialności za nieudzielenie pomocy konającemu w ich domu chłopcu.
Ogłoszone dziś postanowienie nie jest jeszcze prawomocne. Strony postępowania mają teraz tydzień na wniesienie prośby o pisemne uzasadnienie wyroku. Następnie przysługuje im dokładnie 14 dni na złożenie ewentualnej apelacji do sądu wyższej instancji.
Koszmar częstochowskim Stradomiu. "Leżał zwinięty jak śmieć"
Sytuacja rozgrywała się w ciasnym, komunalnym mieszkaniu w Częstochowie. Z reportażu naTemat dowiadujemy się, chłopiec przez 5 dni leżał z ciężkimi obrażeniami. W niewielkim lokalu przebywało łącznie kilkanaście osób. Nikt z obecnych dorosłych nie wezwał pogotowia ani policji.
Dawid B. systematycznie stosował przemoc wobec pasierba, polewając go wrzątkiem i zrzucając na rozgrzany węglowy piec. Uszkodzenia obejmowały ponad 25 proc. powierzchni ciała. Cierpienie dziecka zostało przerwane dopiero przez biologicznego ojca.
3 kwietnia 2023 roku przyszedł do mieszkania. "Czuć było ropą. Zasikany był. Leżał na łóżku przy piecu, zwinięty jak śmieć. Bardzo poparzony na twarzy. Ręce i nogi miał połamane" – wspominał pan Artur. Mężczyzna zainterweniował i wezwał służby ratunkowe. W szpitalu lekarze przez ponad miesiąc walczyli o jego życie. Chłopiec zmarł w nocy z 7 na 8 maja.
Zobacz także
Zmowa milczenia. Dlaczego nikt nie ratował maltretowanego dziecka?
Otoczenie rodziny miesiącami ignorowało wszelkie sygnały. Matka chłopca chroniła swojego partnera, tłumacząc urazy nieszczęśliwymi wypadkami. Kobieta okłamywała nauczycieli oraz pracowników opieki społecznej, twierdząc między innymi, że dziecko samodzielnie oblało się herbatą.
Sąsiedzi z kamienicy zasłaniali się niewiedzą i grubymi ścianami. – Niech pan tam krzyknie – instruował jeden z nich naszego fotografa – No i zobaczymy, czy będzie coś słychać. Tu są grube mury. Oni mieszkali w jednym końcu, my w drugim. Mamy jeszcze małe dziecko, cztery latka ma, ciągle siedzi na telefonie. Telewizor głośno gra. Jak mieliśmy coś słyszeć? No nic nie było… – złości się.
Mimo interwencji policji po wcześniejszych ucieczkach chłopca z domu (pierwszy raz już w 2019 roku), lokalne instytucje nie podjęły stanowczych kroków. Sprawa śmierci Kamilka z Częstochowy wywołaładyskusje o systemie ochrony najmłodszych i wskazała luki w procedurach. Przypomniała też wszystkim, że brak reakcji otoczenia prowadzi do tragicznych konsekwencji.
