matka z dzieckiem z zespołem Downa
Takiego serialu jak "Matki pingwinów" w Polsce nie bylo Fot. Piotr Litwic / Netflix

Drugi sezon "Matek pingwinów" trafił na Netfliksa i nie mam już wątpliwości: to najważniejszy polski serial w ostatnim czasie. Opowieść o rodzicach dzieci z niepełnosprawnościami i neuroatypowością kończy z martyrologią i nie próbuje brać nas na litość. Zamiast tego pokazuje codzienność, w której obok miłości są zmęczenie, frustracja, bezradność i śmiech. Drugiej takiej produkcji nad Wisłą po prostu nie ma.

REKLAMA

Polskie seriale uwielbiają kryminalne zagadki, sagi rodzinne, historyczne zaszłości, obyczajowe dramy i (od kilku lat) naprawdę dobre komedie. Rzadziej biorą na warsztat coś, co dzieje się tuż obok nas, ale niekoniecznie chcemy to zauważać. Taka była "Głęboka woda" o pracy w ośrodku pomocy społecznej czy "Proud", w którym młody gej próbuje adoptować swoją małą siostrzenicę i zderza się z biurokracją.

I takie są "Matki pingwinów", które pokazują codzienne problemy bohaterów, ich walkę o odpowiednią edukację i próby pogodzenia opieki nad dzieckiem z własnymi potrzebami, często spychanymi daleko na dalszy plan. Wcześniej polskie produkcje jedynie ocierały się o temat neuroatypowości, chociażby w serialu kryminalnym "Nieobecni" czy szerzej w świetnych "Absolutnych debiutantach". Ale nigdy wcześniej nie był to główny temat takiej polskiej produkcji.

Pierwszy sezon opowieści o czworgu rodziców podbił Netfliksa, zdobył Orła za najlepszy filmowy serial fabularny i został wyróżniony przez "The New York Timesa". Widzowie pokochali serial Klary Kochańskiej-Bajon i Jagody Szelc z Maszą Wągrocką, Barbarą Wypych, Magdaleną Różczką i Tomaszem Tyndykiem. Pokochali też świetnych młodych aktorów: Jana Lubasa, Amelię Sarzyńską, Tolę Będzikowską i Maksymiliana Młodawskiego.

"Matki pingwinów" pokazują, że rodzice też mają prawo mieć dość

Podobnie jak moja koleżanka Agnieszka Miastowska z sąsiedniej redakcji MamaDu nie mam dzieci, więc nie będę wypowiadać się o niuansach wychowania, tym bardziej dzieci z niepełnosprawnościami i neuroatypowych. Ale najbardziej podoba mi się serialu Netfliksa to, że nie robi z rodziców świętych.

Fot. K. Grabowska / Netflix

Nie pokazuje ich jako ludzi, którzy każdego dnia dzielnie znoszą przeciwności losu, nigdy nie tracą cierpliwości i żyją wyłącznie dla swoich bombelków. Bohaterowie "Matek pingwinów" bywają zmęczeni, sfrustrowani, wkurzeni, popełniają błędy i nie zawsze wiedzą, co zrobić. Czasem mają ochotę trzasnąć drzwiami, uciec od całego tego bałaganu i zamknąć swoje pociechy w szafie. To nie znaczy, że kochają swoje dzieci mniej.

Właśnie takiej perspektywy wciąż brakuje w rozmowach o rodzicielstwie w Polsce. Wokół rodziców, a szczególnie rodziców dzieci z niepełnosprawnościami, narosły kosmiczne oczekiwania, że muszą być cierpliwi, silni i gotowi do poświęceń. Muszą nieść swój krzyż – to bardzo polskie. "Matki pingwinów" przypominają, że za tymi wszystkimi obowiązkami stoją ludzie, którzy też mają własne życie. Mają prawo czasem sobie nie radzić.

Niepełnosprawność bez grania na emocjach

Klara Kochańska-Bajon i Jagoda Szelc nie próbują również za wszelką cenę wzruszać widza. Owszem, są momenty, w których ściska w gardle, ale zaraz obok pojawiają się humor, absurd i ironia. To komediodramat, a nie dwugodzinny apel o współczucie. I całe szczęście, bo osoby z niepełnosprawnościami nie potrzebują, żebyśmy patrzyli na nie wyłącznie ze smutkiem i litością. Potrzebują, żebyśmy zaczęli traktować je jak część społeczeństwa, po ludzku. Brak uwielbianej przez Polaków martyrologii jest jak powiew świeżego powietrza.

Nie mówiąc już o reprezentacji. W serialu występują dzieci z niepełnosprawnościami i dzieci neuroatypowe. Nie są tylko tłem ani tematem opowieści, którą prowadzą dorośli. Są w centrum, a ich obecność na ekranie ma znaczenie sama w sobie. Reprezentacja nie powinna kończyć się na rozmowach o tym, jak ważna jest różnorodność. Dobrze byłoby jeszcze dać osobom, o których mówimy, miejsce w kulturze, a "Matki pingwinów" robią to świetnie.

Serial nie sprowadza jednak wszystkich trudności do problemów zdrowotnych. Pokazuje również to, co dzieje się wokół nich: biurokrację, problemy z edukacją, koszty terapii, brak wsparcia i rodziców, którzy muszą poświęcać mnóstwo czasu na załatwianie spraw, które w idealnym świecie powinny być znacznie prostsze. Sama diagnoza to jedno, a życie z nią w polskich realiach – drugie.

