
Mała miejscowość w zimowej krainie, do tego morski potwór i atmosfera jak z opowiadań Howarda Lovecrafta. Przecież "W głębinach" to serial, który ktoś napisał idealnie pode mnie! Problem w tym, że całość zawodzi. A szkoda, bo potencjał był ogromny.
Są seriale i filmy, na które ktoś miał świetny pomysł. Problem w tym, że ten ostatni nie wystarczy. Szczególnie, gdy nie potrafi się go dowieźć do końca. Przykładem takiej produkcji jest właśnie netfliksowe "W głębinach".
"W głębinach" czai się coś strasznego
Przyznajcie, że w głębokiej wodzie jest coś przerażającego: promienie słoneczne do niej nie dochodzą, a natura sprawiła, że w tej części naszej planety żyją maszkary, które spokojnie mógłby zaprojektować Hans Giger, twórca Aliena. Jeżeli dodalibyśmy do tego jeszcze tylko wyobraźnię Howarda Lovecrafta... Przecież mógłby z tego powstać idealny serial grozy.
W nowym serialu Netfliksa, "W głębi", przenosimy się do nadbrzeżnej wioski w Nowej Fundlandii. Jednym z jej mieszkańców jest Calvin Penney (Josh Hartnett), który jako nastolatek był świadkiem tragicznej śmierci swojego ojca. Dość tajemniczej, dodajmy, gdyż mężczyzna utonął wraz z domem rodziny (tak, brzmi to absurdalnie, ale ta scena w serialu należy do najbardziej przejmujących). Chłopiec podejrzewa, że za wszystko odpowiadał tajemniczy stwór, który ukrywał się w wodzie.
Mijają lata, a w wiosce zaczynają dziać się naprawdę dziwne rzeczy. Nagle sąsiaduje ona z górą lodową, która przypłynęła morzem. Coś atakuje też statek, który podpływa pod tę ostatnią. Innym razem do wody zostają wciągnięci ludzie, a nawet wielki łoś. Wiele zaczyna wskazywać na tajemniczego potwora z mackami. Jakby problemów było mało, jedna z niedoszłych ofiar morskiej bestii zaczyna mieć dziwne wizje.
Ktoś musi to wszystko wyjaśnić. Śledztwo rozpoczyna Penney, który – jak już wspomniałem – podejrzewa, że ma z bestią rachunki do wyrównania, i badaczka dr Fonda Howander (Mackenzie Davis). Pomaga im walczący z obłędem Wade Penney (Charlie Heaton). Mamy więc zawziętego i żądnego zemsty samca alfa, laborantkę z chłodną głową i początkującego szaleńca. Sam opis sugeruje mieszankę wybuchową.
Zresztą opis fabuły brzmi jak główny motyw jednego z opowiadań Lovecrafta. Właściwie byłem już wręcz pewny, że to początek nowej serii na Netfliksie, a z każdym odcinkiem będziemy dostawać nowe fragmenty przerażającego ciała Cthulhu i podległych mu potworów.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Miało być sushi, wyszedł paprykarz szczeciński
Niestety serial intryguje tylko na początku. Czym dłużej trwa, tym staje się coraz bardziej irytujący i naiwny, ze szczególnym naciskiem na finał. Nie będę zdradzał szczegółów, dodam tylko, że Netflix coraz częściej produkuje seriale, które usprawiedliwiają zło, tym samym niszcząc wizerunek czy to postaci, czy istot, które mają budzić u nas strach. Nie inaczej jest tutaj. Oczywiście wszystko podlane naiwnym, proekologicznym sosem. Całość nęci ciekawym zapachem, ale po paru kęsach zaczyna nas mdlić.
Zaskakująco źle wypadają tutaj też efekty specjalne. Potwór ciekawi nas, gdy widzimy go na niewyraźnych nagraniach monitoringu lub gdy jego kształty zakrywa woda. Jego widok w finale sprawia, że traci wszystkie punkty charyzmy, które uzbierał przez cały serial.
Najgorsze jest to, że "W głębinach" miało spory potencjał. Mogło stać się wspomnianym już przeze mnie wstępem do Lovecraftowej mitologii, ewentualnie "Stranger Things" dla dorosłych. Wyszła z tego nudna papka do oglądania przy obiedzie albo kolacji.
A jeśli macie ochotę na coś, co naprawdę działa, sprawdźcie najpierw, czy poznacie kultowy horror po kadrze. Te filmy zostają w głowie na lata. Z kolei serial twórców "Stranger Things" pokazał, że klaustrofobiczny niepokój da się zbudować bez tłumaczenia zbyt wielu rzeczy widzowi.
O tym, że da się dobrze opowiedzieć o bestiach z innego porządku pokazuje choćby zestawienie 10 najlepszych horrorów o demonach, w którym klasyki budują grozę na niedopowiedzeniu, a nie na wyjaśnianiu wszystkiego widzowi.




