
Jesień ma to do siebie, że za oknami robi się szybko ciemno i musimy się posiłkować lampami. W wielu domach królują plafony i żyrandole, które oświetlają całe pokoje. Projektanci wnętrz od kilku lat namawiają jednak, żeby przestać z nich korzystać. Co proponują w zamian?
Żyrandol w salonie nadaje mu atmosferę poczekalni u lekarza. Na Wyspach Brytyjskich nazywa się to po prostu "big light", a zatem duże światło i jest powszechnie krytykowane. Magazyn wnętrzarski Livingetc ogłosił już kilka lat temu, że powinniśmy dać sobie spokój z górnym oświetleniem. Alternatywą są lampy podłogowe i stołowe.
Dlaczego projektanci każą wyłączyć lampę sufitową w salonie?
Z lampą pod sufitem jest jak z szafkami nad blatem. Wisi, bo zawsze wisiała, a przecież technika, moda design poszły do przodu. Żyrandol lub plafon włączamy na krótko, bo np. gdzieś zawieruszyliśmy pilota i chcemy go znaleźć między poduszkami (a potem okazuje się, że był na szafce).
Ten dobrze znamy każdemu przypadek opisuje magazyn "Homes & Gardens". Projektanci przyznali w końcu, że klienci nie zapalali nawet najefektowniejszych żyrandoli, bo woleli małe, ciepłe plamy światła z lamp stołowych, stojących i kinkietów.
Polskie portale wnętrzarskie mówią to samo, choć łagodniej. "Jedna lampa sufitowa to zdecydowanie za mało jak na salon" – czytamy w DobrzeMieszkaj.pl. Część pokoju zostaje wtedy w półmroku, a wieczorem wnętrze traci przytulność.
Brytyjczycy i Irlandczycy z niechęci do górnej lampy zrobili wręcz mema. "Nikt nie lubi dużego światła" – pisała w "The Irish Times" felietonistka Emer McLysaght. Jej zdaniem plafon ma w wielu domach jedno zadanie: oświetlić drogę do włączników ulubionych lamp.
Lampa sufitowa wraca, ale tylko jako ozdoba
Duże światło nie trafia jednak zupełnie na śmietnik. W tym samym tekście "Homes & Gardens" projektanci przekonują, że lampa sufitowa wraca w nowej roli. Ma zdobić, a nie oświetlać cały pokój.
Projektant Lee Broom porównuje takie oprawy do biżuterii dla sufitu. Nie każe też wieszać jej obowiązkowo na środku. Lampa może zwisać niemal do podłogi gdzieś w rogu, jak rzeźba w galerii.
Podobnie widzi to Christian Bense. – Dużą lampę powieś w kącie – mówi projektant w rozmowie z magazynem.
Bense porównuje to do reflektora wymierzonego w aktora, który recytuje monolog. Światło wydobywa tylko narożnik, a nie cały pokój. I od razu robi się cieplej. Efektowny żyrandol zostaje najwyżej nad stołem w jadalni, a przy niskich sufitach projektanci rezygnują z niego na rzecz kinkietów.
Zobacz także
Jak oświetlić salon bez lampy sufitowej? Pięć źródeł światła
Najprostszy patent podaje Christian Bense. Pokój potrzebuje pięciu różnych źródeł światła, a im więcej, tym lepiej, bo każda lampa wydobywa inny kawałek wnętrza:
Polskie sklepy też idą tym tropem. "W prawie każdym pokoju można znaleźć lampę sufitową, ale na tym świetne rozwiązania wcale się nie kończą" – pisze IKEA na stronie z oświetleniem sufitowym, pod nagłówkiem o "dużym świetle". Szwedzi podsuwają kinkiety, podświetlenie szafy, lampę podłogową i przenośne lampki na akumulatorki.
DobrzeMieszkaj.pl proponuje skromniejszy zestaw. Obok lampy głównej lampa stojąca przy kanapie, kinkiety albo oświetlenie punktowe. Dzięki temu salon da się inaczej oświetlić do serialu, a inaczej do książki. Projektanci z "Homes & Gardens" dorzucają ściemniacz, który pozwala dawkować światło jak głośność w radiu.
Nie trzeba od razu wiercić w ścianach. Lampa podłogowa przy kanapie i dwie stołowe podpięte pod zwykłe gniazdka zmienią klimat salonu od razu. A plafon? Może sobie dalej wisieć, jak musi. Przyda się, kiedy pilot znowu się schowa w kanapie.