Fot. Piotr Litwic / Netlflix

W drugim sezonie fabuła koncentruje się wokół "Bieguna Szczęścia", czyli placówki stworzonej przez Kamę, Ulę, Tatianę i Jerzego. Dlaczego otwierają własną szkołę? Bo Polska potrafi być tak absurdalna, że rodzice muszą sami szukać rozwiązań, gdy dostępne opcje nie odpowiadają potrzebom ich dzieci. Dlaczego dostęp do odpowiedniej edukacji zależy od determinacji rodziców? Co z rodzinami, których nie stać na prywatną pomoc? I dlaczego tak często to matki i ojcowe muszą wymyślać, jak poradzić sobie z problemami systemu? To kluczowe pytania, na które polskie władze powinny w końcu odpowiedzieć.

Nie, nie każdy może założyć własną szkołę

Przy okazji warto coś "Matkom pingwinów" wytknąć. Nie da się ukryć, że bohaterowie hitu Netfliksa są uprzywilejowani – mają możliwości, których wielu rodziców w Polsce może im tylko pozazdrościć. Mieszkają w dużym mieście i nie liczą pieniędzy do pierwszego. Nie każdy dysponuje finansami, kontaktami czy czasem, by organizować alternatywną placówkę, opłacać specjalistów i walczyć o swoje z odpowiednimi instytucjami. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja osób samotnie wychowujących dzieci i rodzin mieszkających na prowincji, gdzie dostęp do specjalistycznego wsparcia jest ograniczony. To zupełnie inne realia.

W większości entuzjastycznych reakcjach na "Matki pingwinów" powraca poczucie, że ktoś wreszcie pokazał codzienność rodziców bez upiększania i oceniania. Część widzów zwraca jednak uwagę, że ekranowa rzeczywistość jest bardziej uporządkowana i atrakcyjna niż codzienność wielu rodzin. Co z osobami, które nie mają zasobów bohaterów?

To oczywiście wcale nie przekreśla serialu, ale przypomina, że nie istnieje jeden uniwersalny model rodzicielstwa. Jedni są w stanie szukać najlepszych rozwiązań, inni próbują po prostu przetrwać kolejny miesiąc. Dobrze, że "Matki pingwinów" otwierają tę dyskusję, choć trzeba pamiętać, że nie pokazują wszystkich odcieni problemu. Nie muszą oczywiście opowiedzieć o wszystkim (tak zwyczajnie się nie da), żeby ich głos był ważny. Warto jednak pamiętać, że nie każdy żyje jak Kama, Ula, Tatiana czy Jerzy.

Dalsza część artykułu poniżej.

"Matki pingwinów" wcale nie tylko dla rodziców

I tu dochodzimy do najważniejszej rzeczy. "Matki pingwinów" nie są serialem wyłącznie dla rodziców dzieci z niepełnosprawnościami i neuroatypowością. Powinni obejrzeć je także ci, którzy na co dzień nie mają z tym tematem żadnej styczności. Nawet ci bezdzietni. Łatwo oceniać zachowanie dziecka w sklepie, krzywo patrzeć na rodzica, który nie potrafi go uspokoić, albo rzucić, że kiedyś dzieci były lepiej wychowane. Trudniej zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, że przecież nie znamy całej historii.

Serial nie robi z widzów ekspertów od spektrum autyzmu, ADHD czy niepełnosprawności. I dobrze, bo nie o to chodzi. Może za to pomóc zrozumieć, że nie wszyscy funkcjonujemy w ten sam sposób, a to, czego nie rozumiemy, nie musi być od razu czymś złym. Daje wgląd w inną rzeczywistość, uczy empatii i daje samym rodzicom przestrzeń do rozmowy o sprawach, które często trudno wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie musiał się z nimi mierzyć.

Fot. K. Grabowska / Netflix

"Matki pingwinów" to najważniejszy polski serial ostatnich lat

Nie, nie dlatego, że jest bezbłędny, najlepszy czy przypomina arcydzieło. Nie dlatego, że każda scena zasługuje na nagrodę, a każdy wątek wyczerpuje temat. I nie dlatego, że polska telewizja nie zrobiła wcześniej niczego wartościowego (zrobiła wiele takich rzeczy). "Matki pingwinów" są ważne, bo takiej produkcji w Polsce wcześniej nie było. Pokazują, że serial może być czymś więcej niż dobrze skrojoną rozrywką na weekend – może sprawić, że zaczniemy rozmawiać o ludziach, których doświadczenia zbyt często pozostają niewidzialne.

Tytułowe pingwiny przetrwają trudne warunki, bo trzymają się razem. W serialu wspólnota również okazuje się czymś arcyważnym – to czasem jedyna rzecz, która pozwala bohaterom nie zwariować. I chyba właśnie tego najbardziej potrzebujemy w rozmowie o niepełnosprawności i neuroróżnorodności: więcej wspólnoty i więcej słuchania, mniej oceniania, hejtowania i oczekiwania, że rodzice ze wszystkim poradzą sobie sami, a do tego śpiewająco.

Nie wiem, czy "Matki pingwinów" zmienią polski system edukacji i sytuację rodziców dzieci z niepełnosprawnościami i dzieci neuroatypowych. Znając Polskę, wątpliwe. Ale mogą zmienić sposób, w jaki patrzymy na ludzi, których dotąd nie próbowaliśmy zrozumieć. A to już naprawdę dużo.