
Kino nie obroni się wyłącznie dużymi nazwiskami, czego świetnym przykładem jest "Digger" Alejandro Gonzáleza Iñárritu z Tomem Cruisem. Dla współczesnych widzów ogromne znaczenie ma marketing w social mediach, choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. Mając za przeciwnika bogate oferty serwisów streamingowych, filmy zmierzające na duży ekran muszą wykazywać się znacznie większą kreatywnością.
Śledząc sekcje poświęcone kinu w mediach społecznościowych, dostrzeżemy, że mnóstwo osób nie miało bladego pojęcia o nowym dziele reżysera "Birdmana" i "Zjawy". "Digger" Alejandro Gonzáleza Iñárritu oczywiście nie pojawił się znikąd, aczkolwiek większym zainteresowaniem od samego początku cieszył się raczej wśród kinomanów niż przeciętych widzów. Film krytykowano z powodu marnego marketingu dość mocno bazującego na metamorfozie Toma Cruise'a. Spoty promocyjne nie wchodziły w szczegóły dotyczące satyry, za którą – jeszcze przed premierą – gwiazdorowi "Top Guna" zaczęto wróżyć nominację do Oscara.
W weekend otwarcia "Digger", którego budżet oszacowano na około 160 mln dolarów, zarobił jedynie 8 mln USD w Ameryce Północnej. Według ustaleń amerykańskiego tygodnika rozrywkowego "Variety" film ma przynieść 245 mln dolarów straty Warner Brosowi (i to w momencie transakcji Warner Bros. Discovery-Paramount). Dla artystów pokroju Iñárritu wyniki box office nie muszą mieć dużego znaczenia, za to dla wytwórni już tak.
"Digger" i "The Social Reckoning" przegrywają z "Primetime". Kino musi żyć w zgodzie z social mediami
Przypadek "Diggera" udowadnia, że oryginalne historie i wielkie nazwiska w obsadzie nie są wystarczającą przynętą na współczesnego odbiorcę. Startujący w tym samym tygodniu w Polsce "The Social Reckoning" Aarona Sorkina też zawalił sprawę, w premierowy weekend zarabiając w kasach biletowych tylko 5,5 mln dolarów (przy budżecie w wysokości około 30 mln USD). To naturalne, że w dobie pędzącego na łeb na szyję rozwoju sztucznej inteligencji większą uwagą od spóźnionego o kilka lat filmu o Marku Zuckerbergu (dyrektorze generalnym Mety) będzie cieszył się nadchodzący "Artifical" Luki Guadagnina o Samie Altmanie, szefie firmy OpenAI.
Zarówno "Digger", jak i "The Social Reckoning" poległy na podobnym polu. Marketing obu filmów wydawał się przestarzały, przynajmniej pod kątem jego obecności (bliższej jednak definicji nieobecności) w mediach społecznościowych (m.in. na TikToku), które mają wielką moc w przyciąganiu tłumów do sal kinowych. Widzowie znużeni ciągłymi remake'ami, sequelami, prequelami i rebootami potrzebują czegoś więcej niż zwykłej obietnicy oryginalności. Hollywood samymi topowymi nazwiskami też niczego nie ugra.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Thriller psychologiczny "Primetime" Lance'a Oppenheima, który w polskich kinach jest bezpośrednią konkurencją "Diggera" i "The Social Reckoning", umiejętnie wycisnął cały potencjał tkwiący w marketingu, dorabiając się w weekend otwarcia 18,8 mln dolarów (jego budżet miał wynieść 15 mln USD).
Pomijając intrygujący wątek dziennikarza Chrisa Hansena, byłego gospodarza głośnego programu "To Catch a Predator" stacji NBC, twórcy "Primetime" zahipnotyzowali widownię zapowiedzią "roli życia" Roberta Pattinsona, który dawno temu zerwał z łatką błyszczącego wampira i stał się ulubieńcem milenialsów oraz pokolenia Z, artystyczną wizją wpisaną w popularne studio A24, a także debiutem aktorskim fenomenalnej indiefolkowej wokalistki Phoebe Bridgers.
Dalsza część artykułu poniżej.
QUIZ: Czy rozpoznasz oscarowy film po kadrze?
1 / 17 Jak nazywa się ten film? W 1992 roku zdobył Oscara w najważniejszej kategorii.
Fot. materiał prasowy
Marketingowcy stojący za "Primetime" mieli pełną świadomość tego, kto jest ich docelową grupą odbiorców, czego nie da się raczej powiedzieć o "Diggerze" i "The Social Reckoning". Co ciekawe, Iñárritu – w przeciwieństwie do Sorkina – ma jeszcze szansę obrócić narrację na swoją korzyść. Przez internet przetaczają się właśnie hałaśliwe dyskusje na temat satyry. Nieważne, co mówią, ważne, by mówili. Nie zdziwię się, jeśli czas "Diggera" nadejdzie wtedy, gdy jego tytuł pojawi się w bibliotekach serwisów z usługami "na życzenie". Na ratunek dla "The Social Reckoning" jest już jednak za późno.




